Znasz to uczucie, kiedy wyjmujesz pranie z pralki i zamiast świeżości czujesz coś, co przypomina mokrą piwnicę? Człowiek myśli, iż może źle wyprał, może wsypał za mało proszku, a może pralka się kończy. A prawda jest taka, iż zimą ten problem wraca u większości ludzi, choćby jeżeli wszystko robią poprawnie. Powód jest zaskakująco prosty i wynika z jednego codziennego nawyku, o którym nikt zimą nie myśli.

Fot. Pixabay
Dlaczego pranie pachnie inaczej zimą niż latem
Latem wszystko schnie szybciej. Ubrania wysychają w kilka godzin, wilgoć ucieka, a zapach proszku zostaje na nich bez problemu. Zimą wszystko działa odwrotnie. Powietrze jest zimne, wilgotne i ciężkie, a w mieszkaniach para krąży jak po zamkniętym słoiku. jeżeli w tym momencie wieszasz pranie w pokoju, a okna są zamknięte, wilgoć nie ma dokąd uciec. Zostaje w pomieszczeniu, osiada na ubraniach i tworzy idealne warunki do tego, żeby zapach zrobił się „stęchły”. To nie jest typowy smród brudnych rzeczy. To bardziej takie mokre, ciężkie powietrze, które wchodzi w tkaniny szybciej, niż zauważysz.
To właśnie dlatego zimą ubrania często śmierdzą. Powód nie leży w pralce. Winne jest środowisko w mieszkaniu, które zmienia się o 180 stopni, kiedy robi się zimno. Grzejniki podnoszą temperaturę, ale wcale nie osuszają powietrza tak mocno, jak się wydaje. W wielu mieszkaniach jest wręcz odwrotnie – poziom wilgoci rośnie, bo okna są szczelnie zamknięte. choćby jeżeli nie czujesz wilgoci, ubrania czują ją pierwsze.
Jeden nawyk, który psuje zapach ubrań bardziej niż zła chemia
Największy winowajca brzmi banalnie: zostawiasz pranie w pralce zbyt długo. W lecie to nie problem, bo choćby jak ubrania postoją godzinę czy dwie, gwałtownie doschną na suszarce. Zimą to działa jak bomba. Wilgoć w bębnie robi się bardziej intensywna, ubrania zaczynają pachnieć jak szmata pozostawiona na noc w wiadrze, a w momencie, gdy powiesisz je w mokrym pokoju, zapach tylko się wzmacnia.
Wszystko przez to, iż świeżo wyprane ubrania mają w sobie resztki wody o specyficznym zapachu detergentu, który w kontakcie z wilgocią zaczyna pracować inaczej. Gdy nie wysychają gwałtownie i równomiernie, robi się z tego ciężka, nieprzyjemna woń. Ludzie myślą, iż muszą dawać więcej proszku albo kupować drogie płyny. Tymczasem problem zaczyna się dużo wcześniej: między zakończeniem prania a powieszeniem ubrań.
W zimie ubrania powinny trafić na suszarkę w ciągu kilku minut po zakończeniu programu. W innym przypadku choćby najlepszy proszek i najdroższy płyn do płukania nie zamaskują tego „piwnicznego” efektu.
Suszenie w złym miejscu zabija choćby ładnie wyprane rzeczy
Kolejna sprawa to miejsce suszenia. Zimą większość ludzi wiesza pranie w tym samym pokoju, gdzie śpi, pracuje albo ogląda filmy. Okna zamknięte, kaloryfer podkręcony, powietrze stoi w miejscu. Ubrania mogą wisieć cały dzień, a i tak będą wilgotne na tyle, iż zapach detergentów zmieni się na coś zupełnie innego.
Najgorzej jest wtedy, gdy suszarka stoi przy zimnym oknie. wilgoć skrapla się szybciej, a temperatura w tym miejscu jest niższa. Ubrania schną nierównomiernie, powierzchnia materiału schnie, ale środek pozostaje wilgotny przez wiele godzin. Właśnie te „kieszenie wilgoci” robią cały smród.
Ludzie często tego nie widzą. Dotkną ubrania od zewnątrz, jest suche, więc myślą, iż problem zniknął. Ale zapach zostaje, bo wewnątrz włókien wciąż jest wilgoć. Potem zakładasz sweter, a on po chwili zaczyna pachnieć dziwnie. To właśnie to – suszenie w złych warunkach.
Sama pralka też dokłada swoje, jeżeli jest zimno
Zimą w rurach krąży zimniejsza woda, więc pralka ma więcej roboty. Niektóre programy płuczą ubrania w wodzie tak zimnej, iż proszek nie rozpuszcza się idealnie. Resztki detergentu zostają w materiale i zaczynają pachnieć nieprzyjemnie, zwłaszcza gdy schnięcie trwa dłużej.
Kolejny problem to niewentylowany bęben. jeżeli po praniu zamykasz drzwiczki i zostawiasz wszystko szczelnie domknięte, wnętrze zaczyna pachnieć wilgocią. Wtedy choćby świeże pranie po minucie kontaktu z takim bębnem łapie „zapach środka”. Ludzie często są pewni, iż to pleśń, a to po prostu stojąca wilgoć po poprzednich praniach.
Najgorszy scenariusz to ten, gdy w zimie robisz pranie rzadziej, bo ubrania dłużej są suche. Wilgoć kumuluje się wolniej, ale skuteczniej. To idealne środowisko dla zapachów, które potem trudno usunąć.
Co to oznacza dla Ciebie i Twojego domu
Jeśli zimą ubrania pachną po praniu inaczej niż latem, nie zawsze jest to wina proszku czy pralki. W wielu mieszkaniach winowajcą jest wilgoć, brak przewiewu i zbyt długie trzymanie rzeczy w bębnie. Gdy połączysz te elementy, dostajesz zapach, którego nie da się zamaskować płynem do płukania.
Najprostsza rada to zmiana trzech nawyków: wyjmowanie prania zaraz po zakończeniu programu, suszenie go w cieplejszej części mieszkania i zostawianie otwartych drzwi pralki po każdym użyciu. To banalne, ale działa naprawdę szybko. jeżeli dodasz do tego lekkie wietrzenie, ubrania w końcu zaczną pachnieć proszkiem, a nie wilgocią.
Ta zmiana daje też duży komfort psychiczny. Człowiek nie musi powtarzać prania, kombinować z płynami, ani zastanawiać się, czy pralka się psuje. Wystarczy ogarnąć sam proces schnięcia. Zimą to kluczowe, bo w mieszkaniach zaczyna się robić mikroklimat, który potrafi popsuć choćby najładniej wyprane rzeczy.
Pranie zimą to trochę jak walka z powietrzem, którego nie widać. Człowiek robi wszystko tak samo jak latem, ale efekt jest inny. Kiedy jednak zrozumiesz, iż to nie Twoja wina, tylko warunki, cała układanka zaczyna mieć sens. Ubrania mogą pachnieć pięknie choćby w styczniu, trzeba im tylko stworzyć lepsze warunki do schnięcia. A to wbrew pozorom jest prostsze, niż się wydaje.










