Na dworcu kolejowym w Ustroniu działa Dworzec Dobrych Myśli. To zresztą pewna specyfika tej okolicy – z dobrymi myślami można skojarzyć także zlokalizowaną nieopodal Fundację św. Antoniego. Choć oczywiście nie zawsze są to historie łatwe ani dotyczące łatwego ludzkiego losu.
Pisaliśmy niedawno na naszych łamach o tegorocznych jubileuszach związanych z Ustroniem i działającymi tu instytucjami: 70-leciu nadania praw miejskich, 40-leciu Muzeum Ustrońskiego czy 10-leciu imprezy „Rajdowy Ustroń”. To jednak nie wszystko – swój jubileusz obchodzi również Fundacja św. Antoniego. I to nie byle jaki, bo 30-lecie działalności instytucji, którą od początku prowadzi znany i szanowany w mieście Tadeusz Browiński.
– Początki były trudne. Zaczynaliśmy w moim prywatnym domu w Ustroniu. Dziś wygląda to zupełnie inaczej – jest zdecydowanie lepiej i łatwiej. Wspiera nas miasto, otrzymujemy środki z 1,5 proc. Trzeba jednak pamiętać, iż „lepiej” odnosi się do porównania z tym, co było 30 lat temu. Bo jeszcze 10-15 lat temu wsparcie bywało większe – firmy i sklepy chętniej pomagały, było też więcej drobnych darczyńców. Najważniejsze jest jednak to, iż przez te lata ludzie obdarzyli nas dużym zaufaniem – mówi Tadeusz Browiński.
Zakres działalności fundacji jest bardzo szeroki. Obejmuje pomoc w sytuacjach losowych, wydawanie ciepłych posiłków, organizację spotkań wigilijnych i wielkanocnych, przygotowywanie paczek świątecznych, pomoc prawną, wydawanie odzieży i sprzętu domowego, wsparcie dla osób w trudnej sytuacji życiowej, motywowanie do leczenia uzależnień, pomoc dla współuzależnionych, wypożyczanie sprzętu rehabilitacyjnego czy wsparcie uchodźców z Ukrainy. Fundacja uczestniczy również w dystrybucji żywności w ramach Europejskiego Banku Żywności, przekazując produkty przywożone z Bielska-Białej.
Codziennie 100 posiłków
Najważniejszym elementem działalności pozostaje jednak codzienne wydawanie posiłków – korzysta z nich około 100 osób. Jak podkreśla Tadeusz Browiński, nie są to wyłącznie mieszkańcy Ustronia. – Pojawiają się u nas także osoby spoza miasta – z różnych części powiatu, województwa, a choćby kraju. To tacy „spadochroniarze”: przyjeżdżają na kilka dni, szukają pracy. Niby jej szukają, ale często nie są w stanie jej podjąć. I to jest zasadnicza różnica – tłumaczy nasz rozmówca.
Droga fundacji do obecnego kształtu nie była łatwa. Początkowo działała w innym miejscu, dziś od lat mieści się w budynku dawnego tartaku. Przed wejściem stoi lodówka jadłodzielni, obok skrzynki z warzywami – każdy potrzebujący może z nich skorzystać. Choć pora wydawania posiłków już minęła, w środku wciąż panuje ruch. Przewijają się wolontariusze i współpracownicy, którzy zwracają się do Tadeusza Browińskiego z wyraźną sympatią i szacunkiem.
– Współpracuję z panem Tadeuszem od sześciu lat i mogę mówić o tej współpracy w samych superlatywach. Staram się pozyskiwać produkty od renomowanych firm z okolicy i przekazywać je fundacji kilka razy w roku. jeżeli tylko mam możliwość, wspieram ją także finansowo lub rzeczowo – przekazuję ubrania, a kiedyś udało się załatwić łóżka szpitalne z sanatorium. Ale najważniejsze jest wzajemne wsparcie i zaufanie. To wzorcowa działalność – wiem, iż każda złotówka trafia do potrzebujących – mówi pan Jerzy.
Pomoc, która wykracza dalej
Fundacja nie ogranicza się wyłącznie do zapewniania żywności. Coraz częściej pomaga także w sprawach wymagających większego zaangażowania – zdobywa łóżka rehabilitacyjne, aparaty tlenowe czy inne niezbędne wyposażenie. Zajmuje się również drobnymi, ale ważnymi sprawami: zapewnia dostęp do internetu, wykonuje kserokopie dokumentów, udziela porad.
– Pomagamy także w sprawach sądowych. Współpracujemy z terapeutą, psychologiem i radcą prawnym. Wspieramy osoby dotknięte zdarzeniami losowymi – na przykład po pożarach. jeżeli ktoś ma potwierdzenie takiej sytuacji, staramy się pomóc rzeczowo: kupić papę, blachę czy inne potrzebne materiały. Ważne jest jednak, by poszkodowany również wziął na siebie część kosztów. Pamiętam sytuację sprzed trzech lat w gminie Goleszów – spłonął dom, a później właścicielka przyjechała do nas z ciastem w podziękowaniu za pomoc przy naprawie dachu. Pomagamy też poza regionem, m.in. w Krakowie czy Bielsku-Białej – opowiada Tadeusz Browiński.
Osoby korzystające z pomocy fundacji często angażują się w jej działalność, wykonując różne prace na jej rzecz lub na rzecz miasta. W działania włączają się także osadzeni, którzy w ten sposób odpracowują swoje zobowiązania.
– Pan Tadeusz ma w sobie ogromną energię. Potrafi zmobilizować innych do działania – czasem wystarczy jego upór i konsekwencja. Chodzi, rozmawia, przekonuje – aż osiągnie cel – dodaje pan Jerzy.
Fundacja bez polityki
Na stałe do kalendarza wydarzeń pod Równicą wpisały się organizowane przez ustrońską fundację spotkania wigilijne i wielkanocne w „Prażakówce”, gromadzące ponad 100 osób. Od 20 lat w fundacji pracuje także kucharz, który – mimo przejścia na emeryturę – przez cały czas wspiera ją w weekendy.
Środki na działalność pochodzą głównie z darowizn – zbieranych podczas kwest przy kościołach, na cmentarzach, a także w firmach i sklepach.
Jak zauważa Tadeusz Browiński, liczba potrzebujących utrzymuje się na podobnym poziomie – zmienia się w zależności od roku, ale nie maleje. Dominują osoby starsze i samotne. Zmieniło się natomiast zaangażowanie społeczne.
– Kiedyś więcej osób angażowało się w pomoc innym. Dziś każdy skupia się głównie na swoich sprawach. Ci, którym się powodzi, rzadziej interesują się losem innych – przyznaje. Tadeusz Browiński nie ukrywa też, iż problemem pozostaje brak następcy, który mógłby w przyszłości kontynuować jego dzieło. Mimo to podkreśla, iż przez lata mógł liczyć na wsparcie władz miasta – niezależnie od kadencji – oraz wielu ludzi dobrej woli.
– Radzę sobie na swój sposób, a politykę zostawiam na boku. Ona mnie nie interesuje. Mam św. Antoniego, który czuwa nade mną od 30 lat. Zaufałem jemu i Bogu – i tego nie zmieniam. Najważniejsze jest to, iż u nas nikt nie jest głodny – mówi.
Obchody jubileuszu 30-lecie działalności Fundacji św. Antoniego nie będą miały rozbudowanej formy. – Pójdziemy na mszę, pomodlimy się. jeżeli coś się pojawi – dobrze, jeżeli nie – też dobrze. Może ktoś przyniesie ciasto, to zrobimy poczęstunek. A jeżeli nie, nie będziemy się tym przejmować – dodaje z uśmiechem nasz rozmówca.
„Nie mam czego żałować”
Trzy dekady działalności to długi czas – zarówno w życiu człowieka, jak i całej społeczności. Czy Tadeusz Browiński żałuje obranej drogi?
– Nie mam czego żałować. Mogę się tylko cieszyć. Dostałem ten budynek jako ruinę – walący się barak. Dziś jest odbudowany, wyremontowany, funkcjonuje. Kiedyś mówiono, iż się zawali i będzie po fundacji – a ona wciąż działa i się rozwija. Przychodzi tu tyle osób, dostają jedzenie, paczki. Mamy owoce ze sklepów, pieczywo – każdy może wziąć, ile potrzebuje. To wszystko jest efektem wspólnej pracy wielu ludzi. Bywało trudno, czasem bardzo trudno, ale razem udało się zrobić naprawdę dużo – podsumowuje.
O działalności Tadeusza Browińskiego pamięta również ziemia cieszyńska. W ubiegłym roku został on uhonorowany Laurem Srebrnej Cieszynianki.

![[SZKOLNE WIEŚCI] Sukces ekonomistek z RCEZ w konkursie geologicznym](https://lubartow24.pl/f/i/img8809_645189897.jpg)










