Na tydzień przed Dniem Kobiet ledwo wydostałam się z gmachu sądu. Oczy miałam jak dwa wodospady pod Wodospadem Szklarki, a w uszach dźwięczało tylko: nie jesteście już małżeństwem. Czemu on mi to zrobił? Za które grzechy dostałam taki los?
Wyszłam za mąż zaraz po maturze, mając świeżutkie osiemnaście lat. To była taka miłość, iż Romeo i Julia mogliby nam co najwyżej kawę parzyć przez całą noc. Przez pięć lat bujaliśmy się ponad ziemią a ja, zakochana jak w polskich Trędowatych, starałam się być żoną idealną. Śniadania do łóżka oczywiście pod nos, jajecznica dokładnie taka, jak lubi. Zupa pomidorowa musi mieć ryż, nie makaron, bo przecież jak można inaczej! Mieszkanie błyszczało tak, iż teściowa mogłaby kotlety schabowe na podłodze rozklepywać.
Ale rodzice mojego męża typowa polska rodzinna komisja od spraw niemożliwych od początku patrzyli na mnie jak na poznańską pyrę zamiast szlachetnej szynki. Ciągle gadali, iż to nie to, iż na pewno znajdą synusiowi lepszą żonę. No i zgadnijcie co? Chłop mi się pod ich wpływem zmienił. Coraz bardziej oschły, coraz mniej rozmowny. Zawsze coś nie tak ścierka do kurzu leżała nie tu, kot schował się w szafce, a ja stawałam się coraz bardziej winna wszystkiemu.
Nasz Staś miał wtedy pięć lat. Ojciec na początku go uwielbiał zabierał na lody do Manufaktury, budował z nim zamki z klocków. Ale z roku na rok robił się coraz bardziej chłodny. Teściowie wsadzili mu do głowy, iż może Staś to nie jego syn (chociaż Staś powoli zaczyna wyglądać jak kopia taty z czasów, gdy ten miał czuprynę). Małżonek zaczął coraz częściej meldować się u mamusi na obiadkach a potem prawie tam zamieszkał. Gdy wracał do domu, miał minę jakby właśnie przegrał w Lotto dwie dychy, a na mnie krzyczał choćby o źle postawioną sól.
Pewnego pięknego dnia dopadł go taki szał, iż aż mnie uderzył. Szok roku. A ja wciąż naiwna, iż jeszcze wszystko się poukłada, iż będzie jak w polskim kinie romantycznym najpierw katastrofa, a potem łzy szczęścia. Ale nie. Tydzień później podał mi walizki i oświadczył tonem ministra finansów: mam cię dość, odchodzę. Błagałam, prosiłam, żeby nie rozwalał rodziny, a on był głuchy jak pień w Bieszczadach.
Wciąż go kochałam, choćby po rozwodzie nie umiałam sobie wyobrazić życia bez niego. Alimenty? Wypłaca groszowe złotówki i żąda ode mnie paragonu choćby za bułkę z piekarni żebym potem mogła mu przesyłać zdjęcia na Messengerze. O każdą złotówkę muszę się upominać jak student o stypendium.
Były mąż do Stasia wpada rzadko, a jak już wpada, to bierze go na weekend na Mazury albo do kina i po wszystkim znika niczym zupa ogórkowa w stołówce pracowniczej. Staś coraz częściej wzdycha, iż nie chce się spotykać z tatą, bo tata jest jakiś dziwny i smutny. Były oczywiście twierdzi, iż buntuję dziecko przeciwko niemu no bo wiadomo, matka to zawsze winna wszystkiemu. A ja? Dziurę w sercu mam jak po gradobiciu na mazurskiej cegielni i płaczę codziennie. Po naszym rozstaniu zaczęłam chudnąć szybciej niż portfel po świętach i złapałam dołek, jak to się mówi, z wyższej półki. Czasem pokrzyczę na Stasia, a potem mam wyrzuty sumienia większe od splądrowanej lodówki w poniedziałek.
I co tu robić, gdy człowiekowi serce pęka? Przeglądam Facebooka byłego jak detektyw wiem już, iż planuje ślub z jakąś nową Pamelą spod Warszawy. I to dopiero boli jak cebula na tarce. Dziwię się teraz mniej, czemu już prawie nie odwiedza Stasia i czemu syn nie garnie się do ojca. Głowa już się pogodziła, iż to koniec, ale serce przez cały czas żyje M jak Miłość. I pytam codziennie sama siebie: No i co ja mam teraz, do jasnej anielki, zrobić?.














