Nazywam się Tomasz Wieczorek, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez dwadzieścia trzy lata pracowałem jako sztygar w kopalni węgla w okolicach Wałbrzycha. To ja stałem po drugiej stronie tamtej historii, którą wszyscy znają z opowieści mojej byłej szwagierki, Danuty. Ona twierdzi, iż to ja zataiłem prawdę przed całą brygadą. Chcę powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, bo różnica jest zasadnicza.
Był październik, konkretnie osiemnasty, kiedy wiertło przeszło przez twardą warstwę łupku na głębokości tysiąca dwustu metrów i wpadło w pustkę. Danuta pracowała wtedy w biurze geologicznym na powierzchni i nigdy nie zeszła niżej niż do cechowni. To, co opisuje jako „nagłe odkrycie miasta", to była dla mnie trzydniowa udręka decyzji, których nikt na górze nie chciał podjąć za mnie.
Roboty wstrzymaliśmy od razu — kolejny strzał mógł spowodować zawał. Czekaliśmy, aż opadnie pył, i wtedy poczułem to sam: zapach mokrej ziemi, coś jakby po deszczu na łące, tam gdzie nie powinno być żadnej łąki. Młody górnik, Bartek Nowicki, dwudziestodwuletni chłopak z Boguszowa, dopiero co po szkole górniczej, zajrzał przez powiększony otwór pierwszy. Wrócił blady, powiedział tylko jedno słowo — światło — i usiadł na skrzynce z narzędziami, milcząc przez dobre pięć minut, obracając w palcach kask.
Sam podszedłem do otworu, uklęknąłem na mokrym żwirze i patrzyłem. Nie chcę teraz opisywać, co tam było, bo to już wszyscy znają. Ważniejsze jest to, czego nikt nie wie: co dokładnie zrobiłem tamtego wieczoru i dlaczego wersja Danuty o dwóch dniach ukrywania się nie zgadza się z papierami, które mam do dziś.
Zadzwoniłem do dyrekcji kopalni tego samego wieczoru, z telefonu w cechowni, tego starego, czarnego, z tarczą, który trzeszczał przy każdym numerze. Rozmawiałem z naczelnym inżynierem, człowiekiem nazwiskiem Kaczmarek. Powiedziałem mu wprost: mamy pustkę na tysiąc dwustu metrach, mamy coś, czego nie potrafię wytłumaczyć, i nie ruszam dalej, dopóki nie przyjedzie ktoś z instytutu geologicznego. Kaczmarek kazał mi czekać do rana i nikomu nic nie mówić poza brygadą nocną — to prawda, i to jego decyzję wykonywałem przez kolejne dwie doby, aż zjechał zespół z instytutu. Miałem na utrzymaniu żonę i dwoje dzieci, a bunt wobec dyrekcji w tamtych czasach kończył się przeniesieniem do najgorszego przodka albo gorzej. Nie ukrywałem odkrycia dla siebie — trzymałem język za zębami na rozkaz przełożonego, bo takie były zasady w kopalni państwowej, gdzie sztygar nie decydował, kiedy coś staje się „oficjalne". Danuta o tym rozkazie nigdy nie wspomina, kiedy liczy swoje dwa dni.
I tu dochodzimy do premii, o której ciągle mówi. W kopalni istniał wtedy fundusz za tak zwane „odkrycia o wartości historycznej lub bezpieczeństwa" — o ile sztygar zgłosił coś, co pozwalało uniknąć zawału albo miało wartość dla instytutu geologicznego, przysługiwała mu premia kwartalna, czasem choćby miesięczna pensja. Danuta wiedziała o tym funduszu z pracy w biurze geologicznym i to ona pierwsza wpadła na myśl, iż milczałem, żeby zdążyć zgłosić odkrycie jako „swoje", zanim zrobi to ktoś inny z brygady. Tyle iż mój raport, ten sam, spisany wieczorem osiemnastego, nie wspomina słowem o premii — bo o żadną nie wystąpiłem. Zgłosiłem zagrożenie zawałem, nie odkrycie warte nagrody. Ten fundusz zlikwidowano zresztą rok później, w osiemdziesiątym ósmym, kiedy kopalnia zaczęła oszczędzać na wszystkim poza wydobyciem.
Danuta w swojej opowieści pomija też, iż to ona, kiedy usłyszała od jednego z chłopaków plotkę o „mieście pod ziemią", zaczęła rozpowiadać to po całym osiedlu górniczym, zanim ktokolwiek zdążył zweryfikować, co naprawdę znaleźliśmy. Przez nią pod bramę kopalni zjechali ludzie z gazet z Wrocławia, a my musieliśmy tłumaczyć się z rzeczy, których sami jeszcze nie rozumieliśmy.
Trzeciego dnia zjechał na dół zespół z instytutu — dwóch mężczyzn i kobieta, geolożka, profesor Wanda Sikorska. Otwór poszerzyliśmy na tyle, żeby przecisnąć się bokiem. Za nim była komora, może trzydzieści metrów szerokości, a w niej — nie miasto, jak rozniosła plotka, tylko pozostałości po dawnym wyrobisku sprzed dziesięcioleci, może jeszcze z czasów niemieckich, kiedy ten teren nazywał się inaczej i należał do innego państwa. Stare belki, resztki szyn wąskotorowych, lampa karbidowa wisząca na haku, jakby ktoś zostawił ją wczoraj. Światło, które widział Bartek, to była szczelina w skale prowadząca gdzieś w górę, do starego szybu wentylacyjnego, przez który sączyło się dzienne światło z odległości może stu metrów. Trawa i wilgoć — bo tamtędy od lat kapała woda gruntowa.
Nic nadprzyrodzonego. Ale dla ludzi, którzy dzień w dzień wchodzili w ciemność, to było wstrząsające jak odkrycie innego świata.
Problem zaczął się, kiedy Danuta oskarżyła mnie publicznie, na zebraniu związku zawodowego przy kopalni, iż przez dwa dni trzymałem to w tajemnicy, żeby „zgarnąć premię za odkrycie" i iż naraziłem ludzi na niebezpieczeństwo, bo nie zgłosiłem od razu ryzyka zawału. Mam na to dowód — kopię raportu, który sam napisałem tego samego wieczoru osiemnastego października, ze stemplem cechowni i podpisem Kaczmarka na dole, potwierdzającym godzinę zgłoszenia: dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Dwa dni ciszy, o których mówiła Danuta, to nie były dwa dni przede mną — to były dwa dni, w których dyrekcja i instytut ustalali, co i komu wolno powiedzieć, zanim geolodzy w ogóle zjechali na dół.
Przez dziesięć lat nosiłem tę kopię w segregatorze w domu, bo wiedziałem, iż kiedyś będę musiał się bronić. Danuta rozpowiadała swoją wersję na każdym rodzinnym spotkaniu, aż w końcu moja żona, jej siostra, przestała się do niej odzywać.
W zeszłym miesiącu, kiedy kopalnia obchodziła rocznicę likwidacji — zamknęli ją w dziewięćdziesiątym szóstym, jak większość kopalń na Dolnym Śląsku — spotkaliśmy się przypadkiem na cmentarzu w Wałbrzychu, obydwoje przyszliśmy odwiedzić groby naszych rodziców, które leżą po sąsiedzku. Danuta znowu zaczęła tę samą śpiewkę, iż to ja skłamałem, iż to przeze mnie ludzie mogli zginąć.
Wtedy wyjąłem z teczki, którą akurat miałem ze sobą — bo jechałem prosto z archiwum kopalnianego, gdzie odbierałem dokumenty do wniosku emerytalnego — tamten raport. Podałem jej kartkę. Przeczytała datę, godzinę, podpis Kaczmarka, potem jeszcze raz od początku, jakby liczyła linijki. Złożyła kartkę na pół, potem jeszcze raz na pół, aż zmieściła się w dłoni, i oddała mi ją, nie podnosząc oczu znad znicza na grobie matki. Odeszła w stronę alejki, gdzie leżą jej rodzice, stawiając kroki wolniej niż zwykle, jakby żwir pod butami wymagał teraz większej uwagi.
Tydzień później wróciłem do archiwum kopalnianego i poprosiłem, żeby dołączyli kopię tego raportu do moich akt osobowych, obok świadectwa pracy. Archiwistka, kobieta w okularach na łańcuszku, wzięła kartkę, przyłożyła stempel „wpłynęło" i schowała ją do teczki z metalowym grzbietem. Zamknęła szufladę na klucz z cichym trzaskiem i podała mi pokwitowanie.






![Festiwalowa uczta z Bałuckim i Jandą [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/09/Klub-Kawalerow-fot.-artur-gawle0001.jpg)

