Kiedy Dorota wysiadła z pociągu na Dworcu Głównym w Krakowie, miała przy sobie walizkę na kółkach z urwanym uchwytem, kontrakt na sześć tygodni w teatrze i jeden numer telefonu zapisany długopisem na dłoni, bo komórka akurat rozładowała się gdzieś między Wrocławiem a Katowicami. Numer należał do Ilony Wasyluk, aktorki, którą znała tylko z plakatów i dwóch wywiadów w telewizji śniadaniowej. Nigdy się nie widziały.
Zadzwoniła z automatu przed dworcem, bo nie miała innego wyjścia. Ilona odebrała po trzecim sygnale.
— Gdzie jesteś teraz?
— Pod dworcem. Mam adres hotelu, tylko…
— Zostań tam. Jadę.
Nic więcej. Żadnych pytań, żadnego "a kim ty adekwatnie jesteś". Dwadzieścia minut później pod dworcem zatrzymał się szary Škoda Octavia, a z niego wysiadła kobieta, którą Dorota znała dotąd wyłącznie z ekranu. Ilona wzięła jedną walizkę, drugą zostawiła Dorocie, i powiedziała tylko:
— Do hotelu nie jedziesz. Śpisz u mnie. Pierwsze dwa tygodnie w nowym mieście są najgorsze, wiem to z doświadczenia.
Mieszkanie było na Podgórzu, trzy piętra w starej kamienicy, w kuchni pachniało zupą pomidorową odgrzewaną z poprzedniego dnia, a na parapecie stał kaktus, który — jak się później okazało — Ilona trzymała z uporu, bo mówiła, iż jedyna roślina, jakiej nie potrafi zabić.
Tego pierwszego wieczoru Dorota nie spała we własnym pokoju. Bała się. Nowy teatr, nowy zespół, reżyser, o którym krążyły plotki, iż potrafi upokorzyć aktora na próbie przy wszystkich. Usiadła na brzegu łóżka Ilony i po prostu tam została, aż w końcu zasnęła, trzymając ją za rękaw swetra, bo za rękę było jakoś zbyt intymnie na pierwszy dzień znajomości.
Rano Ilona nic nie skomentowała. Zrobiła kawę w tej samej zaparzaczce, w której robiła ją zawsze, i powiedziała tylko:
— Próba o dziesiątej. Podwiozę cię.
Tak zaczęły się kolejne trzynaście lat.
Obie grały w podobnym repertuarze. Obie startowały do tych samych ról — najpierw w tym samym teatrze, potem w castingach do seriali, gdzie reżyserzy castingu bez ogródek mówili: "bierzemy jedną z was dwóch". W tej branży taka sytuacja zwykle kończy się chłodem, przezwiskami za plecami, sztucznymi uśmiechami na premierach. U nich nie.
Kiedy Ilona dostała rolę, o którą starała się też Dorota, ta pierwsza rzecz, jaką zrobiła po ogłoszeniu wyników, to zadzwoniła do Doroty.
— Wygrałaś, wiem — powiedziała Dorota. — I dobrze. Byłaś lepsza na czytaniu.
— Nie byłam.
— Byłaś. Ja bym tę scenę zagrała inaczej, gorzej. Chodź, postawię ci obiad.
Poszły na pierogi do baru mlecznego przy Karmelickiej, bo żadna z nich, choćby po latach na ekranie, nigdy nie przestała tam bywać, i przez dwie godziny nie rozmawiały o tej roli ani razu.
To właśnie wtedy, dwanaście lat po pierwszej nocy, Dorota zrozumiała coś, czego nikt jej wcześniej nie powiedział: iż w tym zawodzie ludzie porównują wszystko — wygląd, gaże, liczbę zaproszeń na festiwale, liczbę obserwujących. Ale to, co łączyło ją z Iloną, powstało zanim jakiekolwiek z tych rzeczy w ogóle się pojawiły. Powstało w nocy, kiedy jedna z nich była przerażona, a druga po prostu nie odjechała.
Problem zaczął się rok temu, kiedy do gry weszła trzecia osoba — nowa dyrektorka artystyczna teatru, Beata Sowińska, która objęła stanowisko po zmianie zarządu i od razu zaczęła "porządkować zespół", jak to nazywała. Beata lubiła stawiać ludzi przeciwko sobie — to był jej styl zarządzania, wypróbowany podobno w poprzednim teatrze w Łodzi. Zaczęła od tego, iż publicznie, na zebraniu całego zespołu, ogłosiła, iż w nowej sztuce główną rolę dostanie "ta, która bardziej się postara" — i spojrzała wprost na Ilonę i Dorotę.
Przez dwa tygodnie w teatrze huczało. Ktoś podrzucał plotki, iż Dorota mówi źle o Ilonie za kulisami, ktoś inny szeptał odwrotnie. Beata dolewała oliwy, wzywając każdą z osobna na "rozmowy indywidualne", podczas których sugerowała, iż ta druga już dawno przestała być lojalna.
W piątek wieczorem, po próbie, która skończyła się kłótnią całego zespołu o obsadę, Ilona zapukała do garderoby Doroty. Trzymała w ręku kartkę — swoją rezygnację z roli, gotową do złożenia następnego dnia rano.
— Oddaję ci tę rolę. Niech się Beata wypcha.
Dorota wyrwała jej kartkę z ręki, podarła na pół i wrzuciła do kosza obok lustra.
— Nie. Pójdziemy tam razem. Obie.
Następnego ranka stanęły przed Beatą we dwie, w gabinecie na drugim piętrze, gdzie na ścianie wisiał dyplom z jakiegoś kursu zarządzania kryzysowego. Dorota położyła na biurku jedną kartkę — nie rezygnację, tylko wspólne oświadczenie, które napisały razem przy kuchennym stole Ilony, popijając wino z poniedziałku.
— Żadna z nas nie zagra tej roli przeciwko drugiej — powiedziała Dorota. — Albo obsada zostaje ustalona normalnie, przez czytanie z reżyserem spektaklu, tak jak zawsze, albo obie rezygnujemy z tej produkcji. Razem.
Beata patrzyła to na jedną, to na drugą, wyraźnie licząc na to, iż któraś ustąpi pierwsza. Nie ustąpiła żadna.
Tydzień później rolę dostała trzecia aktorka z zespołu, ktoś zupełnie spoza tego sporu — i to był najlepszy możliwy finał, bo pokazał wszystkim w teatrze, iż intryga się nie opłaca. Beata odeszła z teatru pół roku później, oficjalnie "z powodów osobistych".
Dziś, kiedy Dorota ma pięćdziesiąt dwa lata, a Ilona pięćdziesiąt cztery, wciąż mieszkają dziesięć minut spacerem od siebie, na tym samym Podgórzu. Kaktus z parapetu przetrwał trzy przeprowadzki i wciąż stoi w oknie kuchni Ilony. Kilka dni temu, przy tej samej kuchennej ladzie, Dorota nalewała kawę do dwóch kubków i zapytała, czy Ilona pamięta tamten pierwszy wieczór.
— Pamiętam, iż trzymałaś mnie za rękaw. Bałam się, iż urwiesz mi guzik.
— Urwałam?
— Nie. Ale było blisko.
Roześmiały się, a za oknem akurat przejeżdżał tramwaj linii 8, ten sam, którym trzynaście lat temu Dorota jechała pierwszy raz na próbę, nie wiedząc jeszcze, iż wysiądzie na dobre trzynaście lat.







