Zofia Wieczorek miała osiemdziesiąt trzy lata i ogród w Sulejówku, w którym nic nie rosło przypadkiem. Jej wnuczka Marta, farmaceutka z przychodni na Puławskiej, przyjeżdżała do niej co drugą niedzielę – najpierw z obowiązku, potem z ciekawości, a w końcu z czegoś, czego długo nie umiała nazwać.
Tamtej niedzieli, w połowie września, babcia klęczała przy płocie i wyrywała z trawnika coś, co Marta od dziecka uważała za chwast.
– Babciu, po co ci to? To przecież babka zwyczajna, rośnie na każdym poboczu.
Zofia otrzepała ziemię z korzeni, nie podnosząc głowy.
– Bo ty, dziecko, widzisz chwast. A ja widzę aptekę, która czeka za płotem i nic nie kosztuje.
Marta się roześmiała – tak, jak śmieje się ktoś, kto skończył studia farmaceutyczne i wie lepiej. Ale usiadła obok na starej ławce, tej samej, na której jej dziadek naprawiał kiedyś rowery, i zapytała, co babcia adekwatnie z tym robi.
– Liść na skaleczenie. Przyłóż, przyciśnij, krew stanie szybciej niż od plastra z twojej apteki.
– To akurat prawda, w liściach jest garbnik.
– A widzisz. Sok na użądlenie osy, a u mnie tych os pod dostatkiem, bo Kowalczyk za płotem trzyma trzy ule. Napar na kaszel, ten uporczywy, co nie chce puścić przez trzy tygodnie – piłam go zamiast syropu, odkąd pamiętam. Okład na oparzenie od słońca. I na cerę, bo sok ściąga pory lepiej niż to, co sprzedają w słoiczkach za sto złotych.
– A na cerę to niech pani nie mówi klientkom w aptece, bo mi konkurencję zrobisz.
Zofia się nie roześmiała. Otarła dłonie o fartuch i mówiła dalej, jakby recytowała coś wyuczonego na pamięć – bo w sumie tak było. Korzeń gotowany na ból żołądka. Nasiona, te maleńkie, czarne, na zaparcia, łagodniej niż to, co teraz przepisują lekarze. Liście na stłuczenie, opuchlizna schodzi szybciej niż od lodu z lodówki. Płukanka na gardło, wieczorem, przed snem.
Marta liczyła w głowie – dziesięć, może dwanaście – i już miała powiedzieć, iż wystarczy, iż rozumie, kiedy babcia urwała w pół zdania i spojrzała na dłonie, jakby dopiero teraz zauważyła, iż wciąż trzyma w nich garść wyrwanych liści.
– A wiesz, iż dziadek żył dłużej, niż mówili lekarze, bo pił to codziennie przez ostatnie dwa lata?
Marta znieruchomiała z liściem w palcach.
– Babciu, dziadek miał niewydolność serca. To nie miało związku z ziołami.
– Wiem, co miał. Byłam przy nim, nie ty.
Powiedziała to bez podniesionego głosu, ale coś w tonie kazało Marcie zamilknąć. Zofia usiadła obok, na samym brzegu ławki, i przez chwilę nic nie mówiła, tylko obracała liść między palcami, aż w końcu się odezwała, ciszej.
– Lekarz na Banacha dał mu pół roku. Za drzwiami to mówił, myślał, iż nie słyszę. A on dożył osiemdziesiątki. Doczekał się prawnuka. Umarł we śnie, w swoim łóżku, z kubkiem tej herbaty na stoliku, zimnej już, bo zasnął, zanim ją dopił.
– To mogło nie mieć nic wspólnego z naparem.
– Mogło. Ale rano, kiedy go budziłam na tę herbatę, on się uśmiechał. I to musiało mieć jakiś związek z czymś.
Marta chciała powiedzieć coś o placebo, o korelacji, o tym, czego uczą na studiach – ale nie powiedziała nic. Patrzyła, jak babcia składa liść we dwoje, potem jeszcze raz, aż zmieścił się w dłoni jak coś, co się chowa na później.
Zofia wstała, otrzepała spódnicę i poszła w stronę kuchni, gdzie na sznurku nad piecem suszyły się pęczki liści z tego lata – tyle, ile zmieściło się na haczykach wbitych w belkę jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.
– Zabierz sobie kilka do domu. Nie dla ciebie. Dla tych, co przychodzą do ciebie po coś na katar, a ty im dajesz syrop za trzydzieści pięć złotych, kiedy za płotem rośnie to samo za darmo.
Marta wzięła gałązkę, owinęła ją w papierową torebkę po bułkach i schowała do torby, obok recepturki, którą nosiła zawsze przy sobie – nawykowo, choć w niedzielę przychodnia była zamknięta.
W poniedziałek starsza pani z trzeciego piętra bloku przy Alei Krakowskiej poskarżyła się na kaszel, który nie mija od tygodni, i na to, iż do wypłaty jeszcze daleko, a syrop znowu podrożał. Marta sięgnęła do szuflady biurka, nie na półkę.
Wyjęła zasuszony liść, ten sam, z Sulejówka, i położyła go na ladzie obok paragonu.
– Niech pani zaparzy, trzy razy dziennie. A jak nie ustąpi do końca tygodnia, to wracamy do syropu.
Kobieta wzięła liść w dwa palce, obejrzała go pod światło jak coś, czego dawno nie widziała z tak bliska, i schowała do portmonetki, do przegródki na drobne.
– Moja babcia też takie suszyła. Nad piecem.
Nic więcej nie powiedziała. Wzięła torbę i wyszła, a Marta jeszcze przez chwilę stała za ladą, patrząc na miejsce, gdzie przed sekundą leżał liść.














