Trzy złamane losy
No, no… popatrzmy, tu się na pewno kryje coś niezwykłego!
Wszystko zaczęło się podczas zupełnie zwyczajnego sobotniego sprzątania. Grażyna przeglądała stare rzeczy na pawlaczu, podczas gdy Bożena krzątała się w kuchni, gotując obiad. W stercie zakurzonych pudeł wpadł jej w ręce podniszczony album ze zdjęciami, którego nigdy wcześniej nie widziała. Ciekawość zwyciężyła usiadła w fotelu i zaczęła kartkować strony.
Na początku były tam same wesołe chwile: młoda Bożena z przyjaciółkami przy fontannie, radosny piknik na łonie natury, śmiejąca się dziewczyna w polu pełnym rumianków. Potem pojawiły się zdjęcia z wysokim, ciemnowłosym mężczyzną na tych fotografiach Bożena i jej towarzysz wyglądali na szczęśliwych, często się obejmowali, patrzyli na siebie z wyraźną czułością. Grażyna przyglądała się im uważnie tu są w kawiarni, tam spacerują po bulwarze nad Wisłą, gdzie indziej śmieją się, trzymając za ręce. Bardzo ciekawe! Kim był ten elegancki pan? I dlaczego patrzył na mamę tak zakochanym wzrokiem?
Zaintrygowana zeszła do kuchni. Bożena właśnie wyjmowała z piekarnika szarlotkę, a cała kuchnia pachniała wanilią.
Mamo zagadnęła Grażyna, trzymając fotoalbum kim jest ten pan na zdjęciach? Nigdy go nie widziałam.
Bożena odwróciła się Grażyna zauważyła drgnięcie w jej dłoniach, które trzymały rękawicę kuchenną. Ale już po chwili matka uśmiechnęła się spokojnie i odstawiła formę na drewnianą podkładkę.
Ach, to Kazimierz odpowiedziała, próbując zabrzmieć swobodnie, ale Grażyna wyczuła nutę napięcia w jej głosie. Chodziliśmy ze sobą dawno temu, jeszcze zanim poznałam twojego ojca.
Czemu nigdy o nim nie wspominałaś? podeszła bliżej, przewracając kolejne kartki albumu. Wyglądaliście razem na bardzo szczęśliwych! Co się stało? Dlaczego się rozstaliście?
Bożena otarła ręce o fartuch, wahając się z odpowiedzią. Podeszła do okna, zza którego dolatywał śmiech sąsiednich dzieci bawiących się na podwórku. Temat nie należał do przyjemnych i najchętniej by go unikała, ale… Grażyna nie dała by jej spokoju!
To była trudna historia, kochanie, odezwała się w końcu, odwracając się do córki. Bardzo się kochaliśmy, ale… nie potrafiliśmy być razem. To wyłącznie moja wina. Rozstaliśmy się, bo popełniłam błąd, którego żałuję do dziś.
Grażyna usiadła przy stole, nie spuszczając z matki wzroku. Widziała, jaką przykrość sprawia jej ten temat, i już żałowała, iż w ogóle zaczęła rozmowę ale ciekawość była silniejsza! Trochę jej było głupio, ale nie mogła się powstrzymać, by poznać szczegóły.
Opowiedz mi wszystko poprosiła cicho. Muszę wiedzieć. Od zawsze widziałam, iż między tobą a tatą nie ma wielkiego uczucia. Przecież nigdy go nie kochałaś. Tyle lat wytrzymywałaś… Po co? Wyjaśnij, jeżeli potrafisz. Akceptuję go jako ojca, ale jako człowieka… powiedzmy, nie zachwyca. Był zawsze surowy, zazdrosny, obojętny na cudze uczucia. Raczej dawniej nie był inny. Czemu nie wybrałaś Kazimierza?
Bożenie zadrżały palce przy filiżance. Powoli odstawiła ją na stół, jakby obawiając się stłuczenia, i opuściła wzrok. Po chwili wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się w sobie:
To trudne pytanie, córeczko westchnęła z goryczą. Do twojego ojca nigdy nie poczułam choćby iskry miłości. Wręcz przeciwnie, niemal go nie znosiłam.
Grażyna drgnęła. Spodziewała się podobnych słów, ale usłyszeć to od własnej matki bolało bardziej, niż myślała. Nerwowo poruszyła ramionami, próbując ukryć poruszenie.
Tym bardziej nie rozumiem! uniosła głos. Zmuszono cię? Dziadkowie nalegali?
Bożena lekko się uśmiechnęła, ale był to uśmiech pełen goryczy, ledwie uchwytny.
Wręcz odwrotnie sprzeciwiali się temu kategorycznie powiedziała cicho. Mama w ogóle nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak pospiesznie wychodzę za mąż za człowieka, który był mi niemal obojętny. Bardzo próbowała mnie powstrzymać. Tym bardziej, iż wtedy był przy mnie Kazimierz, a to porządny kandydat na męża.
Bożena zamyśliła się, obracając palcem rant filiżanki, jakby szukała odpowiednich słów. Opowiadać o tamtych wydarzeniach było dla niej bardzo trudne. ale właśnie dziś chciała o tym mówić. Może przez zdjęcia, które poruszyły w niej coś głęboko…
Widzisz, mam taką brzydką cechę: nie znoszę, kiedy mnie do czegoś zmuszają zaczęła cicho. Gdy ktoś stawia mi warunki, natychmiast robię odwrotnie choćby jeżeli wyjdzie mi to na gorsze. Zawsze tak było i rodzice dobrze o tym wiedzieli, dlatego nigdy nie naciskali, tylko dawali mi wybór. A ten, którego kochałam… tego nie potrafił, albo nie chciał zrozumieć.
Zmrużyła oczy, patrząc przez okno, za którym wirujące płatki śniegu kręciły się leniwie jak białe ćmy. Bożena wciąż odczuwała wstyd tamtej 'pomyłki’. Gdyby wtedy nie wybuchła… Gdyby tylko dała sobie czas… Ale wtedy postanowiła wszystkim udowodnić, iż nie pozwoli rozkazywać sobie w życiu. I udowodniła za cenę zrujnowanego losu.
Tym wyborem złamała losy trojga ludzi swój, Kazimierza oraz nieszczęsnego, który został jej mężem. Ich małżeństwo od początku przypominało blat starych drzwi i wszyscy wokół to wiedzieli. Bożena tego samego dnia rozumiała, iż trzeba było postąpić inaczej. Ale jej przekorne usposobienie…
~~~~~~~~~~~~~~~
Bożena siedziała przy kuchennym stole z dłonią pod brodą, nie mogąc oderwać oczu od Kazimierza. Krzątał się po kuchni z taką lekkością i pewnością siebie, iż miała wrażenie, iż gotuje sam mistrz kuchni w renomowanej restauracji. Nóż w jego rękach latał jak ptak, warzywa cięły się w perfekcyjne kostki, a aromaty stopniowo zamieniały mieszkanie w świątynię smaku.
Kilka razy Bożena odruchowo wstawała, by pomóc stara domowa przyzwyczajenie nakazywało jej działać. „Kuchnia to królestwo kobiety”, powtarzała w myślach, podrywając się już na nogi. Ale za każdym razem Kazimierz powstrzymywał ją łagodnym, choć stanowczym gestem: „Siedź, proszę, to moje królestwo. Odpoczywaj i smakuj chwilę”.
Też tak została zafascynowana patrzyła, jak z prostych składników powstaje coś nieoczywistego. W ich związku kuchnia należała do niego. Kazimierz nie gotował on tworzył, zarażając Bożenę spokojem swoich ruchów.
U nas w rodzinie zawsze był lokal zachichotał, widząc jej minę. Moja mama to prawdziwa mistrzyni. Od małego trzymałem się jej fartucha. I, nie chwaląc się, sporo się nauczyłem! Czekaj zaraz sama będziesz prosić o dokładkę!
W jego oczach było rozbawienie i duma, na ustach pewność siebie. Nie krył satysfakcji z efektów swojej pracy, co nadawało scenie przytulnej, niemal baśniowej nuty.
Po pół godzinie przed Bożeną stał pusty talerz. Ledwo powstrzymała się, by go nie wylizać danie było zniewalające. Smak nietypowy, nasycony każdy składnik wybijał się, a jednak razem łączyły się w olśniewającą całość.
Bożena oparła się o oparcie krzesła, westchnęła i spojrzała na Kazimierza z prawdziwym zachwytem.
To niewiarygodne powiedziała, głos łamał się od wzruszenia. Nigdy wcześniej nie jadłam czegoś podobnego. Jesteś czarodziejem! Jak ci się to udaje z czego wyczarować cuda?
Kazimierz uśmiechnął się, zadowolony z jej reakcji. Usiadł naprzeciw i spojrzał na jej pusty talerz z wyraźnym uczuciem spełnienia.
Najważniejsza jest miłość do gotowania i odrobina fantazji wzruszył ramionami. I produkty porządne! Ale twoje komplementy są dla mnie najważniejsze. Cieszy mnie, iż smakowało. Ale musisz koniecznie przyjść do naszej restauracji. Tam dopiero przekonasz się, czym jest prawdziwa magia kuchni!
Bożena rozpromieniła się. Uniosła filiżankę świeżo parzonej kawy do ust, przeciągając pierwszy łyk. Aromat naparu unosił się w kuchni, otulając ich rozmowę domowym ciepłem.
Trzymam cię za słowo! rzuciła z uśmiechem. A planujesz przejąć rodzinny biznes?
Kazimierz zamyślił się na krótką chwilę, potem zdecydowanie pokręcił głową.
Mam ambitniejsze plany! Zamierzamy otworzyć drugi lokal bliżej Warszawy, w okolicach Mazur. Lokum już wybrane, trwa remont. Będę kierownikiem, to odniesie sukces zobaczysz!
Mówił z takim uniesieniem, iż Bożena zaczęła wyobrażać sobie szeroką salę, duże okna na jezioro, ludzi zachwyconych smakiem, klimat święta i domowego ciepła. ale zaraz po jego słowach pojawił się niepokój.
Chcesz tam wyjechać? zapytała ledwie słyszalnie, nerwowo obracając pierścionek zaręczynowy prezent Kazimierza. Błyszczący metal chłodził skórę, ale nie koił emocji. A co ze mną? Zostawisz mnie?
Kazimierz znieruchomiał, zaskoczony jej pytaniem. Przecież wiedziała, jak mocno ją kocha! Robi wszystko właśnie dla nich! Cały projekt miał zapewnić Bożenie spokojne i szczęśliwe życie!
Skąd ci to przyszło do głowy? oburzył się szczerze. Przecież chcę, byś była ze mną! Mieszkanie już na nas czeka w zielonej dzielnicy, blisko jeziora. Tam zrobimy wesele, a o studia się nie martw załatwię przeniesienie, tam jest choćby lepsza uczelnia!
Mówił prędko, jakby bał się, iż nie zdąży wytłumaczyć. W jego głosie był entuzjazm i pewność, iż jej się spodoba przecież taki los trafia się raz w życiu! Stracić to byłoby wielką głupotą!
Bożena słuchała w milczeniu, ale w środku szalał bunt. Zacisnęła materiał obrusu w garści, próbując okiełznać narastający niepokój. Jej rozum rozumiał, iż to szansa przeprowadzka do dużego miasta, dobra uczelnia, nowy start… wszystko brzmiało kusząco, a jednak coś ją powstrzymywało.
Czyli już wszystko ustaliłeś? Beze mnie? Moje zdanie nie ma znaczenia? mówiła powoli, ważąc każde słowo. Myślisz, iż zostawię rodzinę, bliskich i pobiegnę za tobą w nieznane? dodała z ukrytą urazą w głosie. Wszystkich porzucę dla twojego pomysłu?
W milczeniu patrzyła na chmury przesuwające się powoli za oknem, myśli mieszały się jej jak białe baloniki. Wyobrażała sobie pożegnania, tłumaczenie rodzinie, iż wyjeżdża, porzucenie wszystkiego, co znała
Kazimierz zebrał myśli, podparł się dłońmi i spojrzał jej prosto w oczy.
Bożena, nie chciałem, by to tak wyglądało, jakbym sam o wszystkim zdecydował! Chciałem ci po prostu pokazać, iż mamy przed sobą przyszłość. Myślałem, iż się ucieszysz…
Zapanowała cisza. Kazimierz wciąż nie rozumiał, przez co ją aż tak dotknęła jego propozycja! W jego oczach była to obietnica, nowa droga dla nich, szansa na szczęście razem! Przecież robił to dla nich obojga!
Wcale się nie cieszę! rzuciła gwałtownie. Wszystko ustaliłeś za mnie! Myślisz, iż podporządkuję się każdej twojej decyzji? Masz się za władcę?
Bożena, o co ci chodzi? w jego głosie zabrzmiał nerwowy ton. Sądziłem, iż ucieszysz się tak wielką zmianą! Któż by nie chciał zamieszkać w malowniczej miejscowości na Mazurach? Tam jest prawdziwy raj!
Opowiadał, widząc wyraźnie ich wspólne życie: ciche uliczki, błękitne jeziora, mieszkanie z widokiem na wodę. Tak to sobie wyobrażał, nie rozumiał, dlaczego ona nie dzieli jego radości.
Ale Bożena już nie odbierała jego słów. Złościła się już nie tyle o sam wyjazd, co o to, iż jej zdanie nie miało znaczenia. Wstała gwałtownie, strącając filiżankę z kawą ciemny napój rozlał się na biały obrus, zostawiając plamę jak zaschnięta łza.
Wszystko mi jedno, gdzie! Ważne, iż podjąłeś decyzję za mnie! krzyknęła. Sama podejmuję decyzje! Sama wybieram swoją przyszłość! Nikt nie powie mi, gdzie mam żyć i studiować!
Głos drżał jej od gniewu. Stała, zaciskając pięści, i patrzyła na niego wyzywająco. Liczyło się tylko jej prawo do wyboru, nie nowe miejsce.
Bożena Kazimierz podniósł się i sięgnął do niej, próbując objąć w ramionach, uspokoić. Wciąż nie rozumiał prawdziwej przyczyny jej gniewu. Tak, mógł z nią to wcześniej omówić, ale wtedy nie byłoby niespodzianki! Chciał jej pokazać, jak bardzo myśli o ich wspólnym jutrze!
Ale ona była już roztrzęsiona, słowa więzły w gardle, w oczach błyszczały łzy rozgoryczenia. Nie chciała już słuchać.
Powiedziałam dość! odcięła się, głos dźwięczał ostro, choć w środku wszystko się trzęsło.
Zsunęła z palca zaręczynowy pierścionek ten sam, co dostała od Kazimierza przy zaręczynach. Przez moment ściskała go w dłoni, zastanawiając się czy dobrze robi, potem z całej siły rzuciła go w ścianę. Metal uderzył głośno, potoczył się po podłodze…
Gdy już wieczorem, usiadła w ulubionym fotelu przy oknie, poczuła ulgę, zmieszaną z dziwną pustką. Zamknęła oczy, wzięła kilka głębokich oddechów, próbując uspokoić drżenie rąk. W końcu dotarła do niej gorzka świadomość: popełniła straszną głupotę. Gigantyczną! W sercu wiedziała, iż Kazimierz nie chciał jej skrzywdzić, po prostu kochał i chciał dla nich jak najlepiej. On miał rację to była niezwykła szansa dla ich wspólnego życia. Dlaczego więc zrobiła tę awanturę?
Ale kiedy wracała myślami do tej rozmowy, złość znów wracała irytowało ją, iż ktoś zdecydował za nią, nie pytając o zdanie. „Jeśli już teraz narzuca mi swoją wolę co będzie potem? Zacznie decydować, gdzie będę pracować, z kim się spotykać, jak żyć?” Ten obraz nasuwał się jasno i Bożena ściskała podłokietniki fotela, żeby nie krzyczeć. Lepiej przeżyć ból teraz niż potem, kiedy doskwierałby przez lata. Kiedyś jej się polepszy, tłumaczyła sobie, z czasem wszystko się wyciszy…
Kilka miesięcy później, ciągle bolejąc po rozstaniu, Bożena przypadkowo spotkała Mieczysława. Od dawna okazywał jej zainteresowanie cicho, dyskretnie, nie narzucając się. Gdy dowiedział się o jej zerwaniu z Kazimierzem, jego zapał tylko wzrósł. Nie ukrywał, iż możliwość udowodnienia swojej przewagi nad „bogatszym rywalem” jak określał Kazimierza była dla niego dodatkowym bodźcem. Bożena czuła się wtedy samotna i podatna na wpływy. Oczko Mieczysława jawiło jej się jako nowy rozdział życia szansa pokazania sobie i innym, iż szczęście jest możliwe bez Kazimierza…
~~~~~~~~~~~~~~~
Wyszłam za pierwszego lepszego powiedziała Bożena cicho, patrząc przed siebie. Twój ojciec nie miał wtedy żadnych planów ani wizji naszej wspólnej przyszłości westchnęła z tęsknotą. Po roku się zaczęło. Okazał się uparty, czasem wręcz twardy i niezdolny do ustępstw. Po siedmiu latach się rozwiedliśmy pokojowe współistnienie stało się niemożliwe.
Córka słuchała uważnie, nie przerywając. W jej oczach lśniło współczucie, ale też prawdziwa chęć zrozumienia.
Czemu mówisz, iż przez twój błąd nieszczęśliwi byli aż troje? zapytała ostrożnie. Kazimierz nigdy nie umiał cię zapomnieć?
Nie wiem, czy zapomniał Bożena mówiła cicho. Ale widziałam, jak cierpiał. Oboje cierpieliśmy. Mieczysław też był nieszczęśliwy. Myślał, iż małżeństwo coś naprawi, iż coś sobie lub innym udowodni w końcu został tylko z rozczarowaniem. I tak to już jest trzy osoby straciły coś, co mogło być szczęściem.
Mówiła spokojnie, ważąc każde słowo. Goryczy już w jej głosie nie było tylko zaduma kogoś, kto dawno pogodził się z przeszłością.
Kazimierz wyjechał i odniósł sukces kontynuowała, patrząc w ciemniejące za oknem niebo. Ma teraz sieć restauracji, jest szanowany w branży. Ale ze wrażliwego, żywiołowego chłopaka zmienił się w zamkniętego, wymagającego człowieka. W biznesie to pomaga, ale w życiu… raczej przeszkadza.
Zatrzymała się na chwilę, jakby przypominała sobie rzadkie spotkania z Kazimierzem przez lata. Miała przed oczami jego sylwetkę wysoki, postawny, z ostrym wyrazem ust i chłodnym spojrzeniem. Zupełnie nie przypominał rozpromienionego chłopaka z dawnych zdjęć.
Dwa razy się żenił mówiła dalej ale żadne małżeństwo nie przetrwało roku. Całą tkliwość przelał na jedynego syna. Dla niego jest cierpliwy, troskliwy, choćby czuły. Ale wobec kobiet już nie potrafi.
Zamilkła, a po chwili dodała, patrząc gdzieś poza córką:
Obie jego ex-żony były bardzo podobne do mnie: wzrost, włosy, postura. Kolega Kazimierza powiedział mi kiedyś, iż do dziś mnie kocha. Ale nie mam prawa wkraczać już w jego życie. Upłynęło zbyt wiele czasu…
Grażyna słuchała matki w zamyśleniu, a jej głowę wypełniały myśli, których nie potrafiła ubrać w słowa. Miała wrażenie, iż wszystko mogło się potoczyć o wiele lepiej. Jej matka taka silna, mądra, zdolna do wielkiej miłości mogła zaznać prawdziwego szczęścia. I oddać je innemu człowiekowi Kazimierzowi, który chyba nigdy jej nie zapomniał.
Ale Grażyna wiedziała: matka nigdy nie wykona pierwszego kroku. Jej upór, ta sama cecha, przez którą wszystko się rozpadło, uniemożliwiała przyznanie się do błędu przed innymi. choćby jeżeli Bożena czuła w głębi, iż wtedy, lata temu, postąpiła źle nie była w stanie wrócić i o tym powiedzieć Kazimierzowi. To oznaczałoby przyznać się do słabości, a na to nigdy sobie nie pozwoli.
Bożena przeciągnęła się lekko, jakby strząsała z siebie ciężar wspomnień, i spojrzała na córkę.
Wiesz powiedziała pogodniej nie żałuję. Tak, bolało, tak, wszystko potoczyło się nie tak, jak wymarzyłam. Ale przeżyłam swoje życie. Mam ciebie a to najważniejsze.
Za oknem zapadł już zmierzch. W mieszkaniu rozbłysło ciepłe światło domowe, bezpieczne, takie jakiego Grażyna zawsze szukała. Podeszła do matki, objęła ją cicho. Bożena na ułamek sekundy znieruchomiała, potem odwzajemniła uścisk.
I nagle obie wiedziały: przeszłość odpłynęła w ciemność. Przed nimi pozostało już tylko jutro do budowania razem, krok po kroku, od nowa.













