Trzy lata remontu bez gości
Postawiłem filiżankę na parapecie i poczułem, iż Anka znieruchomiała w przedpokoju. Czułem to plecami, choć patrzyłem przez okno. Cisza, która zapadła, była tak gęsta, iż można było w niej utonąć.
Postawiłaś filiżankę na parapecie powiedziała w końcu. Nie zapytała. Stwierdziła fakt.
Tak, Aniu. Postawiłem filiżankę na parapecie.
Tam jest lakierowana powierzchnia. Gorące zostawia ślady.
Wiem.
To po co?
Odwróciłem się do niej. Miała czterdzieści pięć lat i wyglądała na swój wiek. Nie mniej, nie więcej. Stała w drzwiach kuchni, ubrana w domowy t-shirt, z poziomicą w ręku. Poziomica była moim atrybutem w weekendy tak jak inni noszą wszędzie telefon.
Nie mam jej gdzie indziej postawić odpowiedziałem. Stół przykryty folią. Drugi taboret stoi do góry nogami. Podłoga w przedpokoju jeszcze nie wyschła po gruntowaniu. Piję herbatę stojąc przy oknie, Andrzeju. Już trzeci rok piję herbatę stojąc przy oknie.
Popatrzyła na filiżankę. Potem na mnie. Potem znów na filiżankę.
Podłożę coś pod spód.
Nie trzeba.
Zostanie ślad.
Niech zostanie.
Zmrużyła oczy. Tak zawsze patrzyła, kiedy nie wiedziała, czy żartuję, czy mówię poważnie. Ja sam już nie wiedziałem.
Aniu, no co Ty
Dość powiedziała cicho, a jej słowa trzepotnęły w tej ciszy jak kamień w wodzie. Dość, Andrzeju.
Nie od razu zrozumiałem. Zapytałem jeszcze:
Co dość?
Zbieram swoje rzeczy.
Długa pauza. Za oknem ktoś zatrąbił, zaraz ucichło. Powoli opuściłem rękę z poziomicą.
Przez parapet?
Nie. Nie przez parapet.
Wypiła do końca herbatę i oparła filiżankę na tej lakierowanej powierzchni. Uh, z premedytacją, twardo, bez żadnego żalu.
Anka miała czterdzieści pięć lat. Pracowała jako księgowa w niewielkiej firmie w Warszawie, lubiła czytać przed snem, przy biurku trzymała małego kaktusika, którego nazwała Feliks, i od bardzo dawna nie zapraszała koleżanek do siebie. Od trzech lat, jeżeli być dokładnym.
Poszła do sypialni.
Trzy lata wcześniej, kiedy kupiliśmy to dwupokojowe mieszkanie na piątym piętrze w ceglanym bloku na Mokotowie, Anka była naprawdę szczęśliwa. Stała z Andrzejem pośrodku pustych, obdrapanych ścian, patrzyła przez okno na jesienne topole i myślała: to jest to. Nasz dom.
Andrzej wtedy też był inny. Albo tak jej się wydawało. Łaził z miarką, coś notował w zeszycie i w oczach miał ten ogień, który kiedyś tak w nim kochała. Ogień człowieka, który wie, czego chce, i potrafi to zrobić własnymi rękami.
Aniu, zobacz mówił, pokazując jej kartkę w kratkę z rysunkami tu będzie wydzielona strefa kuchnia z salonem, otwarta przestrzeń. Tutaj w ścianie robimy półki od podłogi do sufitu, widzisz? A tu oświetlenie punktowe z regulacją jasności.
Fajne mówiła, bo naprawdę jej się podobało.
Zrobimy wszystko sami, na spokojnie. Raz a porządnie. Na całe życie.
To raz a porządnie trzeba było wtedy uważnie usłyszeć. Powinienem od razu wiedzieć, iż za tym kryje się coś więcej niż zwykła chęć oszczędzenia na ekipie.
Pierwsze pół roku to była przygoda. Spaliśmy w remoncie. Anka gotowała na kuchence elektrycznej, gazu jeszcze nie było. Spaliśmy na materacu, bo łóżko nie miało gdzie stać. Jedliśmy z plastikowych talerzy, bo nie było jak myć naczyń. Niewygodnie, trochę romantycznie, zupełnie znośnie. Wtedy.
Potem zaczęło się coś zmieniać. Powoli, jak ziemia osuwa się pod fundamentem.
W weekendy Andrzej remontował, czasem i w tygodniu, jeżeli brał wolne. Był kierownikiem budowy, znał się na materiałach i technologiach lepiej niż większość wykwalifikowanych ekip. To dobrze. choćby świetnie. Problem nie był w wiedzy.
Problem był w tym, iż nie mógł przestać.
Na początku tego nie widziałem. Pierwszy raz coś mnie tknęło osiem miesięcy po rozpoczęciu remontu, gdy spotkałem się z Piotrkiem w kawiarni, a on zapytał:
No co, kończycie już? Chciałem wpaść na twoje pierogi, obiecałaś
Jeszcze chwila odpowiedziałem. Andrzej mówi, iż do Bożego Narodzenia na pewno skończymy.
Święta przeszły w trybie remontowym. Nikogo nie zaprosiliśmy, bo w salonie leżały płyty g-k, a kuchnia była prawie gotowa. Prawie.
Andrzej, może w przyszłym roku zrobimy normalne święta? zapytałem, rozlewając szampana.
Jasne powiedział. Jak skończę sufit w salonie i położę parkiet, wtedy zrobimy.
Sufit skończył w marcu. Ale wtedy okazało się, iż trzeba przerobić instalację w łazience, bo fachowiec kiedyś źle położył rury i Andrzej nie mógł na to patrzeć. Potem przyszła kolej na balkon: pianka montażowa osiadła i między ramą a ścianą pojawiła się szczelina. Trzy milimetry. Andrzej znalazł je sondą.
Wtedy jeszcze żartowałem. Że mój mąż walczy z trzema milimetrami. Śmialiśmy się z koleżankami. Ja z nimi. Było śmiesznie.
Parkiet kładliśmy w maju. Pomagałem nosić deski, podawałem narzędzia, odkurzałem pył. Andrzej pracował jak chirurg wszystko mierzył poziomicą i laserem. Kilka razy zrywał już ułożone panele i układał od nowa, bo szczelina nie grała.
Przecież nie widać zapytałem.
Mi widać odpowiedział bez podnoszenia głowy.
To był pierwszy raz, gdy coś mnie zatrzymało. Nie zabolało. Po prostu coś się zatrzymało. Stałem ze ścierką w ręku, patrzyłem na jego pochylony kark i czułem coś dziwnego jakbym zrozumiał coś ważnego, ale nie umiał jeszcze tego nazwać.
Parkiet skończyliśmy w czerwcu. Wyszedł naprawdę pięknie. Jasny dąb, drobna faza, perfekcyjna geometria. Przejechałem dłonią: Ładnie.
Jeszcze polakierować trzeba powiedział. Niemiecki lakier, odporny na zarysowania.
Kiedy?
W przyszłym tygodniu.
Tydzień później odkrył, iż listwa przy jednej ścianie odstaje o pół milimetra. Lakier poczeka.
Wtedy zadzwoniłem do Piotrka i poprosiłem o spotkanie. Siedzieliśmy na ogródku, piliśmy mrożoną herbatę, a Piotrek pytał:
Jak tam? Kiedy wpadnę w końcu?
Niedługo powiedziałem, i zamilkłem.
Coś się dzieje?
Nie, tylko… Wiesz, zaczynam podejrzewać, iż on nigdy nie skończy.
Faceci, zawsze odkładają na potem.
Nie, nie rozumiesz. On nie odkłada. On po prostu… jakby nie chciał kończyć. Jakby póki remont trwa miał wymówkę. Na wszystko. Żeby nie zapraszać gości. Żeby nie meblować mieszkania. Żeby nie zacząć zwyczajnie żyć.
Piotrek spojrzał poważnie.
Rozmawiasz z nim o tym?
Próbuję. Mówi, iż jeszcze troszka i będzie idealnie.
A ty chcesz idealnie?
Poczekałem chwilę.
Chcę domu powiedziałem w końcu. Zwyczajnie domu.
Tego wieczora Andrzej pokazywał mi próbki farb. Rozkładał na stole z dwadzieścia odcieni bieli: ciepła, zimna, z nutą szarości, z trochę błękitu. Ja widziałem po prostu białe.
Andrzej powiedziałem. Mi wszystko jedno.
Popatrzył na mnie, jakby usłyszał absurd.
Jak to? Przecież tu będziemy żyć.
Właśnie. Będziemy tu żyć. Żywi ludzie, w żywym mieszkaniu, którzy nie rozróżniają odcieni bieli na ścianach.
Rozróżniają, tylko nieświadomie.
Dobrze odparłem zrezygnowany. Wybierz sam.
Zawsze wybierał sam.
Tak to wyszło: najpierw cieszyłem się, iż partner wszystko ogarnia, bo się zna. Potem zauważyłem, iż coraz rzadziej pyta mnie o zdanie. Potem wcale. choćby nie specjalnie, po prostu moje słowa niczego nie zmieniały. jeżeli mówiłem ta płytka mi się podoba, słyszałem wykład, dlaczego jest gorsza. jeżeli postawmy tu kanapę, w aplikacji pokazywał, jak to psuje strefę. jeżeli mówiłem podoba mi się, słyszałem ale lepiej tak.
Przestałem mówić mi się podoba. Po co?
Jesienią drugiego roku odwiedzić miał nas dawny kolega, Michał z Poznania. Zadzwonił, iż będzie przejazdem, czy może przenocować jedną noc. Ucieszyłem się. Kupiłem dobre jedzenie, wyjąłem porcelanę, przetarłem stół.
Andrzej powiedział, iż Michał nie może nocować, bo w sypialni trwa remont.
Remontu żadnego tam nie było. Stało łóżko, szafa. Dobrze wiedziałem.
Andrzej, jakie prace w sypialni?
Chwilę się zawahał.
Podłogę muszę poprawić. Michał nie zaśnie przez zapach.
Ale tam nie śmierdzi.
No wiesz, głupio przyjmować ludzi w takim stanie mieszkania.
W jakim takim?
Niewykończonym.
Patrzyłem na niego i czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Bo właśnie zrozumiałem, iż on się wstydzi. Mieszkania, które sam robi. Że dla ideału gotów jest powiedzieć nieprawdę staremu przyjacielowi.
Dobrze odpowiedziałem. Nic więcej.
Michał i tak przyszedł na trzy godziny, pogadaliśmy przy herbacie, potem chłopaki poszli do restauracji, Michał spał w hotelu. Obiad gotowałem i jadłem sam.
Tej nocy długo nie zasnąłem. Patrzyłem w sufit wymalowany idealnie na biało, bez cienia smug, nad idealnym łóżkiem, w pokoju, w którym od dwóch lat nie było gości.
Zimą drugiego roku rozchorowała mi się mama. Nic poważnego, zwykłe przeziębienie, ale była sama, więc jeździłem do niej dwa razy w tygodniu przez całą Warszawę. Czasem zostawałem na noc. Andrzej nie protestował. Malował wtedy wnętrze ramy balkonowej specjalnym środkiem.
Pewnego wieczoru wróciłem wcześniej i zastałem go w przedpokoju, siedział na podłodze z lupą, oglądał styk listwy ze ścianą.
Coś się stało? spytałem, zdejmując płaszcz.
Tu jest szczelina powiedział bez podnoszenia głowy.
Nie pytałem jaka. Już wiedziałem, iż w milimetrach.
Andrzej, jadłeś coś dziś?
Nie pamiętam.
Od rana?
Coś tam było.
Zrobiłem makaron z jajkiem. Przyszedł do kuchni, kiedy już kończyłem. Usiadł, spojrzał na talerz.
Dzięki.
Proszę.
Jedliśmy w milczeniu. Za oknem śnieg. Na stole katalog okuć do szafy, który oglądaliśmy rok temu.
Andrzej powiedziałem.
Hmm?
Opowiedz coś. Ale nie o remoncie.
Podniósł wzrok, jakby poprosiłem, żeby mówił po japońsku.
O czym?
Cokolwiek. Jak minął dzień. Co cię ostatnio rozśmieszyło. Coś innego niż szczeliny i materiały.
Myślał przez chwilę naprawdę. Próbował. Nie mógł.
Nie wiem. Chyba nic.
Po tej rozmowie długo patrzyłem w ciemność i myślałem: kiedy to się stało? Kiedy z żywego człowieka zrobił się zestaw funkcji? Zawsze taki był, a ja nie widziałem? Nie. Pamiętam innego Andrzeja. Jak jechaliśmy do Jastarni jego starą Ładą i opowiadał mi o gwiazdozbiorach. Wskazywał: tu Kasjopeja, tam Wielka Niedźwiedzica… Widziałem.
Gdzie się podziały Plejady?
W trzecim roku już nie mówiłem kolegom, iż zaraz skończymy. Bo to była nieprawda. Remont kończył się i zaczynał na nowo. Andrzej znajdował kolejne niedoskonałości: kafle w łazience za miękkie, farba po wyschnięciu nie ten odcień, klamka dobra, ale zawias skrzypi. Każda niedoskonałość była początkiem nowego cyklu.
Kupiłem sobie małą lampkę nocną. Prosta, materiałowy abażur. Postawiłem na szafce. Wieczorem przyszedł Andrzej, spojrzał:
Skąd to?
Kupiłem sobie.
Po co? Przecież miały być ledowe spoty.
Chcę czytać przed snem.
Spoty będą lepsze.
Kiedy?
Nie odpowiedział.
No właśnie powiedziałem. Spoty będą kiedyś. A ja chcę czytać teraz.
Lampka stała tydzień. Potem Andrzej przyniósł z piwnicy metalową lampkę i postawił obok, mówiąc, iż ta jest lepsza.
Moja lampka trafiła w kąt. Potem na półkę. Aż znalazłem ją w piwnicy, obok puszek z gruntem.
Nie powiedziałem nic. Po prostu zabrałem ją z powrotem na szafkę.
Znowu postawił ją na półce.
Ja znowu na szafce.
Nie komentował. Ja też nie.
Stała na szafce. Małe zwycięstwo, mała tragedia. W normalnym domu to w ogóle nie byłoby ani zwycięstwo, ani tragedia. To byłaby po prostu lampka.
Wiosną, w kwietniu, napisałem do Piotrka: Może pojedziemy gdzieś? Jakiś pensjonat albo agroturystyka? Na kilka dni, bez partnerów.
Odpisał od razu: Chcę! Kiedy?
Pojechaliśmy w maju, na cztery dni, do ośrodka pod Warszawą. Wziąłem wolne. Andrzej był zdziwiony, ale nie protestował. Zresztą robił właśnie kolejną rewolucję w łazience.
W pensjonacie miałem mały pokój z drewnianymi meblami, kolorową narzutą i uchylonym oknem pachnącym lasem. Wszystko trochę sfatygowane, z rysami i nierównościami. I tam właśnie poczułem się dobrze. Naprawdę dobrze. Pierwszego wieczoru położyłem się na tej narzucie, spojrzałem na popękany sufit i popłakałem się.
Piotrek leżał na sąsiednim łóżku, nic nie mówił, po prostu był.
Żyję w muzeum powiedziałem w końcu, patrząc w sufit. Rozumiesz? W pięknym, idealnym, martwym muzeum.
Piotrek pomyślał chwilę.
Mówiłaś mu o tym?
Tak.
I?
Mówi, iż już niedługo będzie lepiej. Zawsze tak.
Może terapeuta? Razem pójść?
Nie pójdzie. Andrzej uważa, iż terapia to dla ludzi z poważnymi problemami. A u niego tylko remont.
Leżeliśmy w ciszy, a przez okno pachniało lasem i do pokoju wpadał odgłos ptaków, a ja myślałem: oto to. Tego brakowało. Okna, lasu, narzuty wybranej bez kalkulacji po prostu bo się spodobała. Życia.
Wróciłem po czterech dniach. W domu pachniało tynkiem. Andrzej przywitał mnie w przedpokoju, powiedział, iż przerobił wnękę w łazience i musi pokazać. Zdjąłem buty, poszliśmy do łazienki.
Dobrze powiedziałem.
Widzisz? Teraz wszystko symetryczne. Wcześniej prawa strona była szersza o centymetr.
Widzę.
Tydzień kombinowałem, jak to zrobić, by nie uszkodzić kafli. Ale wymyśliłem.
Brawo.
Poszedłem do sypialni, przebrałem się, położyłem na łóżku. Surowy, idealny sufit.
W czerwcu był dialog, który zapamiętałem słowo w słowo. Niedziela. Godzina ósma wieczór. Andrzej coś malował w schowku. Przygotowałem kolację, czekałem. Mijały kolejne minuty nie wychodził. Zapukałem po czterdziestu minutach.
Kolacja stygnie.
Pięć minut odburknął.
Nie wyszedł.
Zjadłem sam. Posprzątałem, umyłem naczynia. Wyszedł z komórki po dziesiątej. Spojrzał na pusty stół.
O, nie zauważyłem, jak czas minął.
Domyślam się.
Odgrzać Ci?
Odgrzej sobie.
Poszedłem do sypialni, wziąłem książkę. Czytałem, albo udawałem, iż czytam. Kiedy przyszedł, zapytałem nie odrywając wzroku:
Andrzej, jesteś szczęśliwy?
Długa cisza.
Chyba tak.
Jesteś pewien?
Co za pytanie, Aniu…
Po prostu zwykłe pytanie.
Położył się obok. Po chwili mówi:
Jak skończę schowek, wezmę się za balkon. Trzeba go ocieplić. Wtedy mieszkanie będzie gotowe.
Zamknąłem książkę.
Wiesz, iż adekwatnie właśnie odpowiedziałeś na pytanie?
Jak?
Spytałem, czy jesteś szczęśliwy, a ty opowiedziałeś mi o balkonie.
Nie znalazł odpowiedzi. Leżał i milczał.
Dobranoc powiedziałem.
Dobranoc.
Światła nie gasiłem długo. Patrzyłem w sufit, słuchałem jego oddechu i myślałem, iż w innej wersji życia też byśmy pewnie tak leżeli, ale rozmawialibyśmy. O serialu, co ostatnio obejrzeliśmy. O tym, iż mama powiedziała coś śmiesznego. O nowym menu w naszej ulubionej knajpce. Po prostu byśmy rozmawiali.
A tu jest cisza. Idealna jak sufit.
O tym dialogu pomyślałem rano, gdy stawiałem filiżankę na parapecie. I wtedy zrozumiałem, iż słowo dość dojrzewało we mnie od dawna. Po prostu ta filiżanka wypuściła je na zewnątrz.
Pakowałem rzeczy powoli, bez łez. Tylko to, co moje: parę książek, kosmetyki, ubrania. Lampkę z materiałowym abażurem. Dokumenty i ładowarkę. Małego kaktusa Feliksa, którego przyniosłem z biura pół roku temu, bo w domu nie było ani jednego żywego kwiatka. Andrzej nie protestował. Kaktus nie zostawia śladów.
Stał w drzwiach sypialni, patrzył jak ładuję do torby moje rzeczy.
Aniu.
Co?
Może pogadamy?
O czym?
Jak to o czym. Zbierasz rzeczy.
Tak.
Przez filiżankę?
Andrzej, proszę Cię. Sam wszystko doskonale wiesz.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Zatrzymałem się, spojrzałem na niego. Stał w drzwiach, wysoki, bez poziomicy, wyglądał na zagubionego. Naprawdę zagubionego. Dawno nie widziałem tego w jego oczach.
Andrzej powiedziałem. Mieszkamy tu trzy lata.
Tak.
Przez trzy lata nie było ani jednej kolacji z gośćmi. Ani razu. Przez trzy lata.
Bo mieszkanie nie jest jeszcze…
Bo mieszkanie nie jest gotowe, tak. Ono nigdy nie będzie gotowe. Rozumiesz?
Milczał.
Zawsze coś znajdziesz do poprawki. Taki już jesteś. To nie jest samo w sobie złe. Ale nie mogę w tym żyć. Mam dość życia na budowie.
Jeszcze tylko…
Nie odpowiedziałem miękko, ale stanowczo. Nie jeszcze tylko. To nie kwestia czasu, to nie kwestia, iż jeszcze moment i będzie dobrze. Trzy lata mieszkałam u Ciebie w gościach. Chodziłem na palcach, żeby nie zarysować. Stawiałem filiżanki na podkładkach. Chowałem lampkę. Nie zapraszałem znajomych, bo Tobie było wstyd za remont. Ja…
Głos mi zadrżał, musiałem się zatrzymać.
Chcę żyć. Po prostu żyć. Z rysami na panelach i plamą kawy na parapecie. Z gośćmi w niedzielę. Z Twoją starą kurtką na krześle. Ze wszystkim tym, co jest w normalnym domu. U nas nie był dom prawdziwy.
Milczał długo. W końcu zapytał cicho:
Dokąd jedziesz?
Na razie do mamy.
Na długo?
Nie wiem.
Zapiąłem torbę. Wziąłem Feliksa. Przeszedłem korytarzem, włożyłem kurtkę, założyłem adidasy, starając się nie patrzeć pod nogi na idealny parkiet.
Aniu rzucił za mną.
Co?
Ja… Nie wiedziałem, iż to aż tak.
Wiedziałeś odparłem. Tylko nie myślałeś o tym.
Drzwi zatrzasnęły się bardzo cicho. Bardzo delikatnie, jak wszystko tutaj.
Został sam.
Andrzej postał w korytarzu chwilę, potem przeszedł do salonu i usiadł na kanapie. Kanapę wybierał długo, trzy miesiące testował różne tkaniny. Solidna, nie łapie kurzu. Usiadł na tej idealnej kanapie w swoim idealnym salonie i rozejrzał się.
Mieszkanie było piękne. Naprawdę piękne. Ciepłe ściany we właściwym odcieniu. Parkiet bez jednej szczeliny. Sufit bez żadnej spoiny. Wbudowane półki jak od sznurka. Oświetlenie dokładnie takie, by nie raziło. Balkon szczelny. Kafle w łazience równo.
Patrzył na wszystko i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Coś bliżej mdłości. Nie w żołądku, a wyżej w środku.
Na półkach zostały jej książki. Kilka. Patrzył na grzbiety i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział, jak po prostu czyta. Nie przed snem, nie chowając się za lekturą, a ot tak, wieczorem na kanapie. Dawno. Bardzo dawno.
Wstał. Poszedł do kuchni. Filiżanka stała na parapecie. Spojrzał na miejsce, gdzie ją stawiała. Żadnego śladu. Herbata dawno wystygła.
Umył filiżankę, odstawił na suszarkę. Zastanowił się. Potem wszedł do schowka. Tam wszystko poukładane: wiadra z farbą, rolki taśmy, pędzle, narzędzia. Znalazł małą próbkę kafla, którą kiedyś brał do pracy porównać z innym. Pokręcił w palcach. Odłożył.
W schowku nie było nic zbędnego. Tylko on.
Wieczorem odgrzał sobie coś z lodówki, zjadł bez smaku, umył talerz. W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Dawniej zawsze: coś się wierciło, skrzypiało, pachniało gruntem lub lakierem. Teraz nic, tylko idealna cisza w idealnym wnętrzu.
Włączył telewizor. Oglądał film dwadzieścia minut, wyłączył nic nie zrozumiał.
Potem długo patrzył na jej imię w kontaktach w telefonie. Nie wykręcił. Myślał.
Nie o tym, jak ją sprowadzić. O tym, co mówiła: o gościach, o lampce, iż czuła się gościem w swoim domu. To słowo szczególnie mu utkwiło. Gość. We własnym mieszkaniu.
Przypomniał sobie Michała. Jak zadzwonił i skłamał mu przez telefon o remontach w sypialni. Dlaczego? choćby wtedy nie potrafił sobie odpowiedzieć. Mówił sobie: niewygodnie przyjmować, bo jeszcze niedokończone. Ale przecież mieszkali już tyle czasu. To nie była prawda.
Obiecał sobie zrobić idealne mieszkanie. I robił. I nie mógł skończyć, bo ideał się nie kończy. To nie sufit, który można zagruntować i już gładki. To horyzont im dalej idziesz, tym bardziej się oddala.
Anka to rozumiała. On nie.
Albo nie chciał rozumieć.
Wstał. Przeszedł przez mieszkanie, zapalił światło w każdym pokoju. Stanął w salonie. Spojrzał na półki.
Wszystko wyliczone co do centymetra: książki równo, bibeloty precyzyjnie, każda rzecz na swoim miejscu, żadnych przypadkowych ozdób.
Na środku trzeciej półki stało małe szklane serduszko. Czerwone, trochę krzywe, jakby manualnie robione. Anka kupiła je dwa lata temu na jakimś bazarku. Powiedział: Po co to, tylko się kurzy. Odpowiedziała: Bo mi się podoba. Nie skomentował, zostało. Pogodził się jak z drobną ustępstwem.
Wziął je teraz do ręki. Przytrzymał.
Szkło było ciepłe. Albo mu się wydawało.
Rozmyślał o tym trzy dni. Trzy dni łaził po mieszkaniu, nie robił nic, jadł cokolwiek, spał słabo. W pracy był roztargniony, pomylił się przy obliczeniach na jednym zleceniach; musiał poprawiać. Kolega zapytał: Andrzej, wszystko ok? Tak, tak.
Czwartego dnia napisał jej wiadomość.
Aniu, możemy pogadać?
Odpisała po godzinie: Możemy.
Zadzwonił. Odebrała po dwóch sygnałach.
Cześć powiedział.
Cześć.
Jak się masz?
W porządku, u mamy dobrze.
Pauza. Słyszał jej oddech i nie wiedział, od czego zacząć. Nigdy nie umiał rozpoczynać takich rozmów. Ona zawsze umiała.
Aniu, myślałem ostatnie dni.
Domyślam się.
Wiesz, co powiem?
Tak mniej więcej.
Aniu, wiem, że… zagubiłem coś ważnego. Nie przegapiłem, tylko… zamyślił się, szukając słów wybierałem nie to.
Milczała.
Mówiłaś o gościach, o lampce. Wszystko pamiętam, rozumiem. Nie rozumiałem wtedy. Może udawałem, iż nie rozumiem.
Po co to mówisz?
Chcę, żebyś wróciła.
Długa cisza.
Andrzeju…
Nie proszę, żebyś od razu wracała. Chciałem być szczery. Chcę spróbować jeszcze raz, inaczej. Nie wiem, czy się uda. Ale chcę spróbować.
Milczała długo. Słyszał stuknięcie czegoś w tle, może przestawiła filiżankę na parapecie, nieistotne.
Rozumiesz, iż powiedzieć spróbuję nie wystarczy? spytała w końcu.
Rozumiem.
Wiesz, iż nie mogę wrócić i żyć jak dawniej?
Rozumiem.
Nie wiem, czy rozumiesz. Nie obraź się po prostu mówię szczerze. Teraz jesteś przestraszony, mówisz adekwatne rzeczy. Ale nie można tak po prostu postanowić być kimś innym. To nie jest wbijanie gwoździa.
Wiem, iż nie.
To co konkretnie proponujesz?
Zastanowił się.
Proponuję spotkać się i porozmawiać, nie przez telefon.
Dobrze zgodziła się po chwili. Spotkajmy się.
Spotkaliśmy się w kawiarni, na neutralnym gruncie. Kawiarnia była zwyczajna, trochę rozklekotane krzesła, menu na tablicy. Anka przyszła w swojej beżowej kurtce, wyglądała na zmęczoną, ale spokojną.
Zamówiliśmy kawę. Patrzyłem na nią i uzmysłowiłem sobie po raz pierwszy od lat, iż patrzę naprawdę po prostu patrzę.
Jak mama? zapytałem.
Lepiej. Kupiła nowe bratki, zajęła się balkonem. Cieszy się, iż byłam.
Cieszę się.
Zamilkliśmy.
Andrzej odezwała się w końcu. Chciałabym, żebyś coś zrozumiał. Sprawa nie w remoncie. Nie w tym, iż lubisz wszystko robić dobrze. To fajnie. Ale… pomyliłeś cel. Mieszkanie to narzędzie do życia. Ty zrobiłeś z niego cel.
Tak powiedziałem.
Zgadzasz się, czy rozumiesz?
Rozumiem.
Skąd mam wiedzieć?
Wziąłem filiżankę, potrzymałem, odstawiłem.
Nie wiesz mówię szczerze. Ja też nie wiem, na ile się zmienię. Ale wiem, iż tak już nie chcę. Póki tu byłaś, myślałem, iż można dłużej tak pożyć. A jak odeszłaś, mieszkanie zrobiło się tylko ładnym kartonem.
Anka spojrzała na mnie.
Ładny karton powtórzyła.
Tak.
Dobrze, iż to zrozumiałeś.
Wrócisz?
Patrzyła przez okno. Padał zwykły wiosenny deszcz, ludzie biegli z parasolami, a naprzeciw w sklepie stały kosze z roztrzepanymi tulipanami.
Spróbuję padła w końcu odpowiedź. Ale mam warunki.
Słucham.
Po pierwsze: przez najbliższy miesiąc żadnych remontów. Ani jednego nowego gwoździa. Po prostu żyjemy.
Dobrze.
Po drugie: w najbliższą niedzielę zapraszamy Piotrka, Michała, jeżeli się da, jemy, rozmawiamy, w tym mieszkaniu, jakie jest.
Kiwnąłem głową.
Po trzecie: jeżeli znowu zaczniesz robić dramat z każdego zadrapania, powiem Ci to wprost. Musisz usłyszeć.
Dobrze.
Wiesz, iż to nie są tylko słowa? Że to naprawdę trudne?
Wiem. Dla mnie też. Ale spróbuję.
Anka spojrzała jeszcze raz, uważnie, jak się patrzy, gdy chce się wyłapać prawdę za słowami. Potem powiedziała:
No to chodźmy.
Skierowaliśmy się do domu pieszo, choć jeszcze kropiło. Szliśmy blisko siebie, nie pod rękę, ale prawie. Ona niosła Feliksa w kieszeni, ja jej torbę. Przed blokiem spojrzała na budynek, na piąte piętro.
Ładny dom powiedziała.
Tak potwierdziłem.
Wjechaliśmy windą. Otworzyłem drzwi. Weszła pierwsza. Poszła prosto do salonu, postawiła Feliksa na parapecie, bez podkładki.
Patrzyłem na parapet i na doniczkę.
Nic nie powiedziałem.
Anka poszła do kuchni. Słyszałem, jak napełnia czajnik. Potem szum wody, potem klik czajnika.
Usiadłem na kanapie. Spojrzałem na półki. Szklane serduszko stało trochę przekrzywione, nie idealnie w linii.
Nie poprawiłem go.
W niedzielę zadzwoniliśmy do Piotrka. Na reszcie! zaśmiał się. Michał nie mógł dojechać, obiecał następnym razem. Piotrek przyniósł wino, Anka upiekła sernik, ja ugotowałem rosół, obiecany już trzy lata temu.
Nakryliśmy w salonie. Układałem talerze, widząc, iż nie są idealnie równo. Poprawiłem jeden ale zaraz się powstrzymałem.
Przy stole było gwarno, trochę ciasno. Anka wylała czerwone wino na obrus wszyscy zamarli. Poczułem, jak ściska mi się żołądek. Spojrzałem na nią.
Ona patrzyła spokojnie. Bez lęku.
Wziąłem serwetkę, przetarłem plamę.
Nic się nie stało.
Piotrek odetchnął. Anka uśmiechnęła się lekko.
Po kolacji długo jeszcze siedzieliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy herbatę. Jak goście wyszli, było już po północy. Anka zmywała, ja wycierałem naczynia. Milczeliśmy, ale to była inna cisza. Nie ta stara.
Plama zejdzie? spytałem.
Może nie odpowiedziała.
No trudno.
Spojrzała na mnie. Podała talerz.
Andrzej?
Tak?
Było dziś dobrze.
Tak, było dobrze.
Skończyliśmy zmywać. Wyszedłem do salonu. Na stole zostały filiżanki, na obrusie plama od wina. Na półce serduszko. Feliks na parapecie.
Patrzyłem na to wszystko. Myślałem, iż plamę trzeba będzie rano namoczyć, zanim zaschnie. Myślałem, iż doniczka może zostawić ślad na lakierze. Jedna filiżanka stała trochę krzywo.
Potem pomyślałem, iż Anka śmiała się dziś dwa razy. Raz gdy Piotrek opowiadał o swoim kocie. Drugi raz, gdy Anka pomyliła słowa. Tak się śmiała kiedyś, dawno, gdy patrzyłem na nią i myślałem: to jest właśnie ona.
Przeszedłem do sypialni. Zatrzymała się w drzwiach:
Idziesz?
Już.
Ostatni raz obejrzałem salon. Plama. Feliks. Serduszko.
Zgasiłem światło.
Położyłem się obok. Czytała. Lampka z materiałowym abażurem świeciła ciepło.
Patrzyłem w sufit.
Ania.
Hmm?
Słyszysz mnie, gdy mówię o szczelinach i milimetrach?
Opuściła książkę. Spojrzała na mnie.
Słyszę.
O czym wtedy myślisz?
Myślała chwilę.
Że wtedy jesteś bardzo daleko.
Tak powiedziałem. Pewnie tak.
Podniosła książkę dalej do czytania.
Leżałem, nie wiedząc, czy się uda, iż trzy lata to długo, i coś w niej się zmieniło, i we mnie też, i to jak pęknięcie w ścianie: można zamaskować, szwu prawie nie widać, ale materiał już nie ten sam.
Myślałem o tym, zanim zacząłem zasypiać. A potem, już na granicy snu, przyszła mi jeszcze jedna myśl: iż rano wezmę Feliksa i postawię go z powrotem na podkładce, bo inaczej zostanie kółko.
Otworzyłem oczy.
Sufit był taki jak zawsze. Idealny. Bez rys.
Obok Anka przewróciła stronę.
Zamknąłem oczy. Feliks nigdzie się nie wybiera. Zaczeka do rana.








