Ilustrowany Kurier Codzienny IKC
Kurczę, nie wierzę, iż jeszcze rok temu publikowałem zdjęcia na Insta prosto z aparatu telefonu, bez żadnej obróbki! Totalny wstyd, jak teraz patrzę na te stare posty. Odkąd mój kumpel Bartek, który pracuje przy projektach graficznych dla Casinolab, pokazał mi kilka prostych tricków w edycji zdjęć, moje social media przeszły kompletną metamorfozę. Bartek tłumaczył mi przez godzinę (przy piwie!), jak ważna jest spójność wizualna profilu i jak osiągnąć efekt „wow” bez niszczenia jakości zdjęć. To właśnie ten ostatni element okazał się najważniejszy – większość apek, których wcześniej używałem, kompresowała obrazy tak mocno, iż traciły ostrość i detale. Po wielu testach i porównaniach wybrałem pięć edytorów, które dają świetne efekty bez zabijania pikseli. Dzielę się tym zestawieniem, bo może komuś oszczędzi czasu w szukanie.
Lightroom Mobile – profesjonalne narzędzie w kieszeni
Gdybym miał polecić tylko jedną aplikację, byłby to Adobe Lightroom Mobile. Chociaż pełna wersja jest płatna (około 45 zł miesięcznie w pakiecie z innymi programami Adobe), podstawowa wersja za darmo oferuje naprawdę sporo. Co mnie w nim urzekło? Niesamowita precyzja edycji – można dostosować każdy aspekt zdjęcia, od balansu bieli po krzywe kolorów. Do tego Lightroom pracuje na plikach RAW, co oznacza, iż zachowuje maksimum informacji z oryginalnego zdjęcia.
Nie jestem żadnym ekspertem w obróbce zdjęć, a mimo to po dwóch tygodniach używania Lightrooma czułem się jak profesjonalista. Mega przydatna jest też funkcja presetów, czyli zapisanych ustawień, które można stosować do wielu zdjęć. Stworzyłem sobie trzy własne presety – jeden do zdjęć jedzenia (lekko cieplejsze kolory i zwiększony kontrast), drugi do krajobrazów (podkręcone niebo i cienie) i trzeci do portretów (delikatnie rozjaśniona skóra i miękkie cienie). Dzięki temu moje zdjęcia mają spójny charakter, co podobno jest najważniejsze dla algorytmu Insta.
Snapseed – mistrzowska edycja za zero złotych
Gdy pokazałem znajomej moje nowe zdjęcia, była przekonana, iż wydaję fortunę na profesjonalną obróbkę. Jej mina, gdy powiedziałem, iż używam darmowej apki Snapseed, była bezcenna! Ta aplikacja od Google to absolutny majstersztyk – oferuje zaawansowane narzędzia jak selektywna korekta (można edytować tylko wybrane fragmenty zdjęcia) czy magiczne usuwanie obiektów.
Najbardziej jaram się opcją „Struktura”, która dodaje niesamowitej głębi zdjęciom bez typowego efektu przesadnego wyostrzenia. Kiedyś próbowałem osiągnąć podobny efekt w innych apkach i zawsze kończyło się to koszmarnym szumem na zdjęciu. W Snapseedzie mogę też zapisywać swoje kombinacje ustawień jako „wyglądy” i stosować je do innych fotek. Jedyny minus? Interfejs jest nieco mniej intuicyjny niż w innych aplikacjach, ale po dwóch dniach człowiek łapie, o co chodzi.
VSCO – estetyka hipsterska, ale z klasą
Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, czy faktycznie da się poznać, iż zdjęcie było edytowane w VSCO? Ta aplikacja ma swój charakterystyczny styl – trochę filmowy, nostalgiczny, idealny do tych „artystycznych” ujęć. Co wyróżnia VSCO? Przede wszystkim filtry (czy jak oni je nazywają – presety), które są subtelne i nie sprawiają, iż zdjęcie wygląda sztucznie.
Wersja darmowa daje dostęp do podstawowych narzędzi i kilkunastu presetów, ale za pełny pakiet trzeba zapłacić jakieś 100 zł rocznie. Czy warto? Moim zdaniem tak, szczególnie jeżeli zależy ci na spójnej estetyce profilu. VSCO ma też fajną funkcję planowania postów i możliwość publikowania zdjęć bezpośrednio do aplikacji. Tworzy się tam taka społeczność fotografów – można podglądać cudze prace i inspirować się. Czasem wieczorami przeglądałem te wszystkie niesamowite zdjęcia zamiast scrollować bezmyślnie Facebooka.
Afterlight – gdy diabeł tkwi w szczegółach
Afterlight to taki mały-wielki kombajn do obróbki zdjęć. Poznałem go przypadkiem – polecił mi go fotograf na weselu kumpla, gdy narzekałem na jakość zdjęć na Instagramie. Aplikacja kosztuje jednorazowo około 25 zł (bez dodatkowych opłat później) i zdecydowanie warto zainwestować. Co w niej wyjątkowe? Przede wszystkim tekstury – można dodać efekt kurzu, kliszy fotograficznej czy przecieków światła, które wyglądają zaskakująco naturalnie, a nie tandetnie jak w wielu innych apkach.
Afterlight ma też świetne narzędzie do nakładania wielu ekspozycji – można połączyć dwa zdjęcia w jedno, uzyskując naprawdę artystyczne efekty. Kiedyś próbowałem zrobić coś podobnego w Photoshopie i zajęło mi to godzinę. W Afterlight? Dosłownie dwie minuty. Aplikacja ma też przydatną funkcję kadrowania pod wymiary różnych platform – Insta, Facebook, Twitter – co oszczędza kłopotu z dopasowywaniem zdjęć do każdej z nich osobno.
Darkroom – dla wymagających perfecjonistów
Na końcu muszę wspomnieć o Darkroom – aplikacji, która początkowo była dostępna tylko dla iPhone’ów, ale teraz jest też na Androidzie. Dlaczego ją uwielbiam? Bo pozwala edytować zdjęcia bezpośrednio z biblioteki telefonu, bez importowania ich do aplikacji. Oszczędza to mnóstwo miejsca w pamięci urządzenia!
Darkroom ma najbardziej precyzyjną kontrolę kolorów ze wszystkich aplikacji, które testowałem. Można dostosować zakres każdego koloru osobno – na przykład zmienić tylko odcienie niebieskiego na bardziej turkusowe, nie ruszając reszty. To idealne narzędzie dla osób, które mają już określony styl i wiedzą dokładnie, co chcą osiągnąć. Aplikacja podstawowa jest darmowa, ale za pełną wersję trzeba zapłacić około 70 zł raz na zawsze (bez subskrypcji – wielki plus!).
Dlaczego warto inwestować w dobrą edycję?
Instagram to dla wielu z nas nie tylko rozrywka, ale też sposób na budowanie marki osobistej czy choćby zarabianie. Badania pokazują, iż profile ze spójną, dopracowaną estetyką przyciągają średnio o 60% więcej obserwujących. Algorytm Instagrama również faworyzuje treści wysokiej jakości. Oznacza to, iż czas poświęcony na porządną edycję zdjęć to nie fanaberia, ale sensowna inwestycja.
Pamiętajmy też, iż aplikacje, które nadmiernie kompresują czy zmniejszają rozdzielczość zdjęć, mogą niszczyć potencjał naszych postów. Instagram i tak kompresuje dodawane obrazy, więc jeżeli wrzucamy już skompresowane zdjęcie… cóż, efekt bywa opłakany. Wszystkie wymienione przeze mnie aplikacje dbają o zachowanie maksymalnej jakości, co przekłada się na ostrzejsze, bardziej szczegółowe obrazy w naszym feedzie.