W Rzeszowie, na Baldachówce, jest takie targowisko, gdzie wszyscy się znają. Halina Sobierajska prowadziła tam stoisko z galanterią skórzaną — paski, portfele, torebki, głównie podróbki, ale dobre, nikt nie narzekał. Trzynaście lat na tym samym miejscu, przy trzeciej alejce, obok budki z kluczami.
Jej siostra, Danuta, miała stoisko dwa rzędy dalej — z bielizną. I to właśnie przez Danutę wszystko się zaczęło, chociaż nikt nie planował żadnej wojny.
Ich matka zostawiła po sobie mieszkanie na Baldachówce — trzy pokoje, czterdzieści dwa metry, blok z lat siedemdziesiątych. W testamencie napisała, iż dzielą po połowie. Ale Danuta mieszkała tam z matką ostatnie osiem lat, opiekowała się nią, kiedy ta chorowała na serce. I kiedy przyszło do sprawy spadkowej, Danuta powiedziała wprost: mieszkanie zostaje przy niej, bo ona włożyła w to życie, a Halina — tylko odwiedzała w niedziele.
Halina nie krzyczała. Poszła do notariusza, sprawdziła zapis, zobaczyła czarno na białym: pół na pół. I zrozumiała, iż siostra po prostu liczy na to, iż ona odpuści, bo zawsze odpuszczała.
Zaczęło się od drobiazgów. Danuta przestała się odzywać na targowisku, mijała stoisko Haliny bez słowa, jakby to była obca osoba. Potem zaczęła mówić klientkom — po cichu, przy kasie — iż Halina "chce wyrzucić starszą siostrę na bruk", iż "zawsze była zachłanna". Plotka rozeszła się po całej Baldachówce w niecały tydzień. Pani Zosia od warzyw przestała się kłaniać. Chłopak od kluczy zaczął patrzeć spod byka.
Halina wracała wieczorami do swojego mieszkania na Załężu, siadała przy stole w kuchni i liczyła w głowie — czterdzieści dwa metry, podzielone na dwa, to jednak jej należność, nie prezent. Ale to liczenie nie dawało spokoju, tylko jątrzyło.
Pewnego wtorku, pod koniec października, przyszła do niej klientka, pani Marta, kupić portfel dla męża na urodziny. Kupowała u Haliny od lat, znały się dobrze.
— Słyszałam, co ludzie gadają — powiedziała, wybierając portfel z brązowej skóry. — Że pani siostrę chce wyrzucić.
— Nieprawda — odparła Halina, pakując towar w papier. — Chcę tylko to, co mi się należy z mocy prawa.
— No to niech pani to jakoś załatwi. Bo pani tak chodzi, jakby coś nosiła w środku. Widać.
Halina zamarła z nożyczkami w ręku. Ta uwaga trafiła gdzieś głębiej, niż powinna była.
Wieczorem, po zamknięciu stoiska, poszła do warsztatu szewskiego pana Ryśka — akurat obok, na tej samej alejce. Rysiek naprawiał jej torby latami, znał ją od podszewki. Usiadła na krześle przy ladzie, a on, jakby wyczuł, iż coś jest nie tak, wyciągnął spod lady starą płócienną torbę na narzędzia, całkiem pustą.
— Popatrz — powiedział, nasypując do środka garść gwoździ szewskich, kawałki potłuczonego szkła z rozbitej gabloty, parę starych szydeł. — Nic w niej nie ma, tylko to, czym się tnie.
Podał jej torbę. Ciężka, ostre końce już przebijały płótno od środka, materiał zaczynał pękać po szwach.
— Ludzie myślą, iż to Danuta ich rani plotkami. A tak naprawdę ty nosisz to samo w sobie od miesiąca i to cię rozrywa od środka, nie ją.
Halina nic nie odpowiedziała. Wzięła torbę do domu, postawiła na stole w kuchni i patrzyła na nią przez dwa dni, aż gwóźdź przebił płótno na wylot i zostawił rysę na obrusie.
W piątek pojechała do kancelarii notarialnej przy ulicy Grunwaldzkiej. Nie po to, żeby odpuścić — po to, żeby to wreszcie zamknąć, jednym ruchem, bez ciągnięcia sprawy przez kolejny rok sądowych pism.
Zaproponowała siostrze ugodę: Danuta wykupuje jej połowę mieszkania za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, płatne w ciągu sześciu miesięcy, potwierdzone aktem notarialnym. Żadnych dalszych roszczeń, żadnego wspólnego adresu, żadnej wspólnej alejki na targowisku — Halina od razu zdecydowała, iż przenosi stoisko na drugą stronę hali, bliżej wejścia od strony Lisa-Kuli.
Danuta przyszła na spotkanie blada, z teczką pełną papierów, których i tak nie otworzyła. Siedziała naprzeciwko notariusza, patrzyła to na siostrę, to na dokument.
— Naprawdę tego chcesz? Po tylu latach?
— Chcę odzyskać spokój — odpowiedziała Halina, podpisując pierwszą stronę. — Nie chcę już nosić tej sprawy w sobie na targowisku, w domu, wszędzie.
Danuta podpisała. Ręka jej drżała przy ostatniej kartce, ale podpisała.
Pieniądze wpłynęły na konto Haliny w marcu, dwa miesiące przed terminem. Tego samego dnia Halina wyniosła torbę z gwoździami do śmietnika przy bloku, razem z workiem na szkło. Rysiek zszył jej nową torbę na narzędzia, z mocniejszego płótna, i podarował z okazji przeprowadzki stoiska.
Na Baldachówce dalej się mijają — Halina i Danuta, w przejściu między alejkami, czasem skinieniem głowy, czasem bez niczego. Pani Zosia od warzyw znów się kłania. A stoisko z torebkami stoi teraz bliżej wejścia, tam gdzie więcej światła i mniej przeciągów.













