Czasem relacja formalnie trwa, ale emocjonalnie jakby stoi w miejscu. Ktoś jest obok, odpisuje, spotyka się, czasem choćby mówi o bliskości, a mimo to trudno pozbyć się wrażenia, iż nie chodzi tu o prawdziwe budowanie wspólnej przyszłości, tylko o wygodne przeczekanie do momentu, aż wydarzy się coś innego. Właśnie tak działa mechanizm określany dziś coraz częściej jako „partner na przeczekanie”: relacja, w której jedna osoba traktuje drugą jak rozwiązanie tymczasowe, choć wcale nie mówi tego wprost.
Jak Ross i Emily z „Przyjaciół”
To kolejny termin, który z internetu i mediów społecznościowych przedostał się do codziennego języka relacji, obok takich pojęć jak „situationship” czy „ghosting”. Różnica polega na tym, iż tutaj nie chodzi wyłącznie o niejednoznaczność czy znikanie, ale o bardzo konkretny układ: jedna strona zachowuje się jak partner lub partnerka „na serio”, ale wewnętrznie zostawia sobie furtkę, jakby ten związek miał tylko wypełniać pustkę do czasu pojawienia się „właściwej” osoby.
To zjawisko nie jest wcale nowe. Zmienił się tylko język, którym próbujemy je opisać. W popkulturze taki układ można było zobaczyć choćby w historii Rossa, Emily i Rachel z „Przyjaciół”, tyle iż wtedy nikt nie nazywał jeszcze tego relacją przejściową, w której jedna osoba angażuje się bardziej, niż druga naprawdę jest gotowa.
Samo pragnienie bycia z kimś nie musi być przecież niczym złym. Ludzie wchodzą w relacje z różnych powodów: z potrzeby bliskości, z lęku przed samotnością, z chęci posiadania stałej osoby obok, a czasem pod wpływem rodzinnych czy społecznych oczekiwań. Problem pojawia się wtedy, gdy jedna osoba odgrywa rolę długoterminowego partnera, choć tak naprawdę nie widzi tej relacji w swojej przyszłości. Właśnie dlatego temat ten coraz częściej powraca w rozmowach osób, które czują, iż w ich związku „coś jest nie tak”, choć długo nie potrafiły tego nazwać.
Dlaczego ktoś może traktować Ciebie jako „opcję na przeczekanie”?
Sama tymczasowość nie musi być krzywdząca, jeżeli obie osoby są wobec siebie uczciwe i wiedzą, iż tworzą relację, która prawdopodobnie ma określony termin ważności. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy tylko jedna strona zna prawdę, a druga funkcjonuje w przekonaniu, iż buduje coś stabilnego.
Osoba, która traktuje partnera jak „opcję na teraz”, może mieć różne motywacje.
- Czasem próbuje dojść do siebie po poprzednim związku.
- Czasem nie potrafi się naprawdę zbliżyć, bo ciągle wierzy, iż gdzieś czeka ktoś bardziej odpowiedni.
- Bywa też tak, iż po prostu nie chce być singlem i woli trzymać się relacji, która daje poczucie obecności, ale nie wymaga pełnego zaangażowania.
Taki schemat może wynikać z wielu psychologicznych przyczyn, ale trudno nie zauważyć, iż współczesna kultura randkowania i cyfrowe narzędzia tylko go wzmacniają. Internet daje złudzenie niekończącej się puli możliwości. Im więcej opcji ma się przed oczami, tym trudniej się zdecydować i tym łatwiej zacząć myśleć, iż może następna osoba okaże się lepsza.
Co mają z tym wspólnego aplikacje randkowe?
Wiele osób czuje dziś presję korzystania z aplikacji randkowych, bo wydaje się, iż właśnie tam trzeba szukać potencjalnych partnerów. Problem w tym, iż zamiast poczucia sprawczości często pojawia się zmęczenie, przebodźcowanie i wypalenie. Wizja nieskończonej liczby możliwości nie daje spokoju, raczej utrudnia zatrzymanie się przy jednej osobie.
Potwierdzają to także badania. W jednym z nich przeprowadzonym w 2019 roku w Holandii, zauważono, iż im więcej profili potencjalnych partnerów widzą badane osoby, tym chętniej odrzucają kolejne opcje. Mechanizm ten przypomina zasadę malejących korzyści: każda następna możliwość wydaje się wnosić coraz mniej, a jednocześnie rośnie frustracja i skłonność do niezadowolenia. W praktyce oznacza to, iż nadmiar wyboru może wpychać ludzi w tryb ciągłego oceniania i odrzucania, zamiast budowania więzi.
Aplikacje randkowe nieustannie podsuwają myśl, iż gdzieś być może czeka ktoś lepszy. Taki sposób myślenia może zwiększać rozczarowanie wobec osoby, z którą już się jest, zamiast skłaniać do zastanowienia się, jak samemu tworzyć lepszą relację z tą konkretną osobą.
Jaki związek mogą mieć z tym style przywiązania?
Na sposób wchodzenia w związki wpływa także styl przywiązania. Teoria przywiązania zakłada, iż nasze potrzeby emocjonalne i zachowania w relacjach są częściowo związane z tym, jak budowaliśmy więź z opiekunami w dzieciństwie.
Osoby z lękowym stylem przywiązania mogą bardzo potrzebować bliskości, ale jednocześnie bać się porzucenia, dlatego często wybierają partnerów, którzy nie dają im upragnionego bezpieczeństwa. Z kolei osoby z tendencją unikającą mogą odbierać bliskość jako zagrożenie dla swojej autonomii i trzymać partnera na dystans, choćby jeżeli formalnie pozostają w relacji. W obu przypadkach, gdy związek zaczyna robić się naprawdę ważny, łatwo pojawiają się wątpliwości i powody, by uznać, iż „to jednak nie to”.
Po czym poznać, iż możesz być dla kogoś opcją tylko „na teraz”?
Eksperci zwracają uwagę, iż relacje tego typu rzadko opierają się na jednym wyraźnym sygnale. Częściej chodzi o zbiór drobnych zachowań, które razem zaczynają układać się w niepokojący wzór.
Przyszłość jest tematem, którego lepiej nie poruszać
Jednym z najbardziej charakterystycznych znaków jest niechęć do rozmów o tym, co dalej. Kiedy wspominasz o wspólnym wyjeździe za kilka miesięcy, o ślubie znajomych, na który moglibyście pójść razem, albo o czymkolwiek, co wykracza poza najbliższe dni, druga osoba nagle się wycofuje, zmienia temat albo wyraźnie czuje się nieswojo.
W takiej relacji można mieć poczucie, iż wszystko rozgrywa się tylko w teraźniejszości. Jest wam razem dobrze tu i teraz, ale nic nie wskazuje na to, by ta więź miała dokądś prowadzić.
Nadal nie jesteś częścią jego lub jej świata
Mijają miesiące, a Ty wciąż nie znasz ważnych dla tej osoby ludzi. Nie pojawiasz się przy rodzinnych okazjach, nie jesteś naturalnie włączana lub włączany w codzienny krajobraz jej życia. Z drugiej strony, gdy chodzi o Twoich bliskich czy ważne wydarzenia po Twojej stronie, nagle zawsze pojawia się jakiś pretekst, żeby nie uczestniczyć.
To może być sygnał, iż relacja pozostaje w strefie kontrolowanej bliskości: wystarczającej, by korzystać z jej zalet, ale niewystarczającej, by naprawdę Cię do swojego życia zaprosić.
Ktoś jest otwarty na inne możliwości
Nie zawsze chodzi o spektakularne zdrady czy jawne łamanie granic. Czasem bardziej znaczące są drobne zachowania: sposób patrzenia na innych, ciągłe flirtowanie, przedłużanie rozmów, które wydają się mieć wyraźnie podtekstowy charakter, albo ogólne wrażenie, iż uwaga tej osoby stale krąży wokół potencjalnych alternatyw.
Gdy partner albo partnerka bardziej sprawdza, kto jeszcze jest wokół, niż inwestuje uwagę w Ciebie, trudno mówić o prawdziwej obecności w relacji.
Zaangażowanie jest niestabilne i pojawia się falami
Inny wyraźny sygnał to brak konsekwencji. Przez jakiś czas wszystko wydaje się ciepłe, bliskie i obiecujące, po czym nagle przychodzi chłód, dystans, emocjonalne wycofanie. Potem znów wraca czułość i znów pojawia się nadzieja, iż może tym razem już będzie dobrze.
Taki rytm łatwo pomylić z „trudnym okresem”, ale jeżeli powtarza się regularnie, może świadczyć o tym, iż druga osoba nie jest naprawdę osadzona w tej relacji. soba będąca w takim układzie często też uczestniczy w mechanizmie zaprzeczania. Widzi sygnały, ale próbuje je tłumaczyć albo pomniejszać, bo przyjęcie prawdy byłoby zbyt bolesne.
Nie zawsze takie zachowanie musi oznaczać celową manipulację
Jednocześnie warto pamiętać, iż relacje rzadko są czarno-białe. Czasem problem nie polega na złej woli czy cynicznym wykorzystywaniu drugiej osoby, ale po prostu na tym, iż partnerzy są w innym miejscu. Jedna osoba może chcieć iść szybciej, druga potrzebować więcej czasu. Jedna naciska na rozwój relacji, druga wciąż hamuje.
To bywa trudne dla obu stron i nie zawsze musi oznaczać, iż ktoś traktuje drugą osobę wyłącznie jako przejściową opcję. Czasami po prostu dwoje ludzi nie osiąga tego samego poziomu gotowości w tym samym momencie.
Mimo to, jeżeli pojawia się niepewność, najuczciwszym wyjściem pozostaje rozmowa. Eksperci są zgodni, iż jeżeli chcesz wiedzieć, czy jesteś dla kogoś ważna lub istotny naprawdę, trzeba o to zapytać wprost, a potem uważnie wsłuchać się w odpowiedź, zamiast słyszeć tylko to, co daje nadzieję.
Warto szukać dowodów na to, iż jest się lubianą, cenionym i traktowanym z troską. Taka rozmowa może być stresująca, ale i tak jest mniej wyniszczająca niż życie w ciągłej niepewności. W gruncie rzeczy pytania, które naprawdę mają znaczenie, zwykle wywołują lekki ścisk w brzuchu, właśnie dlatego, iż odsłaniają coś ważnego.
Co, jeżeli to Ty traktujesz kogoś jak rozwiązanie tymczasowe?
Relacja „na przeczekanie” szkodzi nie tylko osobie, która jest trzymana w zawieszeniu. W dłuższej perspektywie nie służy także tej stronie, która nie potrafi się określić. Taki układ zamyka obu osobom drogę do czegoś prawdziwego, również tej, która w teorii ma większą kontrolę nad sytuacją.
Co więcej, może się okazać, iż osoba ciągle czekająca na coś „lepszego” wcale nie daje szansy relacji, która mogłaby stać się głęboka i satysfakcjonująca. Często myślimy o miłości jako o czymś, co najpierw się pojawia, a dopiero potem prowadzi do zobowiązania. Tymczasem psychologia od dawna pokazuje, iż nierzadko bywa odwrotnie — to zaangażowanie tworzy warunki, w których dopiero może rozwinąć się przywiązanie, sympatia i miłość.
To znaczy, iż ktoś, kto nieustannie zostawia sobie wyjście awaryjne, może sam odbierać sobie możliwość doświadczenia więzi, której w rzeczywistości szuka.
Wyjście z tego schematu wymaga jednak czegoś więcej niż dobrej woli. Potrzebna jest samoświadomość, gotowość do uczciwego przyjrzenia się własnym motywacjom i odwaga, by nie trzymać drugiej osoby w relacji, której nie chce się naprawdę budować. Obie strony potrzebują pewnego rodzaju konfrontacji z rzeczywistością: sprawdzenia, co adekwatnie dzieje się między nimi i czy ta relacja ma prawdziwe fundamenty.
Najtrudniejsze w byciu „opcją na teraz” nie jest choćby to, iż związek okazuje się nieidealny. Najbardziej boli to, iż jedna osoba inwestuje emocje w przyszłość, podczas gdy druga traktuje tę samą przyszłość jak niewypełnioną przestrzeń, którą można na razie kimś zająć.











