Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, choć ciężko to przekazać przez głos Wyobraź sobie noc Weronice temperatura rośnie jak szalona. Termometr pokazuje 40,5 stopnia, a nagle zaczynają się drgawki. Jej ciało wygina się tak gwałtownie, iż Agata na chwilę zamarła, nie dowierzając, a potem rzuciła się do córki, próbując nie dopuścić, by ręce jej się trzęsły z przerażenia.
Weronika zaczęła się dusić pianą, jej oddech przerywany, jakby ktoś zaciskał jej gardło od środka. Agata próbowała otworzyć jej buzię palce ślizgały się, nie współpracowały, ale w końcu się udało. Córka nagle zwiotczała, straciła przytomność. Pięć czy dziesięć minut nikt by tego nie policzył dokładnie. Czas leciał nie sekundami, ale biciem serca Agaty, które waliło jej w skroniach.
Nie spuszczała oka z jej języka żeby nie zablokował oddychania, trzymała głowę Weroniki, kiedy drgawki szarpały nią mocniej niż prąd. Cały świat Agaty zredukował się do jednego Weronika musi nabrać powietrza. Weronika musi wrócić.
Krzyczała. Do kuchni, do ścian, do pustki i do nieba krzyczała „Weronika!” do telefonu na pogotowie, jakby samym głosem mogła ją przytrzymać przy życiu.
Zadzwoniła do Tomka przez łzy i szlochy udało jej się tylko wyszeptać:
Weronika Weronika prawie umarła
Ale w słuchawce Tomek usłyszał coś innego to krótkie, potworne słowo: umarła.
Poczuł się, jakby ktoś wbił mu rozżarzony nóż w pierś. Kolana się pod nim ugięły i zsunął się na podłogę, ledwo zipiąc Jakby w jednej chwili wszystko w nim się wypaliło siły, myśli, jakiekolwiek jutro.
Ludzie próbowali go podnieść, podtrzymać pod łokcie. Ktoś podał krople, ktoś wodę, ktoś głaskał po plecach każdy szeptał coś pocieszającego, ale jego rozpacz była jak mur, od którego odbijały się ich słowa, jak fale od betonu.
Tomek nie mógł się pozbierać. Palce drżały, szklanka brzęczała o zęby, a z gardła wydobywały się tylko urywane dźwięki, jakby w środku coś się popsuło:
U-u u-mar-ła We-ro-ni-ka umarła
Wargi zbielały, oddech przyspieszył, ręce stały się zupełnie obce.
Szef, pan Wiesław Kowalczyk, nie marnując chwili, złapał Tomka pod pachy i praktycznie wpakował go do swojego dużego SUV-a. Drzwi zatrzasnęły się echem aż w środku.
Gdzie?! Gdzie jechać?! krzyczał mu prosto w twarz, próbując docierać do niego przez szok.
Tomek siedział jak zahipnotyzowany, z szeroko otwartymi oczami, nic nie rozumiejąc. Parę sekund choćby nie mrugał, jakby utknął między rzeczywistością a koszmarem.
Szpital dziecięcy miejski ledwo wydusił przez ból, strach, przez potworne rozdarcie w środku.
Szpital wydawał się na drugim końcu miasta za daleko dla faceta, który właśnie usłyszał najgorszą rzecz swojego życia.
Wiesław docisnął gaz, auto miotało się od pasa do pasa, a światła na skrzyżowaniach zamieniały się w rozmazane plamy. Czerwone? Zielone? Już nieważne.
Na jednym skrzyżowaniu pociągnęło ich tak mocno, iż obok wyrósł czarny, błyszczący jeep, niemal znikąd.
Od katastrofy dzieliły ich centymetry. Wiesław skręcił kierownicę, samochód zarzuciło bokiem, opony zapiszczały, spod kół poszły iskry.
Jeep przemknął obok, zostawiając w powietrzu woń spalonej gumy. Śmierć minęła ich o włos.
Tomek choćby nie zarejestrował. Płakał nieprzerwanie, skulony, przyciskał pięść do ust, by nie wybuchnąć rwącym się płaczem.
I nagle jak błysk. Prosto do głowy zapalił mu się slajd z dawnych wspomnień.
Weronika trzy lata. Choruje na anginę, gorączka przy której dorosłym robi się słabo. Pogotowie robi zastrzyk, każe dać czopki.
Mała Weronika stoi na łóżku w piżamce w króliczki, rozpalona, cała we łzach. Agata przekonuje ją już pół godziny. Weronika pociąga nosem, trze oczy i smutno mówi:
No dobrze, wstaw tylko nie podpalaj!
Tomek mało nie padł wtedy ze śmiechu. Przecież parę dni wcześniej byli w kościele. I zapamiętała, iż świece się podpala.
Wiesław wyciągnął auto na szeroką, oświetloną alejkę zimną jak ostrze noża.
A wspomnienia dobiły go następnym obrazkiem.
Parę tygodni później Weronika wspina się na wielką szafę w pokoju. Mała małpka, zwinna i nieposłuszna. Wdrapała się niemal pod sufit i piszczy z dumy.
I nagle szafa zaczyna się przechylać. Huk leci w dół. Agata krzyczy, Tomek rzuca się do przodu, ale już za późno. Łomot rozdziera pokój.
Weronika przeżyła. Siniaki, łzy, ogromny strach i największa czekolada świata, którą próbowali utulić jej płacz.
Widząc czekoladę, Weronika nagle się przełączyła jakby ktoś nacisnął guzik awaryjny szczęścia. Przestała płakać, otarła nos rękawem i spytała:
Mogę dwie?
Czekolada jej magiczny sposób na wszystkie smutki.
Tomek wtedy pomyślał, iż gdyby w szpitalach rozdawali czekolady, to ludzie by nie umierali.
A potem cisza wieczorna w domu, lampka świeci lekko.
Agata mówi:
Jutro pójdziemy do kościoła. Zapalimy świeczkę za zdrowie.
A Weronika całkiem poważnie pyta:
W pupę, czy jak?
Agata zakryła wtedy dłonie twarzą, a Weronika siedziała z wyrazem: A o co wam chodzi, w czym śmieszność?
I teraz, w samochodzie, te małe śmiesznostki uderzyły Tomka prosto w serce.
Bo w tych jej żartach mieszkało całe życie. Jej życie.
Szef w końcu dowiózł Tomka na miejsce. Zatrzymali się gwałtownie, jakby auto nie dało rady dłużej czekać.
Weronika żyje to pierwsze, co usłyszał. Jest na OIOM-ie, lekarze od kilku godzin nic nie mówią.
Agatę wpuszczono do córki. Tomkowi zostało czekać i modlić się
Dochodziła pierwsza w nocy taka godzina, w której świat wydaje się stać w miejscu i jest nieznośnie samotny. Tomek podniósł głowę i wśród okien na drugim piętrze odszukał to jedyne to, za którym jego dziewczynka walczyła o życie.
W tej kwadratowej ramce nagle pojawiła się Agata. Stała nieruchomo, ręce wzdłuż ciała, patrząc prosto przez szybę jakby dokładnie na niego. Ani gestu, ani oddechu, ani sięgnie po telefon.
Zamachał jej, jakby ręką mógł przegonić ten strach, który czuli oboje. Zadzwonił nie odebrała. Tylko patrzyła, jak cień, duch miłości, która boi się zgasnąć przy najdrobniejszym ruchu.
Nagle zadzwonił telefon. Krótkie, ostre dźwięki.
Usłyszał tylko:
Proszę wejść.
I koniec rozmowy.
Strach ogarnął go tak, iż powietrze zrobiło się gęste jak miód. Próbował wstać ciało odmówiło. Jakby ziemia na siłę go trzymała, nie pozwalała wejść, by nie usłyszał najgorszego.
Wiedział, iż musi iść, ale bał się tak, iż paraliż wbił go w miejsce.
Wtedy z drzwi wyszła pielęgniarka młoda, zmęczona, w powycieranych crocsach. Podeszła do niego, a w nim wszystko opadło.
Koniec. Teraz się dowie.
Nachyliła się delikatnie i powiedziała cicho, wyraźnie jakby ogłaszała wyrok, tylko ten jasny:
Przeżyje. Najgorsze już za nią
Świat zatrząsł się pod nim.
Usta drżały, zrobiły się obce, bezwładne. Siedział, próbując cokolwiek powiedzieć „dziękuję”, „Boże”, cokolwiek Ale wychodziło tylko drżenie kącików ust, drżące ręce, a po twarzy płynęły wielkie, gorące łzy.
***
Po tej nocy dla Tomka wiele spraw straciło znaczenie.
Nie bał się już stracić pracy. Nie bał się być śmieszny, niezręczny, rozbity.
Jedno trzymało go na powierzchni pamięć o tej nocy. O tym, jak w sekundę świat może stanąć. Jak łatwo można stracić kogoś, dla kogo zrobiłbyś wszystko
Cała reszta zupełnie przestała się liczyć.
Tak jakby tę jedną nocą świat rozdarł się na pół na „przed” i „po”.
I wszystkie inne strachy rozpłynęły się w tej prawdziwej ciszy.








