Dziś chcę zapisać kilka myśli, które od dawna chodzą mi po głowie, szczególnie w związku z nadchodzącym latem. Moja teściowa, pani Jadwiga, zaproponowała, iż zajmie się naszymi dziećmi w czasie wakacji. Od kiedy przeszła na emeryturę, ma sporo wolnego czasu i jest chętna pomóc, więc odetchnęłam z ulgą i z przyjemnością się zgodziłam.
Praca pochłania nas oboje z mężem adekwatnie przez całe lato, a przy trójce dzieci każda pomoc jest na wagę złota. O urlopie, takim prawdziwym, mogę tylko pomarzyć zwykle wymieniamy się wolnymi dniami w pracy, jeżeli któreś z dzieci zachoruje albo gdy przypada jakieś ważne przedszkolne czy szkolne wydarzenie. Zdarza się czasem, iż wyrwiemy się gdzieś na weekend do Kazimierza Dolnego czy nad ukochane Mazury, jeżeli akurat w domu wszystko jest pod kontrolą, ale na dłuższy wyjazd nie mamy szans.
Od trzech lat spłacamy 20-letni kredyt hipoteczny, który wzięliśmy na nasze wymarzone mieszkanie na obrzeżach Warszawy. Życie na wynajmach i nieustanne przeprowadzki już tak nas zmęczyły, iż ten kredyt, mimo wysokiej raty w tej chwili niemal 3500 zł miesięcznie! wydawał się wybawieniem. Jednak w praktyce oznacza to jedno: choć pracujemy bez przerwy przez całe lato, na rodzinne wakacje po prostu nas nie stać. Do tego dzieci skoro wakacje i szkoła zamknięta, nie ma za bardzo komu ich doglądać. Dobrze chociaż, iż są bezpieczne pod opieką babci w swoim domu. To przynajmniej daje mi spokój, kiedy w upalne dni biegam między biurem a domem.
Teściowa, pani Jadwiga, faktycznie dużo nam pomaga. Odkąd zajmuje się dziećmi w wakacje, zawsze staramy się jej odwdzięczyć. Kiedy przywozimy dzieci do niej na letni tydzień w Lublinie, zabieramy całe torby zakupów owoce, chleb, warzywa z rynku, ulubione serki dla dzieci. Do tego, już chyba tradycyjnie, wręczamy jej kilka stówek na ekstra przekąski (przeważnie 200300 zł gotówką do ręki). Sama przyznaje, iż jej emerytura nie wystarcza na takie dodatkowe wydatki, więc pieniądze bardzo się przydają. I w sumie to i tak znacznie taniej niż zatrudnienie profesjonalnej opiekunki czy niani na cały tydzień wszyscy wydają się zadowoleni z takiego układu.
Problem pojawił się, kiedy brat mojego męża, Tomek, postanowił przywieźć swoje dzieci do matki. Mają z żoną trójkę małych urwisów młodszych od naszych i zdecydowanie bardziej wymagających, jeżeli chodzi o pilnowanie. Tomek jednak przywiózł dzieci „na gotowe” bez jakiejkolwiek żywności czy wsparcia finansowego. Okazało się, iż musieliśmy przez kilka tygodni karmić całą gromadkę z własnej kieszeni.
Nie jest łatwo pogodzić się z tą sytuacją. To nie pierwszy raz już kilkukrotnie prosiłam męża, Adama, aby porozmawiał z Tomkiem i wyjaśnił, iż dla nas to spore obciążenie. Adam jednak zawsze mówi, iż „nie chce się z nim kłócić”, a najlepiej będzie przemilczeć temat. Ja czuję, iż to niesprawiedliwe haruję w pracy, przekładam swoje plany, żeby móc dzieciom zapewnić opiekę i wsparcie, a ktoś inny korzysta z tego wysiłku, choćby nie dokładając się finansowo do sprawy.
Zastanawiam się, czy jest sposób, żeby spokojnie porozmawiać z Tomkiem, tak żeby nie wywołać awantury. Może wystarczyłoby jasno powiedzieć, iż chętnie pomagamy, ale pod warunkiem jakiejś współpracy. Z drugiej strony czy ktoś w ogóle słucha takich próśb w polskiej rodzinie? Często mam poczucie, iż matki i tak biorą wszystko na siebie. Chciałabym po prostu ustalić jasne zasady, żeby więcej nie mieć wrażenia, iż nasza dobroć jest nadużywana.












