A tę sałatkę to sama kroiłaś, czy znowu z tych plastikowych pudełek, którymi karmisz mojego syna? Jadwiga, moja teściowa, zmarszczyła brwi i z niechęcią szturchała widelcem tartaletkę z serem i łososiem.
Marta wzięła głęboki oddech, poprawiając elegancką sukienkę. Akurat kończyła trzydzieści pięć lat. Jubileusz. Chciała czuć się królową, przyjmować życzenia i po prostu być szczęśliwa. Zamiast tego stała w salonie, nakrywając do stołu, i miała wrażenie, jakby była znowu uczennicą, która zapomniała odrobić zadanie.
Pani Jadwigo, to catering z włoskiej restauracji, szef kuchni jest rodowitym Sycylijczykiem, produkty są bardzo dobrej jakości Marta starała się zachować uśmiech. Wie Pani, pracuję do dwudziestej, naprawdę nie mam czasu gotować dla piętnastu osób.
Tak, tak, praca teściowa przewróciła oczami i spojrzała na portret syna, wiszący nad kredensem, szukając wsparcia. My też pracowaliśmy. W fabryce, w polu, dzieci się wychowywało. I nikt nie karmił męża gotowcami na rodzinne święta… To jest, kochana, niedorzeczność. Tomek taki schorowany się zrobił. Widać po oczach, ile się wycierpiał.
Tomek, mój trzydziestoośmioletni schorowany mąż, z lekką nadwagą i rumieńcem na policzkach, właśnie wszedł do pokoju, zacierając ręce.
O, mamo, Martusia! Ale wyżerka! Jak pachnie! Marto, te roladki z bakłażanów są? Wprost je uwielbiam!
Jadwiga rzuciła na syna wzrok pełen matczynej troski, ale przemilczała. Goście mieli się zjawić lada chwila. Marta poszła do kuchni po gorące dania, czując, jak narasta w niej irytacja. To nie zaczęło się wczoraj ani rok temu. Przez pięć lat małżeństwa teściowa prowadziła partyzancką wojnę o żołądek Tomka. W każdy weekend podrzucała słoiki z kotletami, galaretką, pamówkami, nie szczędząc komentarzy: Zjedzcie porządne jedzenie, Marta to ciągle zapracowana, ona nasza bizneswoman. Marta znosiła. Naprawdę ciężko pracowała kierowała działem logistyki w dużej firmie, zarabiała więcej od męża i uważała, iż zapłacić za sprzątanie i catering to nic złego. To inwestycja w czas, który można spędzić na ćwiczeniach, czytaniu, albo po prostu z mężem.
Jadwiga myślała jednak inaczej. Według niej kobieta, która nie umie (albo nie chce) własnoręcznie lepić pierogów, to kobieta wybrakowana.
Dzwonek oznajmił początek imprezy. W mieszkaniu zrobiło się gwarno, pojawił się śmiech, zapach kwiatów i perfum. Przyszli przyjaciele, współpracownicy, rodzice Marty. Wszyscy wznosili toasty, życzyli szczęścia, wręczali koperty z pieniędzmi i vouchery do spa. Atmosfera się ociepliła, Marta choćby się rozluźniła, postanawiając nie zwracać uwagi na miny teściowej.
Przy deserze Jadwiga, która cały wieczór milczała z obrazą na twarzy, nagle wstała i zastukała widelcem w kieliszek, prosząc o uwagę.
Kochani goście zaczęła tonem nauczycielki na apelu. Też chcę złożyć życzenia naszej jubilatce. Trzydzieści pięć lat to poważna granica. W tym wieku kobieta powinna mieć już mądrość, cierpliwość i umiejętność dbania o domowe ognisko.
Przerwała, wyciągając z torby opasły pakunek zapakowany w błyszczący papier.
Pieniądze to rzecz ulotna kontynuowała, stawiając ciężki prezent przed Martą. Dzisiaj są, jutro ich nie ma. Uroda też przemija. Ale umiejętności i troska o męża to podstawa każdej rodziny. Zastanawiałam się długo, co Ci podarować, Marto. I uznałam, iż najbardziej brakuje Ci wiedzy.
Wszyscy umilkli. Tomek zakaszlał nerwowo.
Marta spokojnie rozpakowała prezent. To była książka ogromna, ciężka, w twardej oprawie. Wielka Encyklopedia Gospodyni Domowej i Kuchni Polskiej. Złota Kolekcja. Na okładce uśmiechnięta pani w fartuchu z garnkiem w rękach.
To nie jest zwykła książka w głosie teściowej zabrzmiała słodka jadowitość. To prawie rodzinna relikwia. Nie dość, iż kupiłam specjalnie dla ciebie, to jeszcze zrobiłam zakładki i własne notatki. Co lubi Tomeczek, jak ugotować barszcz, żeby był czerwony, a nie bure błoto, jak to u niektórych. Jak wykrochmalić koszule, żeby mąż wyglądał jak dyrektor, a nie jak strach na wróble. Korzystaj, ucz się. Nigdy nie jest za późno, by być dobrą żoną.
Ktoś z gości chichotnął nerwowo. Mama Marty zaczerwieniła się, już chciała coś powiedzieć, ale Marta ścisnęła ją pod stołem za rękę. Nie teraz, nie przy wszystkich. Nie będzie robić scen na własnej imprezie.
Dziękuję, Pani Jadwigo powiedziała równym głosem Marta. Bardzo… znaczący prezent. Na pewno się zapoznam.
Odłożyła książkę na bok i naturalnie skierowała uwagę gości na tort. Reszta wieczoru przebiegła jej jak we śnie. Marta uśmiechała się, żartowała, częstowała herbatą, ale w środku wszystko w niej wrzało z upokorzenia. To nie był prezent, to był publiczny policzek w pięknym opakowaniu.
Gdy ucichł zmywarkowy szum a ostatni goście wyszli, Marta usiadła z książką na kanapie. Tomek, dotąd unikający rozmowy o podarunku, przysiadł i objął mnie ramieniem.
Marto, nie bierz tego do siebie. Wiesz jaka jest mama. Chciała dobrze, może trochę przesadziła…
Przesadziła? Marta otworzyła książkę. Popatrz.
Kolorowe karteczki, notatki na marginesach. Na pierwszej stronie: Dla kochanej synowej, w nadziei, iż mój syn wreszcie będzie miał porządne, domowe jedzenie.
Przepis na kotlety z dopiskiem czerwonym flamastrem: Mięso kręcić samodzielnie! Kupne tylko dla leniwych i nieudolnych!
W sekcji o sprzątaniu: Kurz pod łóżkiem wstyd dla gospodyni. U was można sadzić ziemniaki.
Co kilka stron teksty, jak: Kanty spodni mają ciąć papier. To, w czym Tomek chodzi, szkoda komentować.
To nie była książka kucharska. To był katalog pretensji i kąśliwych uwag pod płaszczykiem macierzyńskiej troski. Jadwiga naprawdę się napracowała.
Mama chce mojego dobra wymamrotał Tomek, aż uszy mu poczerwieniały. Schowam tę książkę gdzieś w pawlaczu i zapomnimy?
Nie, Marta zamknęła tom z hukiem. Tak się z prezentami nie postępuje.
Przez kolejne dni Marta była zamyślona. Nie kłóciła się, nie robiła scen. Wieczorami zamawiała jedzenie, a przed snem kartkowała książkę, czasem coś notując w notesie.
W końcu przyszła sobota standardowy dzień wizyty u teściowej. zwykle unikała tych obiadów, ale dziś sama się przygotowała.
Jedziemy do mamy? zdziwił się Tomek.
Oczywiście. Po takiej imprezie nie wypada nie odwiedzić. Tym bardziej, iż sama przygotowałam prezent. Od serca.
Tomek się spięty.
Marta, tylko cię proszę… nie wdawaj się w wojnę.
Nie zaczynam wojny. Kończę ją.
Przyjechali do Jadwigi na obiad. Czuć było smażoną cebulę i świeżo wypolerowane meble. Wszędzie nieskazitelny porządek, wykrochmalone serwetki na komodzie. Jadwiga w fartuchu, z satysfakcją witająca gości.
Proszę, proszę, właśnie pierogi wyciągnęłam. Z kapustą, Tomeczek uwielbia. Głodni pewnie jesteście, bo wiem, jak się u was jada…
Siedli do stołu. Marta była w pełni uprzejma, zachwycała się pierogami, pytała o zdrowie. Teściowa cała promieniała.
Po herbacie Marta wyjęła z torby książkę, kładąc ją na stole.
Jadwiga uśmiechnęła się z wyższością.
Coś niejasne? Pytaj śmiało, rozdział o cieście drożdżowym wymagający, chętnie wyjaśnię…
Pani Jadwigo przerwała jej Marta głosem łagodnym, ale stanowczym. Przeczytałam prezent od deski do deski. Każdą uwagę, każde zalecenie. Zrozumiałam jedno: to esencja Pani doświadczenia, Pani… filozofii życia.
Jadwiga kiwnęła z zadowoleniem.
I dlatego nie mam prawa jej u siebie trzymać.
Uśmiech teściowej zgasł jak świeczka.
Oddajesz prezent? To niegrzeczne!
Proszę posłuchać przerwała jej Marta. Tu jest opis ideału kobiety, która wstaje o piątej, by lepić pierogi. Kobiety, której największą tragedią jest kurz pod łóżkiem. Pani opanowała ten ideał do perfekcji. Ja jestem inna. Zarabiam głową, nie rękami. Godzina mojej pracy kosztuje tyle, co tygodniowe zakupy dla rodziny. jeżeli będę stać trzy godziny przy garach, budżet domowy traci tyle, ile kosztuje dobry urlop. Sprawdziliśmy z Tomkiem. To się po prostu nie opłaca.
Tomek zakrztusił się herbatą, ale spojrzał z dumą na żonę.
Najważniejsze Marta położyła dłoń na książce to zrozumieć, iż książka przesiąknięta jest nie miłością, lecz… niespełnieniem. Szczęśliwy człowiek nie pisze przykrości w prezencie.
Jadwiga poczerwieniała.
Jak śmiesz!? Poświęciłam życie…
Właśnie. Oddała je Pani domowi. A ja chcę przeżyć życie. Z Pani synem. Kochać go, nie jeść z nim jedynie obiadów domowych. Rozmawiać, chodzić na spacery, podróżować, a nie zasuwać przy garach.
Marta wyciągnęła kopertę.
Oddaję książkę, bo nie jest mi potrzebna. W naszym domu dominuje inna filozofia. Ale nie chcę być dłużna. Pani podarowała mi instrukcję jak być pomocą domową. Ja chcę dać Pani szansę przypomnieć sobie, iż jest Pani kobietą, nie tylko kucharką.
Położyła kopertę na książce.
Tu jest karnet na całościowy kurs tańca w najlepszej szkole w mieście. Tango. I voucher na dziesięć masaży. Słyszałam, iż boli Panią kręgosłup od tych wszystkich garów.
Cisza. Słychać było tylko tykanie zegara. Jadwiga patrzyła to na książkę, to na kopertę, to na mnie. Była kompletnie zdezorientowana. Jej broń oddana jej z powrotem, opakowana w troskę. Nie mogła krzyczeć, bo wyszłaby na furiatkę. Odmówić okazałaby słabość.
Taniec? W moim wieku?
Najlepszy! W grupie są rówieśnicy. Fantastyczni ludzie. Może Pani odkryje, iż życie nie kończy się na sprawdzaniu kurzu pod łóżkiem.
Marta wstała.
Dziękujemy za pierogi, były pyszne. Tomek, idziemy? Do kina trzeba jeszcze zdążyć.
Tomek, do tej pory skulony, dumnie się wyprostował. Spojrzał na mamę, potem na Martę, i stanął przy mnie.
Mamo, dzięki za obiad. Pierogi super. Ale Marta ma rację. Nie musi gotować. Ja i tak ją kocham. I, powiem szczerze lubię zamawiać jedzenie. Codziennie próbujemy czegoś nowego raz tajskie, raz gruzińskie. To ciekawe. Nie obrażaj się.
Cmoknął oszołomioną matkę w policzek, objął Martę i wyszli.
Gdy zapinaliśmy kurtki, kuchnia tonęła w ciszy. Jadwiga siedziała przy stole z powrotem oddaną Złotą Encyklopedią i voucherem na tango.
W samochodzie Tomek wybuchnął śmiechem.
Ale dałaś czadu! Myślałem, iż wybuchnie trzecia wojna. A ty ekonomicznie nieopłacalne!
Ale mam rację, prawda? Marta spojrzała na niego w lusterku. Po prostu jasno postawiłam granice. Twoja mama nie jest zła, tylko zniewolona przez schematy. Myśli, iż kobieta bez spracowanych rąk to kobieta niewystarczająca. Chce, żebym też się tym umęczyła. A ja nie chcę.
Myślisz, iż pójdzie na tango? roześmiał się Tomek.
Albo wyrzuci karnet, albo pójdzie. Ale książki mi już nie wciśnie.
Minął tydzień. Jadwiga zadzwoniła raz, krótko zapytała, co słychać, i rozłączyła się. O książce nie wspomniała.
Miesiąc później, w sobotę, kiedy pierwszy raz od dawna długo spaliśmy z Tomkiem, zadzwonił telefon.
Tak, mamo? Co? Nie? Nie będzie obiadu? Dlaczego?
Tomek włączył tryb głośnomówiący.
…mamy za dwa tygodnie koncert pokazowy, próby codziennie! Partner, pan Piotr, emerytowany wojskowy, bardzo wymagający, ale świetnie prowadzi. Przepraszam was, dzieci, pierogów nie będzie. Zamówcie sobie pizzę czy coś. Ściskam, muszę lecieć, bo buty mi jeszcze nie rozbite!
Rozłączyła się. Spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy śmiechem.
Zadziałało! Marta opadła na poduszki. Pan Piotr, emerytowany wojskowy Teraz będzie znał się na wykrochmalanych kołnierzykach!
A od nas się odczepiła uśmiechnął się Tomek. To co, zamawiamy sushi?
Zamawiamy. Największy zestaw!
Marta patrzyła w sufit, czując niesamowitą lekkość. Okazało się, że, aby wygrać z teściową, nie trzeba odpłacać pięknym za nadobne, ani spełniać czyichś oczekiwań. Wystarczy oddać cudze oczekiwania ich właścicielowi i dać szansę na coś lepszego. Książka kucharska ze złośliwymi notatkami przeszła do historii, a zostało wolne sobotnie poranki i mąż, który kocha nie za barszcz, tylko za to, iż po prostu jesteś. To był najlepszy przepis na szczęście, jakiego nie ma w żadnej encyklopedii.
Dziękuję za przeczytanie tej historii! jeżeli uważasz, iż Marta dobrze zrobiła, daj lajka i koniecznie obserwuj mój profil będzie więcej życiowych historii. A Ty jak reagujesz na prezenty z przekazem?











