Zakłady Włókiennicze „Bawełna" w Łodzi pachniały farbą do tkanin i mokrym betonem — remontowali właśnie halę produkcyjną. Teresa Kowalik weszła do recepcji za pięć jedenasta, wsparta na lasce z bukowego drewna. Miała na sobie prostą wełnianą sukienkę, znoszone półbuty i torebkę, która pamiętała lepsze czasy. Podeszła do lady i uśmiechnęła się grzecznie.
— Dzień dobry. Chciałabym porozmawiać z zarządem, jeżeli to możliwe.
Recepcjonistka, Justyna, nie oderwała oczu od monitora.
— Niech pani usiądzie tam. Jak ktoś będzie miał czas, to panią wywołam.
Teresa usiadła. Minęła godzina. Potem druga. Nikt nie zaproponował jej choćby szklanki wody, choć ekspres w rogu buczał bez przerwy — parzył kawę tylko dla dyrektorów i gości w garniturach od Vistuli. Teresa oparła dłonie na lasce, jedna na drugiej, i przesunęła kciukiem po wytartym miejscu na rączce, tam gdzie drewno było gładsze niż reszta.
Dwóch mężczyzn w garniturach przeszło obok. Jeden trącił łokciem drugiego.
— Justyna, poczekalnia zmieniła się w sypialnię?
Zaśmiali się.
— Na to wygląda — odpowiedziała recepcjonistka. — I jeszcze chce, żeby ją przyjęto przed ważnymi klientami.
Teresa nie odezwała się. Przełożyła torebkę z kolan na siedzenie obok, potem z powrotem na kolana, bo nie miała nic innego do roboty rękami. Patrzyła, jak traktują tu ludzi, których uważają za gorszych, i liczyła w głowie, ile razy w ciągu tych dwóch godzin ktoś na nią spojrzał jak na mebel.
Zbigniew Paczkowski, dostawca tkanin od dwunastu lat, wszedł z teczką pękającą od faktur.
— Muszę porozmawiać z kimś z księgowości. Winni mi jesteście za dwie dostawy, to jest jedenaście tysięcy sto złotych. Jak tak dalej pójdzie, nie będę mógł dostarczać towaru, bo sam mam bank na karku.
— To nie mój problem — rzuciła Justyna. — Niech pan to załatwi tam, gdzie trzeba.
— Byłem tu już trzy razy.
— To proszę przyjść czwarty.
Zbigniew zacisnął szczękę i usiadł po drugiej stronie poczekalni, kładąc teczkę na kolanach i przyciskając ją łokciem, jakby się bał, iż komuś przyjdzie do głowy ją otworzyć. Popatrzył na Teresę, ona na niego — nic nie powiedzieli, tylko oboje odwrócili wzrok w tej samej chwili, zawstydzeni tym samym.
Chwilę później zaczęły się przygotowania do jakiejś wielkiej uroczystości. Przywieziono białe kwiaty, nowe kieliszki i ogromną bordową wstęgę. Pracownicy przestawiali krzesła w sali konferencyjnej.
— Chcę, żeby wszystko było bez zarzutu, kiedy przyjedzie nowa właścicielka — rozkazywała Justyna. — Podobno strasznie wymagająca baba.
Stała niecałe pięć metrów od Teresy i choćby nie zapytała, czy czegoś jej trzeba. Teresa spuściła wzrok na swoje dłonie, na knykcie powykrzywiane reumatyzmem, zgięła i wyprostowała palce, bo od siedzenia zaczynały jej drętwieć, i pomyślała, iż ta „wymagająca baba" ma teraz odciski od krzesła na tyle, które będzie czuć jeszcze jutro.
Kiedy poprosiła o wskazanie toalety, Justyna machnęła ręką w stronę korytarza, nie odrywając wzroku od telefonu. Idąc korytarzem, powłócząc trochę nogą, bo trzy godziny na twardym krześle zrobiły swoje, Teresa odkryła, iż problem nie kończył się na recepcji.
Dyrektor generalny, Waldemar Sikora, przechadzał się po halach i wydzierał się na wszystkich po kolei. Zbeształ młodą pracownicę, Anię, za źle ustawiony bukiet, choć to nie ona go tam postawiła. Potem obwinił panią Halinę, sprzątaczkę po sześćdziesiątce, za kałużę wody, którą rozlał ktoś inny.
— Jak ktoś się poślizgnie, to pani będzie winna — rzucił jej w twarz.
Pani Halina nic nie odpowiedziała, tylko przełożyła mop do drugiej ręki i wróciła do roboty, ocierając czoło rękawem fartucha. Ania przechodziła później z naręczem segregatorów, ledwie widząc drogę przed sobą.
— Dzień dobry, panie dyrektorze — powiedziała.
Przeszedł obok, nie odpowiadając.
Teresa wróciła do recepcji. Pachniało tam teraz świeżymi kwiatami przywiezionymi na powitanie kogoś, kogo nikt jeszcze nie widział na oczy, a dwadzieścia metrów dalej stara kobieta myła podłogę po cudzej winie. Usiadła z powrotem na swoim krześle i poprawiła torebkę na kolanach.
Za dwadzieścia druga zmęczenie znów zebrało swoje żniwo. Teresa oparła kark o ścianę i na chwilę zapadła w drzemkę, z której wyrwał ją kolejny wybuch śmiechu przy ladzie. Wstała, chwyciła laskę, o mało nie potknęła się o własną torebkę, i pomyślała, iż może po prostu wyjdzie. Ruszyła w stronę szklanych drzwi, za którymi słońce wydawało się łaskawsze niż ludzie w środku.
Wtedy przypomniała sobie, co mąż mawiał, kiedy wracała zdenerwowana z sądu albo z urzędu skarbowego: „Tereska, jak kiedyś będziesz miała to w ręku, to nie rób tak jak oni". Nigdy nie brzmiało to mądrze, kiedy to mówił — brzmiało jak coś, co się mówi, żeby żona przestała się wściekać przy kolacji. Teraz brzmiało inaczej.
Była już przy drzwiach, gdy usłyszała za sobą kroki.
— Proszę pani, niech pani zaczeka.
To była Ania. Niosła kubek z wodą, trzymając go tak ostrożnie, jakby się bała rozlać choć kroplę.
— Widziałam, iż pani przysnęła. Dobrze się pani czuje?
— Tylko trochę zmęczona, córeczko.
— Proszę, niech pani wypije. Tyle czasu pani czeka, a nikt nic pani nie zaproponował.
Dziewczyna posadziła ją przy oknie i podłożyła jej pod plecy niewielką poduszkę leżącą na parapecie.
— Z kim ma pani umówione spotkanie?
— Z zarządem. Stara sprawa.
— Mam nadzieję, iż gwałtownie panią przyjmą. Nie powinni tak długo trzymać pani na krześle.
Teresa objęła kubek obiema dłońmi, czując ciepło przez skórę, i pomyślała, iż jednak zostanie — skoro w tej firmie pozostało ktoś taki jak Ania.
Ale Justyna wszystko widziała. Podeszła szybkim krokiem i stanęła naprzeciw dziewczyny.
— Znowu porzuciłaś stanowisko?
— Pani potrzebowała wody.
— Nie zatrudniłam cię, żebyś obsługiwała każdego, kto wejdzie z ulicy.
Teresa spróbowała się wtrącić.
— To ja poprosiłam…
— Niech się pani nie wtrąca — ucięła Justyna, choćby na nią nie patrząc. Wyjęła telefon. — Dzwonię po pana Sikorę. Zobaczymy, co on na to powie, iż znowu robisz, co chcesz.
Odeszła kawałek, mówiąc coś półgłosem do słuchawki, wróciła po chwili z twarzą jeszcze bardziej zaciśniętą.
— Zbieraj swoje rzeczy. Pan dyrektor się zgodził. Jesteś zwolniona.
Ania stała z ręką na oparciu krzesła Teresy, jakby chciała się czegoś przytrzymać.
— Proszę, potrzebuję tej pracy. Mama ma cukrzycę, insulina i paski do glukometru kosztują z małą refundacją ze sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie, a ja jedna to płacę.
— Trzeba było pomyśleć wcześniej, zanim złamałaś polecenie.
Ania wzięła torebkę i wyszła, ocierając twarz wierzchem dłoni, a reszta pracowników udawała, iż nic nie słyszała. Justyna wróciła za ladę i rzuciła do koleżanki:
— I tak już od tygodnia szukałam na nią pretekstu.
Teresa usiadła z powrotem, mocno trzymając laskę, jakby to ona teraz miała ją podtrzymać. Nie czekała już, aż ktoś ją przyjmie. Czekała na moment, w którym powie, kim naprawdę jest.
O czternastej trzydzieści przy głównym wejściu zaparkował czarny SUV z logo kancelarii notarialnej na drzwiach. Wysiadł z niego mecenas Piotr Zawistowski z teczką dokumentów pod pachą, a za nim — kobieta w garsonce, którą wszyscy od razu rozpoznali: prezes zarządu z centrali w Warszawie, przyjechała powitać nową właścicielkę.
Kiedy weszli do recepcji, gdzie od godziny czekała już orkiestra kameralna i kelnerzy z tacami lampek, mecenas Zawistowski rozejrzał się po sali, po czym skierował wzrok prosto na krzesło pod oknem.
— Pani Tereso, przepraszam za spóźnienie, korki na Piotrkowskiej, remontują skrzyżowanie przy Zielonej.
Justyna zamarła z ręką w połowie drogi do słuchawki telefonu.
— Ja… przepraszam, mówi pan do…
— Do pani Teresy Kowalik — odpowiedział mecenas, otwierając teczkę. — Właścicielki dziewięćdziesięciu dwóch procent udziałów Zakładów Włókienniczych „Bawełna", od dziś, po podpisaniu aktu przejęcia po zmarłym mężu, Henryku Kowaliku, założycielu tej firmy.
W recepcji zrobiło się cicho, tylko ekspres w rogu wciąż buczał, jakby nie zauważył, co się stało. Justyna popatrzyła na buty Teresy, potem na jej twarz, potem znów na buty.
Teresa wstała, oparła się o laskę i podeszła do lady, przy której trzy godziny wcześniej kazano jej usiąść i czekać. Kolana miała zdrętwiałe i przez chwilę musiała się przytrzymać blatu.
— Pan Waldemar Sikora, dyrektor generalny, proszę do sali konferencyjnej — powiedziała do mikrofonu przy recepcji, którego nigdy wcześniej nie użyła. Własny głos zabrzmiał jej obco w uszach, trochę za cicho, musiała powtórzyć.
Kiedy zebrali się wszyscy — Sikora, Justyna, kilku kierowników działów — Teresa usiadła na honorowym miejscu, tym, które od rana ustawiano dla niej kwiatami i wstęgą. Nie kazała nikomu czekać.
— Panie Sikora, ile osób zwolnił pan w tym roku pod pretekstem reorganizacji?
Dyrektor otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć.
— Niech pan to napisze. Do piątku, do działu kadr centrali, z nazwiskami. — Zwróciła się do Zawistowskiego. — Panie mecenasie, proszę przygotować dla pana Sikory wypowiedzenie.
Sikora zaczął coś mówić o wynikach kwartalnych, o restrukturyzacji, o tym, iż przecież firma potrzebuje twardej ręki — Teresa słuchała może dziesięć sekund, potem podniosła rękę, nie patrząc już na niego.
— Pani Justyno.
Recepcjonistka wstała tak gwałtownie, iż przewróciła kubek z długopisami, i nie schyliła się, żeby je pozbierać.
— Proszę pani, ja nie wiedziałam, kim…
— No właśnie. Nie wiedziała pani. — Teresa przez chwilę nie wiedziała, co dodać, bo w głowie miała jeszcze ten śmiech sprzed lady, ten „strasznie wymagająca baba", i wszystko, co chciała powiedzieć, wydało jej się nagle za małe. — Trzy godziny, pani Justyno. Niech pani sobie kiedyś posiedzi trzy godziny na tym krześle.
Wyjęła z torebki złożoną kartkę, na której od rana zapisywała sobie to i owo — nazwisko dostawcy, żeby nie zapomnieć, słowo „woda" przy imieniu dziewczyny, które usłyszała, kiedy Justyna na nią krzyczała. Papier był już trochę wygnieciony od trzymania w dłoni.
— Panie Paczkowski, ile dokładnie jesteśmy panu winni?
— Jedenaście tysięcy sto, proszę pani. Za dwie dostawy z czerwca i lipca.
— Dostanie pan przelew do piątku, z odsetkami ustawowymi. A o nowym kontrakcie porozmawiamy, jeżeli pan jeszcze zechce z nami pracować, bo nie mam panu za złe, gdyby pan nie chciał.
Zbigniew tylko skinął głową, nie mogąc wykrztusić słowa, i przez moment wyglądał, jakby miał teczkę z fakturami puścić na podłogę.
— Pani Halina niech usłyszy przeprosiny od pana dyrektora, zanim on stąd wyjdzie.
Sikora otworzył usta, jakby chciał zapytać, o jaką kałużę chodzi, ale zamiast tego tylko skinął głową w stronę drzwi, za którymi stała sprzątaczka z mopem w ręku, nieproszona, ale i tak wezwana przez kogoś z korytarza.
— A Ania Wróblewska niech dziś jeszcze wróci do pracy. Kiedy ja się poślizgnęłam, nikt się nie odezwał. Ona jedna przyniosła mi wodę.
Justyna otworzyła usta, ale nie znalazła nic do powiedzenia. Zbierała rozsypane długopisy z podłogi, choć nikt jej o to nie prosił, tylko po to, żeby mieć czym zająć ręce.
Ania przyszła po nią pół godziny później, wezwana telefonicznie przez samego Zawistowskiego. Weszła do sali w kurtce narzuconej na jedno ramię, bo drugie utknęło w rękawie, kiedy się spieszyła. Zobaczyła Teresę w fotelu prezesa i stanęła w progu z ręką na klamce, nie ruszając się dalej.
— To pani… — powiedziała, i nic więcej nie dodała, bo nie było jak dokończyć.
— Wracasz do pracy, dziecko. I zapisz mi, gdzie kupujecie te paski do glukometru dla mamy, bo mamy w firmie fundusz socjalny, z którego chyba nikt od lat nie korzystał.
Ania usiadła na brzegu krzesła naprzeciwko, ściskając w garści rękaw kurtki, który wciąż nie chciał wejść jak trzeba, i milczała, bo cokolwiek by powiedziała, i tak nie zmieściłoby się w słowach.
Wieczorem w recepcji zostały tylko zapomniane kieliszki na stoliku i bordowa wstęga, którą ktoś zwinął w kłębek i wetknął do szuflady, bo nikt nie wiedział, gdzie ją normalnie się chowa. Teresa naciągnęła rękawiczki, wzięła laskę i ruszyła do wyjścia — tego samego, przez które trzy godziny wcześniej kazano jej usiąść i czekać.










