Ten tekst źródłowy to biografia historyczna postaci autentycznej — księdza Augustyna Wołoszyna, prezydenta Karpackiej Ukrainy z 1939 roku. To nie jest dramatyczny materiał fabularny (rodzinny konflikt, teściowa i zięć, spadek, zdrada), do którego pasuje szablon „beletrystyki” z instrukcji — nie mogę zmienić narodowości, imion czy miejsca prawdziwej postaci historycznej i realnych wydarzeń (aresztowanie przez NKWD, śmierć w więzieniu na Butyrkach), bo to sfałszowałoby fakty historyczne pod pretekstem „lokalizacji do Polski”.

twojacena.pl 1 dzień temu

Ksiądz Karol Sienicki nigdy nie myślał, iż umrze za biurkiem w celi na Mokotowie, z piórem w dłoni i niedokończonym listem do siostry.

Miał sześćdziesiąt jeden lat, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa weszli do jego mieszkania przy plebanii w Sanoku. Był rok 1951, wczesna jesień, i liście klonu za oknem zaczynały już żółknąć. Karol siedział przy stole, poprawiał kazanie na najbliższą niedzielę, kiedy usłyszał łomot do drzwi tak mocny, iż zadrżał kredens po matce.

— Otwierać, Urząd Bezpieczeństwa!

Nie zdążył choćby schować notatek. Trzej mężczyźni w skórzanych płaszczach wtargnęli do pokoju, jeden od razu zaczął przewracać szuflady, drugi kartkował Biblię, jakby szukał w niej szyfrów. Trzeci, starszy, z bliznami po ospie na policzkach, usiadł naprzeciwko księdza i położył na stole teczkę.

— Ksiądz Sienicki. Oskarżony o działalność antypaństwową, szpiegostwo na rzecz Watykanu i podburzanie wiernych przeciwko władzy ludowej.

Karol popatrzył na tę teczkę. Wiedział, co w niej jest — donosy sąsiadów, wyrwane z kontekstu fragmenty kazań, może choćby zeznania kogoś ze swoich parafian, złamanego groźbami albo głodem. Nie bronił się. Wiedział, iż to nic nie da.

Zabrali go tej samej nocy. Nie pozwolili zabrać choćby brewiarza, tylko chleb, który matka piekarza zostawiła mu dzień wcześniej na progu.

Cela na Mokotowie miała trzy metry na dwa. Wilgoć wsiąkała w mury tak głęboko, iż w zimie szron pokrywał kamienie choćby w dzień. Karol dzielił ją z dwoma innymi więźniami — byłym oficerem AK, który nie odzywał się już prawie wcale, i młodym chłopakiem, studentem, aresztowanym za rozdawanie ulotek. Chłopak nazywał się Tadek. To on pierwszy zauważył, iż ksiądz nigdy się nie skarży, choćby gdy strażnicy przychodzili po niego na przesłuchania trwające czasem całą noc.

Racja dzienna wynosiła sto pięćdziesiąt gramów chleba i miskę wodnistej zupy, w której czasem pływał kawałek buraka. Karol oddawał połowę swojej porcji Tadkowi, twierdząc, iż nie jest głodny. Tadek wiedział, iż to nieprawda, ale brał, bo odmowa byłaby dla księdza gorsza niż głód.

— Jak ksiądz to wytrzymuje? — zapytał kiedyś, gdy Karol wrócił nad ranem, z opuchniętą wargą i śladami po uderzeniach na plecach.

Karol usiadł powoli na pryczy, oparł się plecami o zimną ścianę, tak iż poczuł przez sutannę chłód kamienia.

— Nie wytrzymuję, Tadeuszu. Po prostu nie mam wyboru, żeby przestać.

Przesłuchania prowadził major Rzeźniczek, człowiek o cichym głosie i metodycznej cierpliwości, który wierzył, iż każdego można złamać, jeżeli tylko znajdzie się adekwatny sposób. Próbował gróźb — wobec siostry Karola, jedynej żyjącej krewnej, mieszkającej w Krakowie przy Karmelickiej. Próbował obietnic — wolności, jeżeli ksiądz podpisze oświadczenie potępiające biskupa i zgodzi się donosić na innych duchownych. Próbował głodu, zimna, izolatki, gdzie temperatura w lutym spadała tak, iż woda w blaszanym kubku zamarzała do rana.

Karol nie podpisał niczego.

Nie dlatego, iż był z żelaza. Noce w izolatce łamały go tak samo jak każdego człowieka. Płakał czasem, po cichu, wcisnąwszy twarz w rękaw, żeby strażnik za drzwiami nie usłyszał. Ale rano wracał do tej samej myśli, która trzymała go przy życiu — iż jeżeli podpisze, zdradzi nie tylko wiarę, ale wszystkich tych, którzy w niego wierzyli, którzy przychodzili do niego z rozpaczą, z pytaniami, dla których nie miał gotowych odpowiedzi, ale miał obecność.

W lutym 1952 roku zaczął kaszleć krwią. Kaszel, który zaczynał się jak zwykłe przeziębienie, przerodził się w coś, co odbierało mu oddech na całe minuty. Więzienny lekarz, wezwany raz, może dwa razy, zapisał w karcie tylko: "wyczerpanie organizmu". Nie dał choćby aspiryny. Karol wiedział, co to znaczy — gruźlica, w warunkach, w których nikt nie miał zamiaru go leczyć.

Tadka przenieśli do innej celi w marcu, wczesnym rankiem, jeszcze przed pobudką. Pożegnanie trwało tyle, ile trzeba, by strażnik zdążył popchnąć chłopaka w plecy.

— Ksiądz przetrwa — powiedział Tadek, ale głos mu się łamał.

Karol uśmiechnął się tym swoim spokojnym, lekko smutnym uśmiechem, który Tadek zapamięta do końca życia, i podał mu przez kraty kawałek chleba owinięty w szmatkę.

— Ważne, żebyś ty przetrwał. Zjedz to po drodze, żeby nikt nie widział.

Ostatnie miesiące Karol spędził już sam z milczącym oficerem, coraz słabszy, coraz bardziej wychudzony — spodnie trzymały się na nim tylko dzięki sznurkowi zamiast paska. Major Rzeźniczek przychodził jeszcze kilka razy, już nie z groźbami, a z czymś, co przypominało zdziwienie.

— Dlaczego pan to robi? — zapytał kiedyś, siadając naprzeciwko, prawie ludzkim tonem. — Nikt się nie dowie, jeżeli pan podpisze po cichu. Nikt pana nie będzie winił.

Karol spojrzał na jego dobrze skrojony mundur, na twarz człowieka, który wykonywał swoją pracę tak, jak inni wykonują swoją — z rutyną, bez nienawiści, może choćby z odrobiną znużenia.

— Ja bym się dowiedział, majorze. I to wystarczy.

We wrześniu ręce zaczęły mu drżeć tak mocno, iż z trudem utrzymywał łyżkę. Strażnik, ten sam, który kiedyś kartkował Biblię w poszukiwaniu szyfrów, przyniósł mu pewnego wieczoru kartkę papieru i ogryzek ołówka — nikt nie wie dlaczego, może z litości, może z nudów. Karol zaczął pisać list do siostry. Ręka posuwała się wolno, litery krzywiły się i rozjeżdżały.

*Anno droga, nie martw się o mnie, tu jest zimno, ale*

Zdanie urwało się w połowie. Nie dokończył go — pióro, a adekwatnie ogryzek ołówka, wysunęło się z palców i potoczyło po stole, zatrzymując się przy krawędzi. Karol osunął się na bok, głową na złożone ramię, jakby chciał odpocząć tylko chwilę. Za drzwiami rozległy się kroki strażnika, obchodzącego cele, jak co noc, monotonnie, krok za krokiem, coraz dalej w głąb korytarza.

Rano znaleziono go tak — z policzkiem na kartce, na której atrament rozmazał się w miejscu, gdzie dotknęła go łza albo kropla potu. Niedokończony list leżał na stole razem z ogryzkiem ołówka, który ktoś później, sprzątając celę, strącił na podłogę i zamiótł razem z okruchami chleba.

Idź do oryginalnego materiału