Mam siedemdziesiąt dwa lata i przez blisko pół wieku udawałam, iż lubię seriale kryminalne, bo lubił je mój mąż. Z Ryszardem jesteśmy po ślubie czterdzieści sześć lat. Mieszkamy w Bydgoszczy, w bloku przy Fordońskiej, na czwartym piętrze bez windy, i nasze wieczory od dekad wyglądają tak samo. Kolacja o wpół do ósmej, on zmywa, ja wycieram stół z okruchów, a potem oboje siadamy na tej samej wersalce, którą kupiliśmy jeszcze za czasów, kiedy dzieci chodziły do podstawówki.
Telewizor zawsze włączał on. Lubi dzienniki, transmisje żużla, programy o remoncie starych motocykli, których nigdy nie rozumiałam, i te seriale, gdzie co dziesięć minut ktoś kogoś zabija w innym mieście Skandynawii. Ja mówiłam: włącz, co chcesz. Czasem choćby wtrącałam jakąś uwagę, żeby wyglądało, iż oglądam, a tak naprawdę robiłam na drutach albo przeglądałam telefon. Nie jestem uległa, sama decyduję o połowie spraw w tym domu — o wakacjach, o tym, co gotujemy w niedzielę, o wizytach u wnuków. Ale przy telewizorze powtarzałam to jedno zdanie, aż stało się odruchem.
Pękło, kiedy sąsiadka z trzeciego piętra pożyczyła mi płytę z serialem, którego nie znałam. Obejrzałam pierwszy odcinek pewnego popołudnia, kiedy Ryszard był u brata na działce. Wciągnęło mnie. Wrócił, gdy do końca zostało jeszcze dwadzieścia minut. Usiadł koło mnie, a po pięciu minutach zapytał, czy może przełączyć na wiadomości. Wyłączyłam. Zabolało mnie to, ale bardziej zabolało, iż on w ogóle nie zauważył, iż coś oglądam — po prostu założył, iż telewizor gra dla towarzystwa, nie dla mnie.
Miesiąc później kupiliśmy mały telewizor za sto dziewięćdziesiąt złotych na Allegro, do pokoju, w którym kiedyś mieszkał nasz syn, a teraz stały tam pudła z choinkowymi ozdobami i stary rower treningowy. Pomysł był taki, żeby Ryszard miał gdzie oglądać żużel, kiedy u mnie na kawie siedzą koleżanki z chóru parafialnego. Ale pewnego wieczoru to ja zaniosłam tam kubek melisy i włączyłam swój serial. Przymknęłam drzwi, usiadłam w starym fotelu syna, tym samym, na którym jeszcze widać wytarte miejsce od odrabiania lekcji, i zostałam prawie dwie godziny. Kiedy wyszłam, Ryszard spał na wersalce z pilotem na brzuchu.
Powtórzyłam to następnego wieczoru. I kolejnego. Z początku było wspaniale — filmy, teleturnieje, program o wyprawach po górach, wszystko bez komentarzy w tle. Ale po kilku tygodniach zaczęło się coś dziwnego. Przestaliśmy adekwatnie spędzać wieczory razem. Kolacja, zmywanie, i każde do swojego ekranu. Za oknem jesień, gołębie na parapecie, w telewizji akurat trwał festiwal w Opolu, a myśmy oglądali go osobno, w dwóch różnych pokojach tego samego mieszkania.
Zapytał kiedyś, czy jestem na niego zła. Powiedziałam, iż nie. — Tylko już nigdy ze mną nie siadasz — odpowiedział cicho, bawiąc się pilotem. Przypomniałam mu, iż latami siedziałam obok niego, oglądając rzeczy, które mnie nie obchodziły. Był zdziwiony. Naprawdę myślał, iż lubię te programy o motocyklach. — Nigdy nie powiedziałaś, iż nie — odparł. I miał rację. To właśnie mnie najbardziej ruszyło. Przez lata zbierałam w sobie tę drobną złość, nie mówiąc o niej wprost, czekając, iż sam się domyśli, iż się nudzę, podczas gdy głośno twierdziłam co innego.
Tamtego wieczoru pokłóciliśmy się na dobre. Wypomniałam mu, iż nigdy nie pytał, co ja bym chciała obejrzeć. On wypomniał mi, iż udawałam przez dekady. Żadne z nas nie miało w pełni racji. Następnego dnia, przy niedzielnym rosole, ustaliliśmy coś, co dwadzieścia lat wcześniej byłoby śmiesznie proste do wprowadzenia. Dwa wieczory w tygodniu wybieram ja, dwa on, a jeżeli komuś nie odpowiada wybór drugiej osoby, może przejść do pokoju po synu bez robienia z tego afery. W piątki mamy szukać czegoś, co lubimy oboje.
Pierwszy wieczór, kiedy wybór należał do mnie, puściłam stary polski film z Cybulskim, o którym Ryszard powiedział, iż będzie nudny jak flaki z olejem. Po pół godziny to on prosił mnie, żebym przewinęła kawałek, bo nie zrozumiał jednej kwestii. Tydzień później obejrzałam z nim relację z meczu Zawiszy Bydgoszcz i, ku własnemu zdziwieniu, wciągnęło mnie to bardziej, niż się spodziewałam.
Nie chodzi o to, iż teraz lubimy dokładnie to samo. Chodzi o to, iż po raz pierwszy oboje wiemy, co drugie naprawdę lubi. Czasem myślę, ile drobnych rzeczy robimy w związku z przyzwyczajenia, myląc bycie razem z ciągłą zgodą na wszystko. Ten mały telewizor w pokoju po synu prawie rozdzielił nasze wieczory na dwoje, ale zmusił nas też do rozmowy, której unikaliśmy z czystej wygody od czterdziestu paru lat.
Kilka dni temu, w sobotę, kiedy padał deszcz i nie dało się wyjść na działkę, Ryszard sam zaproponował, żebyśmy obejrzeli mój serial od początku, ten sam, który kiedyś wyłączyłam w połowie. Usiadł, zdjął buty, oparł nogi o stolik i powiedział tylko: — No to pokazuj, co tam przegapiłem. Nie skomentowałam tego wielkim słowem. Po prostu zrobiłam nam dwie herbaty, jedną z cytryną, drugą bez, i włączyłam pierwszy odcinek.














