Zofia Wrzesień miała dwadzieścia trzy lata, kiedy w styczniu tysiąc dziewięćset osiemnastego roku stanęła przed komisją w koszarach na obrzeżach Poznania. Pytali ją o francuski. Odpowiedziała po francusku. Pytali, czy umie obsługiwać centralę firmy Ericsson. Odpowiedziała, iż pracowała na poczcie przy ulicy Święty Marcin od trzech lat i iż centralę zna lepiej niż własną kuchnię.
Zgłosiło się wtedy ponad sześć tysięcy kobiet z całego kraju. Wybrano niespełna dwustu. Zofia była jedną z nich.
Wojsko potrzebowało łączniczek, bo mężczyźni przy centralach nie nadążali. Pod ostrzałem artyleryjskim jedno połączenie trwało u nich choćby minutę — a minuta pod Verdun to była różnica między rozkazem, który dotrze, a rozkazem, który przyjdzie za późno, do żołnierzy, których już nie było komu ratować. Generał dowodzący polskim korpusem posiłkowym we Francji zażądał kobiet do obsługi łączności. Sztab się opierał. Generał postawił na swoim.
Zofia trafiła do Szampanii, potem pod Reims. Sypiała w baraku z siedmioma innymi dziewczynami, w tym z Haliną Objezierską, córką krawcowej z Bydgoszczy, która przed wojną nigdy nie wyjeżdżała dalej niż do Torunia. Nosiły mundury uszyte na męską modłę, hełmy za duże o dwa numery, maski przeciwgazowe na pasku przewieszone przez ramię jak torebki. Składały żołnierską przysięgę tak samo jak mężczyźni w okopach dwa kilometry dalej.
Halina zapamiętała jedną rzecz, o której nigdy nikomu nie powiedziała wprost: zapach karbidu z lamp w baraku łączności, który wsiąkał w wełnę munduru tak mocno, iż po powrocie do Bydgoszczy matka poznawała ją po zapachu, zanim jeszcze otworzyła drzwi.
Łączyły rozmowy w dziesięć sekund. Sześć razy szybciej niż mężczyźni, których zastąpiły. Ponad dwadzieścia sześć milionów połączeń w ciągu roku — cyfra, którą Zofia zapamiętała, bo wypisano ją później na tablicy w sali sztabowej, jakby to był wynik meczu. Kiedy front się przesuwał, przesuwały się razem z nim, bliżej linii niż większość zaplecza medycznego. Za Reims dostała odznaczenie sama Objezierska — jako jedna z niewielu kobiet w tamtej wojnie udekorowana Krzyżem Walecznych za utrzymanie łączności podczas natarcia, kiedy pocisk zerwał kabel dwadzieścia metrów od jej stanowiska, a ona wyszła i naprawiła go sama, bo nikt inny akurat nie mógł.
Wróciły do kraju w tysiąc dziewięćset dwudziestym. I tu zaczęła się druga wojna — cichsza, dłuższa, bez okopów.
Ministerstwo Spraw Wojskowych stwierdziło, iż kobiety z jednostek łączności nigdy formalnie nie były żołnierzami. Były pracownicami kontraktowymi. Cywilnymi. Bez prawa do renty kombatanckiej, bez prawa do munduru na paradzie rocznicowej, bez nazwiska na tablicy pod pomnikiem w Poznaniu, na którym wykuto same nazwiska mężczyzn.
Zofia dostała odprawę — czterysta złotych przedwojennych, jednorazowo, i pismo z pieczątką, iż jej "usługi telefoniczne" zostały "z podziękowaniem zakończone". Wróciła do pracy na tej samej poczcie przy Świętym Marcinie, gdzie zaczynała. Nikt tam nie wiedział, iż stała pod ostrzałem pod Reims. Nikt nie pytał.
Przez następne dziesięciolecia Zofia i garstka pozostałych przy życiu koleżanek pisały. Pisały do ministerstwa, do posłów, do gazet. Halina Objezierska, już jako wdowa mieszkająca w bloku na Bydgoskim Przedmieściu, trzymała w szufladzie komody teczkę z kopiami wszystkich listów — pożółkłą, przewiązaną sznurkiem od paczki, bo gumka dawno wyschła i pękła. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim dostała odpowiedź odmowną. W sześćdziesiątym pierwszym — kolejną. Syn pytał ją czasem, po co to robi, skoro odpowiedź zawsze jest taka sama. Odpowiadała, iż nie robi tego dla siebie, tylko dlatego, iż ktoś musi pamiętać nazwiska dziewczyn z baraku, które już nie żyją, żeby mieć o co walczyć.
Zofia zmarła w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim, pięć lat przed tym, jak coś się wreszcie ruszyło. Nie doczekała.
W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku Sejm — po latach nacisków środowisk kombatanckich, po artykule w prasie, który przypomniał historię łączniczek spod Reims i Verdun, po interpelacji posła, którego matka sama kiedyś obsługiwała centralę w Szampanii — przyjął ustawę uznającą kobiety z jednostek łączności frontowej za pełnoprawnych kombatantów.
Z dwustu kilkunastu, które służyły we Francji, przy życiu zostało osiemnaście.
Halina Objezierska była jedną z nich. Miała wtedy osiemdziesiąt dwa lata. Do urzędu do spraw kombatantów pojechała tramwajem, sama, z teczką pożółkłych listów w torbie, chociaż syn oferował się zawieźć ją samochodem. Powiedziała mu, iż te pięćdziesiąt sześć lat chodziła po tę odpowiedź własnymi nogami i ostatni odcinek też przejdzie sama.
Urzędniczka za biurkiem miała może dwadzieścia pięć lat. Wypisała zaświadczenie, przybiła pieczątkę, podała przez ladę. Halina wzięła dokument, przeczytała go dwa razy, złożyła na pół i schowała do tej samej teczki, obok listów odmownych — nie po to, żeby je wyrzucić, tylko żeby leżały razem, jedne przy drugich, jak dowód, ile to kosztowało.
Na zewnątrz czekał na nią wnuk z aparatem fotograficznym. Zrobił jedno zdjęcie na schodach urzędu. Na tym zdjęciu Halina nie uśmiecha się do obiektywu — patrzy gdzieś w bok, jakby szukała wzrokiem baraku w Szampanii, którego już nikt inny nie pamiętał.







![Dolny Śląsk: Tajemnicza kolia z 42 zębów. Archeolodzy odkryli ją w kurhanie sprzed około 5 tys. lat [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/08/UMS.jpg)





