W sali pachniało kwaśnym piwem i odświeżaczem powietrza o zapachu wanilii, jak w tanich taksówkach. Na stoliku drżał płomień świecy, a wokół niego kręcił się cień mojej córki. Karolina poprawiła szalik, nie zdjęła kurtki, chociaż kelnerka już podała kartę. Od razu wyjęła z torby kopertę.
— Mamo, musimy porozmawiać o domu.
Znałam ten ton. Używała go, gdy chciała, żebym zgodziła się na coś, co miało brzmieć jak przywilej, a nie jak żądanie.
— Zamówię herbatę — powiedziałam, chociaż w gardle mi zaschło.
— Nie, najpierw to. Paweł czeka w samochodzie. Na Rynku nie wolno parkować, więc biega w kółko.
Wydobyła plik papierów. Na pierwszej stronie widniało: „Umowa darowizny”. Poniżej mój adres — szeregowiec przy ulicy Radosnej 18, Wrocław. Wartość rynkowa: 420 000 złotych.
— To tylko formalność — powiedziała, widząc, jak zbieram usta w wąską kreskę.
— Formalność to niewinny błąd w legitymacji — odparłam. — A to jest odbieranie mi dachu nad głową.
— Nikt ci nie odbiera. Zostajesz w domu. Po prostu stajesz się… jak to się mówi… użytkownikiem. Właścicielką będę ja. Albo my, z Pawłem.
Popatrzyłam na nią znad okularów, które przydały się dopiero w zeszłym roku. Karolina bawiła się łyżeczką.
— A co z bankiem? — zapytałam. — Potrzebujecie hipoteki na nowy dom?
— Mamo, wiesz, jak to jest. Paweł dostał awans, ale w Krakowie ceny mieszkań oszalały. Za kawalerkę płacimy trzy tysiące miesięcznie, a tu zbliża się dziecko. Bank da nam kredyt, ale tylko pod zastaw. Nasza kawalerka to za mało. Twój dom stoi pusty poza tobą. To idealne zabezpieczenie.
Przerwałam jej. — Czyli miałabym oddać ci dom po to, żebyś mogła kupić sobie większy, a ja do końca życia wisiałabym na haku banku?
— Mamo, nie przesadzaj. Będziemy spłacać. A ty zostaniesz w swoim pokoju, nikt cię nie ruszy.
— A gdyby tak — zapytałam — kredyt przestał być spłacany? Kto stoi przed komornikiem? Ty czy ja?
Karolina westchnęła i poprawiła grzywkę. — Zawsze widzisz czarne scenariusze. Paweł znalazł dom w Wadowicach, trzy sypialnie, ogród. Połowa ceny z rynku. Ale musimy podpisać do końca listopada, bo właściciel wyjeżdża i chce zamknąć sprawę.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam menu i udawałam, iż czytam kartę. Litery się rozjechały.
— To co? Przyjedziemy w sobotę z notariuszem? — naciskała.
— Nie. Najpierw porozmawiam z kimś z boku.
— Z kim? Z adwokatem? Mamo, to kosztuje. A po co? Nie ufasz mi?
Zamknęłam menu i położyłam dłonie płasko na blacie, żeby nie drżały.
— Ufać komuś a oddać jedyne mieszkanie to dwie różne rzeczy — powiedziałam.
Karolina wstała. — Zadzwonię do Pawła, iż nie zejdziesz. Nie masz pojęcia, co robisz mamie. Naprawdę.
I wyszła z restauracji, nie oglądając się.
Wróciłam do domu tramwajem 33. Na siedzeniu obok ktoś zostawił zmiętą ulotkę z reklamą skupu nieruchomości. Zgniotłam ją w kulkę i wyrzuciłam do kosza przy drzwiach.
W kuchni czekał na mnie Burbur, stary jamnik. Podrapał się po obroży i łypnął jednym okiem, jakby już wiedział, iż coś się święci. Nalałam mu wody, a sobie zaparzyłam herbatę z malinowej torebki. Fusy z ostatniego parzenia przykleiły się do łyżeczki i musiałam je zeskrobać paznokciem.
Na parapecie stała moja begonia, którą zapomniałam podlać przez dwa tygodnie. Jedna łodyga zwisała sucho, jak pognieciony parasol. Dotknęłam jej palcem. Nie chciałam, żeby był to znak, ale mimo to wyjęłam konewkę.
Wieczorem zadzwoniłam do Małgorzaty, przyjaciółki ze studiów. Pracowała w kancelarii notarialnej dwadzieścia lat i słyszała już wszystko.
— Jadwiga, nie podpisuj niczego bez warunku. Darczyńca rzadko odzyskuje mieszkanie po darowiźnie, choćby jak obdarowany przestanie się opiekować. To dżungla.
— A prawo dożywocia?
— Zapiszą ci, ale ono nie chroni przed komornikiem, jeżeli kredyt nie będzie spłacany. Bank wejdzie na dom, a ty możesz zostać lokatorką we własnym łóżku.
Siedziałam w fotelu, a Burbur chrapał na swoim legowisku przy kaloryferze. Telewizor w kuchni pokazywał prognozę pogody. W nocy przyjść miał przymrozek, więc podniosłam się i nakryłam begonię starą firanką.
Karolina dzwoniła codziennie. Raz było: „Mamo, to twoja wnuczka, musimy myśleć o przyszłości”. Innym razem: „Paweł się denerwuje, a ty wiesz, jaki on jest”. Raz usłyszałam w tle jego głos: „Powiedz jej, iż to ostatnia szansa”. Rozłączyłam się, nie mówiąc ani słowa.
W sobotę o dziesiątej rano usłyszałam, jak pod dom podjeżdża samochód. Srebrny SUV, taki z kamerami cofania, których Paweł nigdy nie używał, bo mówił, iż to dla pań.
Weszli bez pukania. Karolina przyniosła sernik z kwaśną śmietaną, który kupiła w markecie, i położyła na stole, jakby to była tarcza.
— Mamo, musisz nas zrozumieć — powiedziała, rozwijając papiery. — To już nie jest pytanie. To decyzja. Bank czeka.
Paweł rozpiął kurtkę, usiadł na moim krześle i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni długopis.
— Proszę, podpis tutaj — powiedział i wskazał palcem na dół strony.
Wzięłam papiery do ręki. Wyczułam, iż są jeszcze ciepłe od drukarki. Na górze widniał napis: „Akt darowizny”. Pod spodem punkt: „Darczyńca nie może cofnąć darowizny”. I kolejny: „Prawo dożywocia nie wyklucza egzekucji z nieruchomości”. Wodziłam palcem po tym zdaniu, aż papier zrobił się miękki od mojego dotyku.
— Podpiszesz? — zapytał Paweł i pstryknął długopisem.
Nie podpisałam. Wstałam, podeszłam do kredensu, wysunęłam środkową szufladę i wyjęłam własną kopertę. W środku był dokument z pieczęcią notariusza. Położyłam go na stole obok ich papierów.
— Co to? — Karolina chwyciła kartkę.
— Akt darowizny, podpisany w zeszłą środę. Przekazuję dom Fundacji na rzecz Domów Seniora we Wrocławiu. Z zachowaniem dożywocia dla mnie.
Paweł wyrwał jej kartkę i czytał. W pokoju zapadło duszne milczenie. Z kuchni dobiegało tylko kapanie kranu, które tydzień temu przestałam zakręcać, bo uszczelka poszła.
— Ty chyba żartujesz — wycedziła Karolina. — Ty oddałaś dom jakiejś fundacji?
— Oddałam. Mówiłaś, iż to formalność. Więc podpisałam formalność. Dom nie będzie przedmiotem waszego kredytu.
— Mamo! To nie tak! Myśmy mieli dom kupić! — Karolina złapała się za szyję, jakby nie mogła oddychać. — Przez ciebie stracimy okazję!
— Przez moje życie — poprawiłam. — I przez twoje podejście. Powiedziałaś, iż kiedyś ten dom będzie twój. Oto masz odpowiedź: nie będzie. Ani twój, ani mój. Będzie służył ludziom, którzy nie mają dokąd pójść.
Paweł wstał, zgarnął papiery ze stołu jednym szerokim ruchem łapy.
— To jest chore. Idziemy. Nie zostawimy tu naszego dziecka, żebyś miała z kim grać.
Karolina nie wstała. Trzymała akt darowizny, jakby chciała go podrzeć. Kciukiem wodziła po tłoczonej pieczęci notariusza, aż papier zrobił się szorstki od jej dotyku.
Wyszłam do kuchni. Na blacie stała zalana herbatą podstawka, a pod nią rozjechana plama. Zabrałam ściereczkę i dopiero wtedy usłyszałam, jak Karolina wstaje od stołu.
— Zniszczyłaś rodzinę — powiedziała, stojąc w drzwiach do przedpokoju.
— Rodzinę to ty zniszczyłaś, jak przyniosłaś mi na urodziny papierek, żebym się zrzekła domu — odpowiedziałam, nie odwracając się.
Paweł z zewnątrz krzyknął: — Koniec! Jedziemy!
Karolina wyszła. Drzwi trzasnęły tak, iż zabrzęczał wazonik na parapecie.
Zostałam sama. Burbur podniósł się z legowiska, podszedł do drzwi wejściowych i obwąchał framugę, jakby sprawdzał, czy zapach córki naprawdę zniknął. Potem wrócił na swoje miejsce, zakręcił się dwa razy i legł z sapnięciem.
Na parapecie wciąż stała begonia. Wśród suchych łodyg wybił jeden nowy listek, drobny i jasny jak plamka. Nie zauważyłam go wcześniej. Podniosłam konewkę, dolałam wody do samej krawędzi doniczki i odstawiłam konewkę na zlew.














