Wczoraj znów miałem dzień wolny, dlatego wybrałem się ponownie do Tallinna, a stamtąd spontanicznie przejechałem się pociągiem do Tartu - dawnego Dorpatu. Podróż trwała dwie godziny w jedną stronę, ale uważam, iż było warto, choćby pomimo ekscesów z noclegiem, który udało mi się ostatecznie kupić w pociągu powrotnym. Nocowałem w estońskiej wersji hostelu kapsułowego. Jest dużo bardziej wypasiony i futurystyczny niż ten w Warszawie, gdzie parokrotnie nocowałem, ale też za to cztery razy droższy.
Zapomniałem, iż Tartu dwa lata temu było Europejską Stolicą Kultury.
W mig przypomniało mi się, iż za trzy lata ten zaszczyt przypadnie Lublinowi i aż mi się łezka zakręciła z dumy.Rynek i ratusz. Po prostu rewelacja.
Największe wrażenie jednak wywarła na mnie powyższa katedra. Matko i córko, jaka ona była kolosalna! Pobudzała z pewnością wyobraźnię, jak mogła wyglądać w czasach swej świetności. Budynek przestał pełnić funkcję katedry w XVI wieku, po tym jak został dotkliwie zniszczony w wyniku rewolty ikonoklastów oraz po wieloletnich zaniedbaniach i ostatecznym jego porzuceniu przez biskupów.