Tajemnice lubońskiego szlaku architektury przemysłowej

gazeta-lubon.pl 2 godzin temu

Mijamy je niemal każdego dnia. Śpiesząc się do pracy, odwożąc dzieci do szkoły czy robiąc zakupy, rzadko zastanawiamy się, jaka jest ich historia. Dla większości z nas wielkie, czerwone cegły, wysokie kominy i monumentalne ściany to po prostu stały element krajobrazu Lubonia. Przywykliśmy do nich tak bardzo, iż niemal przestaliśmy je zauważać. A tymczasem tuż za rogiem, na wyciągnięcie ręki, kryją się obiekty będące świadkami bogatej historii naszego miasta, jego sukcesów, ale również chwil, które nie były łatwe dla jego mieszkańców.

Zaczynamy od miejsca, które każdy mieszkaniec Lubonia kojarzy, ale mało kto zna od środka. Charakterystyczna, wysoka wieża i ściany z surowej, czerwonej cegły przy ulicy Armii Poznań to pozostałość po dawnych zakładach ziemniaczanych. Wszystko zaczęło się w listopadzie 1904 roku, kiedy uroczyście otwarto tzw. Fabrykę Koehlmanna. Jej powstanie miało silny kontekst polityczny, obiekt wzniosła pruska Komisja Kolonizacyjna, która wykupiła te ziemie od polskich rolników, by stworzyć tu nowoczesne, niemieckie centrum przemysłowe.

Przez kolejne dekady to właśnie tutaj tętniło serce polskiego przetwórstwa skrobi. Z wielkopolskich ziemniaków produkowano mączkę, syropy i glukozę, a specyficzny zapach przetwarzanego surowca, na który często narzekali ludzie mieszkający w okolicy zakładów, na stałe wpisał się w tamte okolice.

To, co najbardziej zachwyca w tym kompleksie, to jego unikalna architektura. Projektanci porzucili nudne, fabryczne schematy na rzecz modnego wówczas stylu Jugendstil, nawiązującego do secesji. Zamiast prostej cegły postawiono na jasne, tynkowane elewacje zdobione płynnymi liniami oraz geometrycznymi wzorami. Warto podejść bliżej i przyjrzeć się detalom: finezyjnym obramowaniom okien, dekoracyjnym wnękom, a choćby ukrytym w murach datom i napisom.

Pruscy architekci zastosowali tu sprytny zabieg urbanistyczny – od strony ulicy wyeksponowano najbardziej eleganckie budynki administracyjne i mieszkalne, a głośne hale produkcyjne schowano głębiej, tak aby nie przeszkadzały mieszkańcom swoim hałasem.

Okres II wojny światowej dopisał do tej historii kolejny, niezwykle mroczny rozdział. Zaraz po napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku, nowoczesny i doskonale prosperujący zakład został natychmiast przejęty przez okupanta. Dla hitlerowskich Niemiec produkcja skrobi, syropów i mączki ziemniaczanej miała ogromne znaczenie strategiczne – przetwory te stanowiły fundamentalne zaplecze żywnościowe dla frontu i III Rzeszy. Niestety, nie był to koniec tragicznych losów zakładów – 22 lutego 1972 roku miastem wstrząsnął potężny huk. Na oddziale produkcji dekstryn doszło do katastrofalnego wybuchu pyłu. Siła eksplozji była tak ogromna, iż zniszczyła i zawaliła część potężnych budynków, grzebiąc pod gruzami pracowników. W tej tragedii życie straciło 17 osób. Tę tragedię po dziś dzień upamiętnia skromny pomnik, stojący na skwerze naprzeciw dawnego Lubońskiego Ośrodka Kultury „Pod Kominem”.

Dziś dawny ziemniaczany gigant pisze zupełnie nowy rozdział swojej historii. Choć firma WPPZ S.A. przez cały czas istnieje, to produkcję przeniesiono w inne rejony Wielkopolski. Opuszczone, monumentalne tereny zyskały drugie życie i zamieniły się w sieć prywatnych przedsiębiorstw. Choć wiele starych hal bezpowrotnie zniknęło z krajobrazu miasta, te najważniejsze, objęte ścisłą ochroną konserwatorską – wciąż stoją na straży pamięci o dawnej potędze Lubonia.

Stare zakłady to dopiero początek naszej wspólnej podróży. W kolejnych numerach “Gazety Lubońskiej” sprawdzimy, co kryją inne historyczne zakątki Oficjalnego Lubońskiego Szlaku Architektury Przemysłowej.

Nina Hoffmann

Budynek zakładów ziemniaczanych z widocznymi ornamentami fot. Nina Hoffmann
Charakterystyczny ceglany komin przemysłowy zakładów ziemniaczanych fot. Nina Hoffmann
Budynek zakładów ziemniaczanych fot. Nina Hoffmann
Jeden z budynków dawnych zakładów ziemniaczanych w pełnej krasie fot. Nina Hoffmann
Zewnętrzna ściana budynku i wyeksponowane subtelne obramowania okien fot. Nina Hoffmann
Idź do oryginalnego materiału