Ta historia wydarza się w 1995 roku. Uczę się wtedy w Liceum Wojskowym w Warszawie, gdy niespodziewanie, w trakcie lekcji, wołają mnie z klasy i proszą, żebym natychmiast zgłosił się do dyrektora. W gabinecie generała siedzi kobieta wygląda na bardzo zmartwioną, po policzkach płyną jej łzy, które co chwilę ociera chusteczką.
Dyrektorem szkoły jest u nas prawdziwy generał, doświadczony żołnierz, mający za sobą ciężkie lata służby w misjach zagranicznych. Człowiek surowy, ale zawsze sprawiedliwy baliśmy się go trochę, ale i bardzo szanowaliśmy. Nigdy wcześniej nie widziałem go takim przygnębionym. Podchodzi do mnie i mówi głosem pełnym rezygnacji:
Synu, zwracam się do ciebie nie jako do podwładnego, ale do kolegi. Potrzebuję twojej pomocy.
Jestem gotów odpowiadam bez namysłu. Co mam zrobić?
Mój siostrzeniec umiera mówi generał. Rok temu skończył nasze liceum, powinieneś go kojarzyć. Poszedł dalej do Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi i spotkało go nieszczęście. Ostatnia nadzieja w twoim dziadku. Pomóż. Może zgodzi się spojrzeć na chłopaka i zrozumieć, co się dzieje?
Nie pytam o nic więcej. Dzwonimy od razu do mojego dziadka i po kwadransie jedziemy już służbową Warszawą do niego do mieszkania. Na szczęście dziadek właśnie zaczyna urlop i zdążamy dosłownie na pół godziny przed jego wyjazdem na działkę.
Pacjent jedzie z nami. Choć znam tego chłopaka osobiście, nie rozpoznaję go ma puste, szkliste oczy, gasnące spojrzenie, sprawia wrażenie, jakby był nieobecny duchem. Przeszywa mnie ciarki.
Dojeżdżamy szybko, dziadek nas wita i wysłuchuje opowieści zapłakanej kobiety.
Siedem miesięcy temu jej syn dostał się do akademii medycznej. Nagle podczas wykładów dostał ataku. Trafił do szpitala, przeszedł szczegółowe badania, ale nie wykryto żadnej przyczyny. Ledwie go wypisali, sytuacja się powtórzyła potem znów i znów Żaden lekarz nie umiał postawić diagnozy. Ostatnia nadzieja mój dziadek, który uchodzi za jednego z najlepszych w kraju specjalistów od neurologii i psychiatrii.
Dalej dopiero zaczyna się najciekawsze: dziadek bierze chłopaka do drugiego pokoju, a po kwadransie wraca sam.
Wystarczy. Możecie już jechać do domu mówi spokojnym, równym głosem do matki chłopaka i generała.
Ale syn? Przecież trzeba go leczyć niepokoi się kobieta.
Wracajcie spokojnie do siebie, a my jedziemy na działkę. Akurat muszę drewnem się zająć, a taki silny chłopak mi się przyda odpowiada dziadek.
Z trudem, ale żegna się z nami, a sam jedzie ze świeżo mianowanym pacjentem na swoją działkę pod Piasecznem.
Mija miesiąc i znów jestem wzywany do generała. W gabinecie ta sama kobieta, teraz promienieje uśmiechem. Obok niej stoi niedawny pacjent wygląda zupełnie inaczej, zdrowy, wypoczęty. Nie ma po chorobie śladu. Podchodzi do mnie, ściska dłoń, dziękuje. To samo robi generał. Chłopak, któremu nikt nie mógł pomóc, wrócił do pełni sił w mniej niż miesiąc. On i jego rodzina są przekonani, iż to cud. Gdyby wiedzieli, ile takich cudów dokonał mój dziadek przez lata
Później dopytuję się dokładnie, o co chodziło. Okazuje się, iż na skutek potężnych obciążeń umysłowych i bardzo trudnego programu studiów w akademii, chłopak doznał załamania. Mózg był przeciążony wiedzą, po prostu przestał cokolwiek przyjmować. Dziadek natychmiast to zrozumiał i zadbał, by wszystko wróciło do normy. Zabrał go na działkę, dał do pocięcia mnóstwo drewna i odciął zupełnie od wszystkiego, co wymaga myślenia. Chłopak wstawał o ósmej, polewał się zimną wodą, jadł śniadanie i szedł rąbać drewno. Tak przez cały miesiąc, z przerwami jedynie na obiad i kolację. Tak go zmęczył, iż wieczorem padał do łóżka i natychmiast zasypiał głębokim snem. Po jakimś czasie mózg całkowicie się zregenerował i zaczął znów pracować lepiej niż kiedykolwiek.
Przez cały okres leczenia dziadek nie podał mu ani jednej tabletki tylko ciężka praca fizyczna.
Ot, taka to intrygująca historia prosto z Polski.












