Słuchaj, ja potrzebuję kobiety, która nie ma więcej niż czterdzieści dwa lata. To absolutny max. I to tylko wtedy, jak wygląda na góra trzydzieści pięć. Wiesz, jak to jest po pięćdziesiątce, Staszek to już nie to samo. Ja chcę kogoś żywiołowego, taką z energią, a nie moją rówieśniczkę.
Sam może nie jestem żaden Piotr Adamczyk, ale czuję się w środku na dwadzieścia osiem lat. Poza tym, wiesz, facet z wiekiem tylko zyskuje na wartości, a kobieta no wiesz, jak jest.
Siedziałyśmy z moją kumpelą Baśką przy stoliku obok i chciałyśmy zjeść coś na gwałtownie po treningu, pogadać o nowej diecie, a tu nagle ta rozmowa facetów nie do przeoczenia.
Słyszysz go? szepnęła Baśka, ledwo powstrzymując śmiech. Taki rarytas się znalazł, prędzej go na wyprzedaż rzucą!
Cicho, uśmiechnęłam się. Posłuchajmy, jak w kabarecie.
Gość się rozkręcał:
Ja na przykład wczorajszych obiadów nie jem. Taki mam zasadę. Kobieta powinna codziennie gotować coś świeżego. Ale nie żebym był wygodny, bo jak trzeba, to i pierogi sobie ugotuję. Jak już jednak jesteśmy w związku, to poważnie: barszcz, kotlety, ciasta, wszystko jak trzeba. I żeby była zgrabna. Bo mi potrzeba kontrastu: ja poważny, ona drobna.
A dzieci? zapytał ostrożnie jego kumpel, mierząc wzrokiem tą poważną sylwetkę. Ty już masz dorosłych, zaraz wnuki
Spadkobierców mam dość. Ja chcę towarzyszkę dla duszy i dla ciała. Taką co poleci ze mną w góry, do lasu, chociażby na działkę.
Prawie się zakrztusiłam sokiem. W góry? Ten chłop ledwo do pierwszego kiosku dociągnie.
Baśka, założymy się, czy zaraz do mnie zagada? szepnęłam i puściłam oczko.
Serio? aż oczy rozdziawiła. Werka, ty przecież nie masz czterdziestki!
Tss, przyłożyłam palec do ust. Robię eksperyment socjologiczny. Zobaczymy, jak bardzo mężczyźni sami siebie oszukują.
I co? Wcale nie musiałam się wysilać. Kilka wymienionych zdań, kontakt do siebie i już wieczorem pisaliśmy tak, jakbyśmy się znali lata.
W internecie był jako Macho48.
Na zdjęciu z dziesięć lat temu: wciągnięty brzuch, z tyłu wypasiona furka i taki niby pewny siebie wzrok.
Po paru dniach Wojtek zaproponował spotkanie.
Stawił się w galowym garniturze, guziki w marynarce prawie strzelały pod presją brzucha, który wypinał dumnie do przodu.
Weroniko, rozpromienił się na mój widok, odsłaniając niezbyt równy rządek zębów. Wyglądasz dzisiaj cudownie.
Dzięki, Wojtku, spuściłam wzrok skromnie. Ty też całkiem reprezentacyjny.
Parę razy się jeszcze widzieliśmy.
Dla mnie to był egzamin z aktorstwa. Słuchałam opowieści o jego biznesowej potędze (ma budkę na bazarku), o tym, jak prawie kupił nowy samochód (ale zainwestował w interes) i jak ważna jest dla faceta domowa atmosfera.
Szliśmy na spacer do parku po stu metrach już dyszał, ale twierdził, iż to taka specjalna technika oddechu.
I w końcu ta wielka chwila.
Wojtek, rozmiękczony kolacją i moimi komplementami, uznał, iż czas na zwierzenia.
Weroniko, powiedział, biorąc mnie za rękę. Jesteś idealna: zgrabna, zaradna, młoda. Muszę ci jednak coś powiedzieć Nie mam czterdziestu ośmiu lat.
Serio? uniosłam brew w udawanym zaskoczeniu. To ile?
Pięćdziesiąt pięć, wyznał, śledząc moją reakcję. Ale dobrze się trzymam, prawda?
No jasne, Wojtek! Wyglądasz góra na pięćdziesiąt cztery! Ja lubię facetów z doświadczeniem to życiowa mądrość.
Rozpromienił się całkiem.
I bardzo dobrze, już się bałem. Bo ja mam zasadę: kobieta starsza niż czterdzieści dwa lata mi nie pasuje. Energia już nie ta. A ty to żywy ogień!
Dzięki kochanie, delikatnie pogłaskałam go po łysinie. A ja też mam małą tajemnicę.
Co takiego? spiął się wyraźnie. Dzieci? Długi?
Nie, spokojnie. Wiek.
Wojtek pobladł.
W sensie nie masz czterdziestki?
Prawie.
To ile? Trzydzieści osiem? zapytał z nadzieją.
Wyciągnęłam dowód z torebki i podałam mu.
Otwórz, zobacz sam.
Wziął dokument drżącymi palcami, długo wpatrywał się w datę urodzenia i bezgłośnie liczył.
1975 rocznik.
Pięćdziesiąt wyszeptał, zbladł. Masz pięćdziesiąt lat?
Równo, Wojtek. Dwa miesiące temu miałam okrągły jubileusz.
Dowód mu wypadł z rąk. Patrzył na mnie, jakbym nagle zmieniła się w Babę Jagę.
Ale jak to? Przecież ty wyglądasz
Jak kobieta, która o siebie dba, Wojtek. A nie wcina zapiekanki na rondzie.
Ale przecież to oszustwo! Przecież mówiłem: do czterdziestu dwóch. To moja zasada. Nie mogę być z rówieśniczką.
A właśnie, iż nie jesteśmy rówieśnikami. Tak naprawdę to ci nic nie przeszkadzało, prawda? Czy pyłek wysypywał mi się z rękawa?
Wojtek zrobił się purpurowy.
Nie, ale ta cyferka Pięćdziesiąt. To prawie emerytura.
Starość, Wojtek, powiedziałam spokojnie, wstając to jak twój mózg nie chce już przyjmować rzeczywistości. A ja jestem kobietą w pełni życia. I wiesz co, coś zrozumiałam.
Co takiego? spojrzał na mnie swoimi wyblakłymi oczami.
Że mi, pięćdziesięciolatce, potrzebny jest facet. A nie zestaw kompleksów, brzuch i budka na rynku. Mojego ognia nie udźwigniesz. Spłoniesz przy pierwszej próbie.
Zabrałam dowód i skierowałam się do drzwi.
Werka! zawołał. Poczekaj, a co z nami?
Jak to z nami? odwróciłam się. Przecież według ciebie jesteśmy rówieśnikami. Ty szukasz młodej. To szukaj dalej. Może się uda znaleźć taką, co już wzrok słabszy.
Wyszłam z jego przytulnego mieszkanka po babci i z ulgą wciągnęłam powietrze.
W aucie czekała na mnie Baśka.
No i? spytała, gdy wsiadłam obok. Wyszedł na jaw?
I to jeszcze jak! parsknęłam śmiechem. Zwłaszcza jak zobaczył mój dowód, minę miał jak dziecko, któremu powiedziano, iż święty Mikołaj nie istnieje.
I jak się to skończyło?
Tak, iż on dalej będzie szukać młodej i się męczyć, a my świętujemy! Dziś mam randkę z normalnym facetem. Ma czterdzieści pięć lat i kompletnie go nie interesuje, co jest wpisane w moim dowodzie.
A Wojtek dalej siedzi na portalu randkowym. Zmienił ogłoszenie. Teraz pisze: Szukam kobiety tylko do 40 lat. Szczera!. Zdjęcie to samo, co sprzed dekady.
Powiedz, dlaczego niektórzy faceci tak panicznie boją się równolatek? I czy naprawdę warto ukrywać wiek w imię jakiejś szansy na miłość, czy lepiej od razu być autentycznym?











