Dziennik, poniedziałek.
Znowu stałam się mimowolną obserwatorką życia tym razem z Leną, moją najbliższą przyjaciółką, kiedy siedziałyśmy po treningu przy stoliku w naszej ulubionej knajpce na Żoliborzu. Dyskutowałyśmy o nowej diecie, szczerze śmiejąc się z własnych słabości, kiedy naszą rozmowę nagle brutalnie przerwał tubalny, pewny siebie głos faceta przy sąsiednim stoliku.
Potrzebuję kobiety nie starszej niż czterdzieści dwa lata, absolutnie. I tylko pod warunkiem, iż wygląda na trzydzieści pięć. W wieku pięćdziesięciu lat to już nie to samo, wiesz? Szukam kogoś energicznego i pełnego życia, nie równolatki.
Zachichotałyśmy z Leną pod nosem, starając się go nie spłoszyć. Lena skomentowała cicho:
No patrz, coraz bardziej się ceni. Ciekawe, kiedy promocja.
Uśmiechnęłam się i przytaknęłam, bo to naprawdę przypominało spektakl.
Facet brnął dalej:
Dla mnie liczy się świeżość. Na przykład wczorajszych dań nie jadam. Moja kobieta musi gotować codziennie coś nowego. Jak jestem sam, mogę sobie zrobić pierogi nie jestem księciem. Ale jak związek to na serio: barszczyk, mielone, sernik. I żeby była smukła! Lubię kontrasty ja poważny, ona delikatna.
A dzieci? zapytał z wahaniem jego znajomy, krytycznie spoglądając na jegomościa. Przecież masz już dorosłe, wnuki pewnie w drodze.
Spadkobierców mam wystarczająco. Szukam towarzyszki duszy i ciała. Aktywnej! Chodzić po lesie, w góry albo przynajmniej wyskoczyć na działkę.
Prawie zakrztusiłam się sokiem. W góry? Ten facet pewnie dalej niż na stację Orlen nie zaszedł.
Lena, założymy się, iż mnie zagada? szepnęłam z błyskiem w oku.
Chyba żartujesz, Weroniko? Przecież ty nie masz czterdziestu lat!
Psst, to będzie eksperyment społeczny. Chcę poznać głębię męskiej samooceny.
Oczywiście, zagadnął mnie bez trudu. Wymieniliśmy się numerami i już wieczorem toczyła się między nami rozmowa jakbyśmy znali się całe wieki. Jego nick Maczo48.
Na zdjęciu profilowym dobrych dziesięć lat młodszy, z płaskim brzuchem, luksusowym samochodem i pewnym siebie wzrokiem.
Po kilku dniach spotkaliśmy się na kawie. Przyszedł w odświętnym garniturze, guziki walczyły o życie z brzuchem, który już nie wracał na swoje miejsce. Usmiechał się szeroko, prezentując zęby dalekie od ideału.
Weroniko ozwał się z triumfem. Wyglądasz dziś olśniewająco.
Dziękuję, Jurku, ty też prezentujesz się solidnie odparłam z powagą.
Spotykaliśmy się kilkukrotnie. Dla mnie była to gra aktorska słuchałam o jego wielkiej firmie (kiosk na bazarze pod Halą Mirowską), o prawie nowym samochodzie i o tym, jak ważna jest domowa atmosfera, którą on oczywiście potrafi docenić.
Spacerowaliśmy po parku. Po stu metrach zaczynał sapać, tłumacząc się, iż to specjalny sposób oddychania.
Przyszedł dzień prawdy.
Po kolacji, wyraźnie rozluźniony, przeszedł do rzeczy:
Weroniko, jesteś idealna: smukła, zaradna, młoda. Muszę ci się przyznać Nie mam czterdziestu ośmiu lat.
Tak? Ile więc?
Pięćdziesiąt pięć wypalił i czekał na moją reakcję. Ale przecież dobrze się trzymam, prawda?
Oczywiście! uśmiechnęłam się. Może z pięćdziesiąt cztery.
Rozpromienił się jak wiosenny tulipan.
No, widzisz! Ale jestem zasadniczy: kobiety powyżej czterdziestu dwóch odpadają. Energia, młodość, to podstawa. A ty jesteś ogniem!
Delikatnie pogłaskałam go po łysince, przyjmując zalotny ton.
Wiesz, Jurku, ja też mam pewną tajemnicę
Spoważniał.
Co? Długi? Dzieci?
Nie. Chodzi o wiek.
Wyraźnie się spiął.
Nie masz czterdziestu?
Prawie. Otwórz, proszę, mój dowód.
Wyjęłam dokument i podałam mu z uśmiechem.
Z palcami lekko drżącymi rozłożył dowód i długo wpatrywał się w moje dane, licząc w myślach.
1975 rok.
Pięć dziesiąt? upuścił dokument, oczy robiąc wielkie jak pięciozłotówki. Masz pięćdziesiąt lat?
Dokładnie, Jurku. Dwa miesiące temu świętowałam urodziny.
Wyglądał, jakby zobaczył ducha.
Ale jak to? Wyglądasz
Jak kobieta, która o siebie dba. Nie jem zapiekanek przy metrze.
Ale to naciągana sprawa! Mówiłem: do czterdziestu dwóch lat to moja żelazna zasada, nie mogę być z równolatką!
Ja i tak jestem od ciebie młodsza. Nie przeszkadzało ci to przecież przed chwilą? Może już piasek z kieszeni mi leci?
Jurku zrobił się cały czerwony.
Nie ale sama liczba Pięćdziesiąt to prawie emerytura!
Starzenie się zaczyna się w głowie, Jurku odpowiedziałam spokojnie, wstając. Ja jestem w rozkwicie. Wiesz, czego się właśnie nauczyłam?
Czego?
Że mnie, pięćdziesięciolatce, potrzebny jest mężczyzna, a nie mieszanka kompleksów, brzucha i kiosku na bazarze. Z moją energią byś nie wytrzymał. Spłoniesz już przy pierwszej próbie.
Schowałam dowód i sięgnęłam po płaszcz.
Wero! zawołał. Zaczekaj, a my?
A co my? Według ciebie jesteśmy równolatkami. A ty szukasz młodej. To szukaj może któraś niedowidzi.
Zeszłam na parking. Lena już na mnie czekała.
I jak? zapytała, gdy wsiadłam do samochodu. Wyszedł na jaw?
Jeszcze jak! Powinnaś zobaczyć jego minę, jak pokazałam mu dowód. Jakby się właśnie dowiedział, iż Wisła płynie do Bałtyku.
I co dalej?
On dalej będzie polował na młode, pewnie będzie się frustrował. A my jedziemy świętować. Mam dziś randkę z normalnym facetem. Ma czterdzieści pięć lat i w ogóle nie pyta, co jest w moim dowodzie.
A Jurku dalej tkwi na portalu randkowym. Odświeżył ogłoszenie: Szukam kobiety do 40 lat. Wyłącznie uczciwej!. Zdjęcie oczywiście to samo, sprzed dekady.
Czasami się zastanawiam, dlaczego wielu facetów boi się swoich równolatek? I czy naprawdę warto ukrywać wiek, by mieć szansę na związek, czy może lepiej od razu mówić prawdę?














