Szklanka mleka
Niełatwo jest nie tylko tym, którzy mają się źle, ale także tym, którzy są w ich otoczeniu. Już dawno to zrozumiałam, pracując ósmy rok w opiece społecznej. Przez te lata wybiegana, wychudła, nabrała ostrości w wypowiedziach i gwałtownie nauczyła się ciętej riposty zwłaszcza, gdy ktoś krytykował jej pracę. A kim ty jesteś, żeby mnie rozliczać?! rzucałam do każdego ciekawskiego i spoglądałam spod rudych grzywek przenikliwymi zielonymi oczami, aż każdemu odechciewało się dalszych pytań. Czasami łapałam się na myśli, iż skądś idę i nagle, jakby coś mnie tknęło lecę. I przez to wszyscy nazywali mnie Weronika Zaręba Cholera.
Przez te lata robiłam zakupy dla moich podopiecznych, czasem sprzątałam u nich i potrafiłam dogadać się z każdym. Tylko raz był konflikt kiedy pewien starszy pan podarował mi czekoladę. Przyjmowanie prezentów jest zabronione, nigdy niczego nie brałam, ale wtedy się złamałam. Przyniosłam czekoladę do domu, ale nie potrafiłam choćby oderwać kawałka stanęła mi w gardle. Oddałam ją sąsiadowi, a przy następnej okazji odmówiłam kolejnego podarunku. Dziadek jednak naskarżył się do MOPS-u, iż dzisiejszym opiekunkom czekoladki nie wystarczają, kopertę z pieniędzmi trzeba. Chcieli mnie zwolnić, ale nie walczyłam. Proszę bardzo nie mam zamiaru się szarpać! Ja też człowiek, a nie wycieraczka! stwierdziłam. Ostatecznie jednak obronili mnie inni podopieczni, zwłaszcza Anna Pietruszewska. Już wcześniej czułam do niej sympatię, a po tamtej sytuacji była mi jak rodzona siostra której nigdy nie miałam.
Nasze losy były podobne obie wcześnie zostałyśmy sierotami. Anna była niepełnosprawna od dzieciństwa, ja zdrowa na ciele, ale dusza moja była jakby poharatana, pełna lęków i niepokoju, często zalewana łzami choćby Ania nie do końca to rozumiała. Łączyła nas też wspólna zadrwa brak dzieci. Pogodziłam się ze swoim losem, ale Anna cały czas walczyła. choćby mi się dostawało, gdy się rozkleiłam. Odwagi nabrała, gdy zaczęła bywać na próbach w centrum rehabilitacyjnym, przygotowując się do występu. Na początku nie chciała o tym słyszeć, choćby ksiądz Łukasz próbował ją odciągnąć, wychwalał jej hafty i powtarzał, iż to dla niej idealne zajęcie. Sercem do haftu nie miała, ale wytrwałości jej nie brakowało najpierw wyszywała serwetki, chusty, potem ozdobiła lnianą sukienkę kolorowymi wzorami. Tak pięknie jej to wyszło, iż sukienka pojechała na wojewódzką wystawę rękodzieła ludowego i zdobyła pierwsze miejsce. Ostatniego dnia wystawę sukienkę sprzedano oczywiście za zgodą Ani. Kiedy wręczono jej ładną sumę, zadzwoniła do mnie i rozpłakała się, bo były to jej pierwsze w życiu zarobione pieniądze i nie wiedziała, co z nimi zrobić.
Nie martw się znajdziemy na nie sposób! śmiałam się do słuchawki, po czym dodałam poważnie: Kupisz sobie kilka sukienek, na rok-dwa roboty ci wystarczy! Bo ostatnio do głowy ci przychodzą rzeczy, o których lepiej nie myśleć…
Anka nie odpowiedziała, ale uraza w niej została. Coraz częściej marzyła już o mężu. Przecież to takie piękne być żoną… Z filmów dokładnie wiedziała, co dzieje się miedzy zakochanymi, ale jej pozostawało tylko zazdrościć.
Po sukcesie zadzwonili z centrum rehabilitacji i zaproponowali jej udział w zajęciach tanecznych, by przygotować taneczny duet.
Czy to w ogóle możliwe? zyskała naprawdę wątpliwości i odłożyła słuchawkę, sądząc, iż to jakiś żart.
Zadzwonili jeszcze raz i przekonali, iż warto spróbować.
Może przyjdzie szczęście! zachęcał szorstki kobiecy głos. Jesteś laureatką, pora rozwinąć swój talent! Będzie ci towarzyszyć opiekunka z MOPS.
A z kim mam ćwiczyć?
Podobnych duetów mamy kilka. W tej Polsce nie ma ludzi niepotrzebnych każdy może na coś sobie pozwolić! ciągnęła kobieta. Nie miałem choćby jak wtrącić się do rozmowy.
Spróbuję… westchnęła Anka.
Nazajutrz faktycznie przyjechał posępny, siwy kierowca w starej beemce i zabrał Anię już bez czapki bała się zgnieść fryzurę, którą przed wyjazdem upięła jej Weronika. W busie siedział już mężczyzna na wózku właśnie z nim miała ćwiczyć, nazywał się Alek. Zawstydzona dotknęła jego dłoni i wtedy uderzyło ją, jak to cudowne, czuć męski uścisk.
Pod centrum kierowca i Weronika pomogli Ani wjechać na podjazd i dotrzeć do sali, Alek ze swoim wózkiem radził sobie sam.
Na próbie początkowo nic im nie wychodziło pocili się, czerwienili, słuchali podpowiedzi i próbowali obracać się w rytm muzyki. choćby najprostsze ruchy wydawały się katorgą, człowiek czuł się niezgrabny przy filigranowej prowadzącej i koleżankach. Ale tak zaczęła się ich przygoda, dwa razy w tygodniu, tydzień za tygodniem, Anka była na zajęciach. Weronika nie odstępowała jej na krok.
Całą jesień i zimę Pietruszewska trenowała w zespole, zapomniała choćby o hafcie żyła próbami, chodziła na nie jak na wymarzoną pracę.
I dziś znów się szykowała czekała na Weronikę, która przyszła poważna i milcząca.
Co tam tak wargi zwiesiłaś? nie wytrzymała Anka.
Nic nie zwiesiłam! odburknęła Weronika.
Widząc jednak zły humor opiekunki, Anka zmieniła temat:
No wiedziałam… Po czterdziestce można jeszcze założyć rodzinę!
Ty ciągle to samo. Ja już miałam rodzinę. Mąż wytrzymał siedem lat i odszedł dobrze zrobił, nie mam mu za złe. To była moja nauczka za to, iż w młodości za chłopakami biegałam. Szkoda tylko, iż rodzice wnuków się nie doczekali.
Przeszłość minęła. Ja na twoim miejscu miałabym już z pięciu mężów!
Ty swoje, ja swoje… Dziecka i tak nie będziesz mieć.
Teraz można mieć dziecko z in vitro!
Potrzeba na to dużych pieniędzy, myślisz, iż tyle zarabiam?
W telewizji mówili, iż teraz takie rzeczy można mieć bezpłatnie.
Zobaczymy. W czym na próbę pójdziesz?
choćby nie wysłuchasz do końca! W różowej bluzce i szarej spódnicy.
Choć raz załóż koncertową suknię po coś ją szyłaś? Długa jest, trzeba się przyzwyczaić!
Przywyknę na generalnej, bo co będzie, jak w autobusie ją ubrudzę?
Przed generalną próbą ćwiczyli dłużej niż zwykle. Po powrocie do mieszkania Weronika zawiozła Anię wprost do łazienki, wsadziła zmęczoną na stołek i wypluskała, słuchając jej nieustającej paplaniny. Potem wsadziła ją w szlafrok i przesadziła do kuchni. Zaparzyła herbatę, postawiła talerzyk z ciastkami i cukierkami, ale Anka nie zwróciła na słodkości uwagi, tylko niespodziewanie zapytała:
Jak to było za pierwszym razem?
Co za pierwszym razem?
No z mężczyzną… zawstydziła się Anka.
Nie pamiętam.
Kłamiesz. Byłaś żoną, teraz za tobą chodził ten twój…
Chodził, dwa miesiące, ale potem znalazł młodszą. Nie ma czego zazdrościć! prychnęła Weronika.
Ale ja się Alekowi podobam wypaliła nagle Anka. Tak na mnie patrzy!
Brunetom zawsze blondynki się podobają. Nie ma co o nim myśleć! Narobisz sobie złudzeń, potem będziesz tylko żałować…
No ale jak było?
Nie chcę o tym mówić. Pij herbatę i przenoś się na łóżko wyglądasz na zmęczoną.
Anka już się nie odzywała, ale wiedziałem, iż wpadła dokładnie w ten stan, o którym ją ostatnio ostrzegałam. Teraz już się nie odczepi. gwałtownie sprzątnęłam po sobie i jeszcze z progu przypomniałam:
Zamknę drzwi, wpadnę jutro po południu. Co ci przynieść ze sklepu?
Przecież wiesz… burknęła i zamknęła oczy.
Wyśpij się, bo jutro generalna próba!
Nie odpowiedziała.
Tańce do takich rzeczy doprowadzają! rzuciłam głośno i o mało nie dodałam: Można zwariować!, ale się ugryzłam w język.
Na ulicy myślałam już inaczej: Chyba muszę jej znaleźć kogoś. Tylko się wydaje, iż niepełnosprawni nic nie potrafią! Jeszcze mi zazdrościła z tym moim… Nie powinnam była jej o tym opowiadać!.
Gdy wróciłam do domu, Anka żałowała, iż tak ostro mnie potraktowała. Choć co Weronika ta choćby nie wysłuchać człowieka nie potrafiła. Teraz już nie było komu się wygadać. Gdybym tylko umiała pisać wiersze napisałabym coś z serca! myślała pewnie, czując jak łzy napierają, a w piersiach aż brak tchu. Próbowała nie przypominać sobie Alka, ale nie mogła się powstrzymać: krótko przycięte włosy, ciemne oczy takie głębokie, iż można się w nich utopić. Pamiętała też jego silne dłonie, na pierwszych próbach bała się, iż się przewróci przy walcu, ale z Alekiem nigdy nie czuła strachu. I to dodawało jej odwagi. Brawo! słyszała od choreografki jak uczennica, co bardzo jej się podobało.
Sama czuła, iż zaczęło jej wychodzić. W końcu nauczyła się tańca na pamięć. Przyzwyczaiła się do Alka, Weroniki w sali, choćby do elektryka w śmiesznym, pomarańczowym kombinezonie.
Myśląc o jutrzejszej próbie, mocno się denerwowała: czy wyjdzie? I co po koncercie, czy spotka się z Alekiem naprawdę, czy już nigdy, jak zwykli ludzie, nie pójdzie na prawdziwą randkę? Może tylko próby będą jedynym jej szczęściem… Postanowiła na jutrzejszym występie postara się, by było idealnie, żeby ją zawsze zapraszali.
Rano wyjęła suknię koncertową, jeszcze raz sprawdziła szwy. Purpurowa, ozdobiona cekinami i kryształkami, śliska, prawdziwe cudo. Wyobrażała sobie, jak będzie wyglądać. O reszcie choćby nie śmiała myśleć. Najważniejsze słuchać muzyki, uważać na Alka, nie zepsuć niczego, bo nie chciała, żeby ktoś powiedział: No cóż….
Rozmyślania przerwał dźwięk klucza w drzwiach.
I co, gwiazdo, gotowa na generalną? rzuciła półżartem, półzłośliwie Weronika.
Chyba gotowa… Ale boję się strasznie.
To dobrze, nerwy są potrzebne! Zbieraj się powoli.
Pakowały się długo. choćby poprosiły kierowcę, by przyszedł wcześniej, bo Anka chciała przebrać się pierwsza, żeby przywyknąć do sukni. Mimo to, jak przyjechały do domu kultury, czuła na sobie spojrzenia ona w sukni, Alek w czarnym garniturze z muchą i z jakąś kobietą.
Za kulisami Alek podjechał i pocałował ją w policzek.
Nie bój się, dasz radę!
Zatkało ją, policzek płonął, a ona choćby nie przemyślała słów. Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Otworzyła oczy, a tamta kobieta, na którą liczył Alek, opierała się na lasce.
Nie martw się, wyjdzie doskonale powiedziała spokojnie.
Kim pani jest? spytała Anka, bo serce zaczęło jej bić niepokojąco.
Podjechał Alek, jakby czytał w myślach:
Poznaj, Aniu to moja żona, Sabina.
Anka ukłoniła się, a na ręce Alka dostrzegła obrączkę wcześniej jej nie widziała! W jednej chwili świat się rozsypał, wszystko runęło. Zabrakło powietrza, głowa poleciała w dół.
Gdy ją ocucili, rozejrzała się niepewnie i znów opadła na wózek.
Co się z Pietruszewską stało? krzyczała rozedrganym głosem Margareta Józefowna, szefowa zespołu, dziś nie do poznania.
Do domu z nią! Zmęczona jest, widać! zawyrokowała Weronika.
Do lekarza! Nie po to pół roku z nią ćwiczyliśmy, żeby plan koncertu psuć!
Może od tych słów, a może sama z siebie, Anka otworzyła oczy, ale nic nie mówiła, choćby kiedy pytano ją w autobusie. Dopiero przed blokiem powiedziała Weronice:
A gdzie Alek?
Został na próbie ze swoją żoną. Ty, jak jakaś lalka, rozklejasz się. Nie przejmuj się to choćby lepiej. Ksiądz miał rację! rzuciła Weronika.
I Anka się obraziła.
Gdy kierowca przeniósł ją do łóżka, leżała w sukni na łóżku.
Po wszystkim? zażartował kierowca i pierwszy raz uśmiechnął się.
Po wszystkim! pogoniła go Weronika i przysiadła przy Ance. Powiesz mi teraz, co się stało?
Anka nic nie mówiła. W końcu, ledwo pohamowawszy płacz, powiedziała:
Alek… jest żonaty…
Weronika ledwo się nie roześmiała myślała, iż stało się coś prawdziwie poważnego.
Planowałaś coś z nim, już szczęście wyobrażałaś sobie?
To nie twoja sprawa! Idź sobie stąd!
Weronika siedziała, Anka powtórzyła:
Idź i nie wracaj. Sama sobie poradzę! Ty jesteś zła Cholera!
Gdyby Anka powiedziała to złośliwie, Weronika może i by się przejęła a tak to tylko cienko pisnęła. Niemniej jednak bolało. Przez te lata bardzo dobrze ją poznałam i zrozumiałam. Bardzo bolały te słowa nie wierzyłam, iż mogła to powiedzieć. Czy naprawdę wymyślona miłość tak wpłynęła, iż odcięła się od tego, kto był dla niej najbliższy, bo krewnych nie miała, a dalekich omijała. Weronika była prawie jak rodzina. Obie to wiedziały. Ale teraz Anka wszystko przekreśliła. Czy to możliwe? Inne opiekunki przyjdą, zrobią zakupy, posprzątają i już ich nie ma. Weronika siedziała u niej w weekendy, gotowała, prała, czasem nocowała. A teraz jest złą, najgorsze, iż nazwała mnie Cholerą!
Dziękuję, pani Anno! westchnęłam gorzko.
Chociaż spokój trzymałam do końca, a wracając do domu, nogi się pode mną uginały. Jutro poproszę o innego podopiecznego albo w ogóle zrezygnuję! Szukają w przedszkolu, po kursie pracowałam już w żłobku, nikt mnie nie wyzywał!
W domu próbowałam zrobić kolację, ale nie miałam siły. Napiłam się tylko herbaty z ciasteczkiem i położyłam się na kanapie. Sama też padłam ze zmęczenia po tej generalnej. Zasypiając, znów o niej myślałam: Niech sobie pobędzie sama, zaraz zmięknie. Rozpuszczona laureatka, wszyscy mają kręcić się wokół niej!
Zasnęłam w końcu, ale obudził mnie telefon. Dzwonił ksiądz Łukasz. Wystraszył mnie, bo za oknem zapadła już noc.
Pani Weroniko, przyjedzie pani natychmiast do Ani, musi jechać do szpitala…
Zmiękłam. W duchu wyrzucałam sobie, iż pewnie czegoś zapomniałam, zostawiłam drzwi otwarte… Okazało się, iż sprawa była poważna przed blokiem już stała karetka, radiowóz, ksiądz i sąsiadki.
Co się stało? spytałam Łukasza, który w wysokiej czarnym berecie wydawał się jeszcze wyższy.
Wygląda na zatrucie… Zadzwoniła, mówiła, iż bardzo źle się czuje, prosiła, żebym przyszedł nie wyjaśniła czemu. Wszedłem do środka, a ona leżała nieprzytomna na podłodze, obok rozrzucone tabletki. Zadzwoniłem po pogotowie i policję.
Podszedł do nas policjant, ciemne brwi, twarz surowa jak z filmu.
Kim pani jest dla poszkodowanej?
Opiekunką… Przepraszam, pracownikiem społecznym.
Chciała się zabić.
Przecież jak anioł żyje!
Ktoś ją do tego doprowadził. Zobaczymy… Ma pani klucze?
Mam.
Proszę ze mną. Wyłączyć sprzęty, zamknąć drzwi. Potem pojedziemy na komisariat, trzeba wyjaśnić sprawę.
Ale przecież zostawiłam ją godzinę temu wszystko było w porządku!
No, chyba nie do końca. Porównamy potem pani oświadczenie z jej wyjaśnieniami jeżeli przeżyje.
Serce mi pękło, kiedy policjant zabrał mnie i sąsiadki jako świadków do mieszkania.
Lodówkę też proszę wyłączyć! rzucił.
Ale jedzenie się zepsuje!
Niech pani wyniesie na balkon.
Kiedy wynosiłam jedzenie, znalazłam jeszcze telefon.
Chociaż komórkę jej oddam…
Wszystko zostaje na miejscu!
Zrobiłam wszystko, co kazali, po czym pojechałam na komisariat, dziękując w duchu księdzu za reakcję. Na posterunku opisałam wszystko dokładnie, a policjant na końcu spytał ze śmiechem:
To wszystko z powodu nieszczęśliwej miłości?
A z czego innego, niech pan powie?
To nic nie musimy dociekać. Proszę do domu.
Nie wracałam do domu, złapałam taksówkę i do szpitala. W rejestracji spytałam o Annę Pietruszewską.
Ta z zatruciem? Jest na intensywnej terapii. Wróciła do siebie.
Mogę ją zobaczyć?
Dobrze by było, ale to możliwe dopiero za kilka dni, gdy przeniosą ją na zwykłą salę. Chociaż, nie wiem, bo szpital zamknięty grypa. Kim pani jest siostrą?
Przyjaciółką…
To dobrze, bo już myślałam, iż nie ma nikogo. Ale wózka nie trzeba jej przywozić mamy swoje. Proszę dzwonić za kilka dni. Jak będą wypisywać, wtedy przywieźć.
Wróciłam do domu trochę spokojniejsza ale tam zrobiło się dziwnie zimno i samotnie. choćby nie miałam do kogo zadzwonić. Cały wieczór patrzyłam w telefon, a on milczał. Udało mi się jakoś zasnąć, rano poszłam do pracy i powiedziałam o Ani, prosząc, by nie przydzielać jej innej opiekunki.
przez cały czas jest pod pani opieką, nie przejmuj się pocieszyła kierowniczka, chyba wiedziała już wszystko.
Codziennie dzwoniłam do szpitala, pytałam o stan Ani, ale ona nie odzywała się ani razu. Dopiero czwartego dnia zadzwoniła pielęgniarka, pytając:
Czy to pani Zaręba?
Tak, to ja.
Dzwonię ze szpitala… Jestem pielęgniarką Ani Pietruszewskiej. Prosiła, żeby pani przyszła. Ale do niej nie wolno można tylko pod oknem. Jest na drugim piętrze, trzecie okno od lewej, naprzeciw wejścia. Będzie panią czekać o pierwszej.
Dziękuję, na pewno będę! Coś jej przekazać?
Nic. Jest epidemia grypy.
choćby kwiatów na Dzień Kobiet?
Nic! odcięła stanowczo pielęgniarka.
W pracy byłam wcześniej, żeby zdążyć na czas pod szpital. Stałam długo pod wyznaczonym oknem, myśląc, iż się pomyliłam i prawie rzuciłam śnieżką, gdy w końcu pojawiła się Anka blada, zmęczona, ale uśmiechnięta oczami. Próbowała coś powiedzieć, podnosiła brodę do szyby, ale rozmowa przez podwójne okno była niemożliwa. Dała mi tylko kartkę. WYBACZ napisane wielkimi literami. Zamachałam do niej, skrzywiłam się, pokazując, iż nie ma co wybaczać. Tak bardzo mi ulżyło, iż znów jest sobą i już się nie gniewa. Na pożegnanie zamachała, gestem dała znać, żebym wyszła. Odeszłam rozradowana, ocierając łzy, i idąc przez błotnisty śnieg, nagle zobaczyłam, jak słońce rozjaśnia okna, park i kościółny złoty święcący krzyż. Przyszła prawdziwa wiosna. Wszystko złe zostało w tej długiej, smutnej zimie. Zrozumiałam, iż już nie mam się czym martwić. Teraz nie ma za czym tęsknić pomyślałam i, pociągając nosem, uśmiechnęłam się do siebie. Ale się Anka uparta zganiła prawdziwa koza!








