Patelnia do naleśników
Po wszystkich znakach czasu widać było, iż znowu spóźnię się do pracy. Wizja kolejnej kary finansowej i nieprzyjemnej rozmowy z moją skrupulatną szefową skutecznie psuła mi humor. A wszystkiemu winne były poranne komplikacje. Druga klasa podstawówki, Jaś, odmówił jedzenia owsianki, narzekając płaczliwie, iż boli go gardło. Uzbrojona w okulary, z napięciem sprawdzałam, czy choć trochę nie jest czerwone. gwałtownie jednak przekonałam się, iż to tylko wykręt, więc zagroziłam mu klapsem, pomogłam założyć tornister i wypchnęłam go na korytarz. W tym czasie starszy syn, Wojtek, miotał się po domu w poszukiwaniu dzienniczka. Od tego biegania rozbolała mnie głowa. Warknęłam na roztrzepanego syna, złapałam młodszego za rękę i wybiegłam z nim na ganek. Ale do samochodu nie dotarliśmy od razu, bo mój mąż, Sebastian, dopiero skończył go myć. Kiedy w końcu udało się wszystkim wsiąść, ruszyliśmy na Aleje Jerozolimskie tylko po to, by utknąć w niekończącym się korku, grzebiącym moje nadzieje na punktualność.
Dobiegając do biura przedsprzedaży biletów PKP, ledwo nie wywinęłam orła na śliskim chodniku. Przed upadkiem uratowała mnie ogromna walizka, której się chwyciłam i jakoś zachowałam równowagę. Gdy zobaczyłam, iż nie stało się nic poważnego, z przeprosinami oddałam walizkę starej właścicielce i weszłam do środka. Gdy koleżanki powiedziały, iż szefowej jeszcze nie ma, wreszcie mogłam odetchnąć. Do dna wypiłam szklankę wody i zajęłam swoje miejsce.
Pół godziny później wir pracy przyćmił wszystkie poranne troski. W porze obiadowej zerknęłam przez okno. Ta sama staruszka z wielką walizą przykuła mój wzrok. Coś rozpaczliwego kryło się w jej postaci w oczach odbijała się beznadzieja i rezygnacja. Trzymała bilet, który podrygiwał na wietrze niczym samotny liść, gotowy zaraz odlecieć. Ale wyblakłe oczy kobiety w ogóle tego nie widziały. Siedziała nieruchomo, jak posąg, nie czując jesiennego wiatru, przeciągów czy drobnego deszczu.
Od kiedy ona tu siedzi? spytałam Mariolę, moją koleżankę.
Mówią, iż już drugi dzień odpowiedziała.
A dokąd ma ten bilet?
Do Białegostoku.
Dziwne. Do Białegostoku pociągów odjeżdża kilka dziennie, czemu więc ciągle tu siedzi? nalałam herbatę z termosu, wzięłam kawałek domowego sernika, wyszłam z biura i dosiadłam się do niej, podając napój i ciasto.
Pamięta mnie pani? Rano pańska walizka wybawiła mnie przed upadkiem. Dokąd pani zmierza?
Do Białegostoku odpowiedziała bezbarwnym głosem, sącząc herbatę.
Przyglądając się jej biletowi, zapytałam:
Ale pani pociąg odjechał już dwa dni temu. Czemu pani tu została?
Staruszka poprawiła znoszony filcowy kapelusz, chrząknęła i odezwała się ochryple:
Widać i tutaj tylko przeszkadzam. Zaraz się przesunę, nie kłopocz się.
Postawiła na ławce niedopitą herbatę i próbowała się podnieść, ale zatrzymałam ją delikatnie:
Proszę, nie ruszaj się. Po prostu tu jest zimno i mokro.
Uwierz, już nic nie czuję. Wszystko jakby się już wypłakało szepnęła obojętnie. Wyjęła z torebki haftowaną chusteczkę, przetarła wilgotne oczy i mówiła dalej:
Wiesz, nie mam gdzie jechać. Typowa rodzinna sprawa. Nie dogadałam się z synową ładną, ale pyskatą, leniwą, zachłanną. Syn w niej zakochany po uszy, a moje uwagi traktował jak czepianie się. Żeby zrobić jej przyjemność, postanowił się mnie pozbyć. Kupił bilet do siostry w Białymstoku, spakował rzeczy i odwiózł na dworzec. Ale on biedak nie wiedział, iż siostra zmarła trzy lata temu, a dom sprzedany. Nie miałam serca mu powiedzieć. Dałam temu bieg. Może ich życie się ułoży, skoro już nie będę nikomu przeszkadzać. Sama więc jestem sobie winna, iż tak tu tkwię, niepotrzebna. Czekam na coś… może tu umrę ze wstydu, albo zabierze mnie pogotowie do jakiegoś domu opieki społecznej. Dziękuję ci, córcia, za poczęstunek. Dopiero teraz poczułam, jaka jestem głodna.
Córcia To wdzięczne zawołanie obcej kobiety przeniosło mnie myślami do odległego, sierocego dzieciństwa. Minęło tyle lat, a niezdrowa zazdrość wobec adoptowanych, szczęśliwych dzieci wciąż we mnie tkwi. Ja, ruda, nieładna, niepotrafiąca recytować wierszy, zostałam w domu dziecka. Potem skierowano mnie na praktyki w łódzkiej przędzalni, przydzielono pokój w starej kamienicy, w którym mieszkałam aż do ślubu. Na szczęście, szczęśliwego.
Córcia Nigdy wcześniej nie czułam matczynego ciepła dziś, jakby na chwilę ktoś otulił mnie tym uczuciem. Przeniknęło przez skórę i dotarło do serca, uspokajając je, wypełniając szczodrą nutą współczucia.
Delikatnie ścisnęłam wełniane ramię kobiety.
Proszę, nie odchodź stąd. Po mojej zmianie wrócimy razem do mojego domu. Jest duży, nikomu nie zabraknie miejsca. jeżeli ci się nie spodoba, zawsze możesz wrócić tu. Zgoda?
Spojrzałam w zmarszczoną twarz kobiety i zobaczyłam roztrzęsioną brodę oraz wdzięczne łzy płynące z zaczerwienionych oczu.
W samochodzie się przedstawiłyśmy:
Mam na imię Małgorzata, mąż to Sebastian, synowie to Wojtek i Jaś. A pani?
Mówcie mi babcia Tosia odpowiedziała, rozgrzana już w aucie.
Nazajutrz był wolny dzień. Obudziły mnie cudne zapachy dochodzące z letniej kuchni. Narzuciłam szlafrok i wyszłam na werandę. Na stole piętrzyła się góra koronkowych naleśników. Babcia Tosia zwinnie obracała je na patelni, jednocześnie dokładając warna przekąskę mojej roześmianej męskiej gromadzie. Zobaczywszy mnie, babcia Tosia zaczęła się usprawiedliwiać:
Nie gniewaj się, córcia. Znalazłam w piekarniku patelnię, do której naleśniki nie przywierają, więc postanowiłam trochę porządzić. Siadaj szybko, spróbuj mojej roboty.
Po pysznym śniadaniu całą rodziną grabiliśmy opadłe liście, paliliśmy je, nie zapominając wrzucić kilka ziemniaków w żar. Z zaskoczeniem patrzyłam na babcię Tosię rozpromieniła się, ożyła, nucąc pod nosem nieznaną mi piosenkę.
Nie zdziw się, córcia, iż tak się rwę mówiła. Jestem wytrzymała. Na wojnie wołali na mnie Tosia-Konik, bo wszystkich rannych pod ostrzałem wynosiłam na własnych plecach. Byli różnej postury, ale wszystkim pomagałam, dopóki sama nie dostałam kuli. Potem wypisali mnie na tyły, tam wyszłam za mąż, urodziłam syna… Szkoda, mąż długo nie pożył, ranny na płuca, chorował i zmarł. Zostałam sama z malutkim dzieckiem. Ale dałam sobie radę. Wychowałam syna, człowiekiem został.
Babcia Tosia zamilkła, zamyślona. Po chwili otrząsnęła się i ze śpiewem wróciła do grabienia liści.
W poniedziałek w domu znów zaczęła się codzienna gonitwa. Jaś znowu marudził, Wojtek biegał z podręcznikami, mąż zajmował się samochodem. Wybiegając na ganek, zobaczyłam babcię Tosię gotową z walizką.
Dziękuję, córcia, za gościnę, ale czas wracać do siebie
Babciu Tosiuniu! Nie podobało się u nas?
Bardzo dobrze mi było… Ale kto by chciał obcą w domu?
Babciu Tosiu, zostań z nami na zawsze! Kto mi takie naleśniki zrobi? Nigdy mi tak nie wyszły… Proszę, zostań, przecież jesteś już nasza
Złapałam za jej ciężką walizkę, która nagle stała się lekka jak piórko, wzięłam babcię Tosię pod rękę i razem weszłyśmy na werandę.
Rodzina właśnie wsiadała do samochodu, gdy rozległ się głos babci Tosi:
Córcia, kup mi jeszcze jedną patelnię. Na dwóch szybciej naleśniki idą…
Nie słyszała już, jak cicho szepnęłam:
Dobrze, mamo TosiuniuZaśmialiśmy się wszyscy naraz, jakby ten zwyczajny poniedziałkowy poranek był świętem. Zamiast pośpiechu, pojawiła się radosna wrzawa, a kuchnia wypełniła się ciepłem i zapachem smażonych naleśników. Babcia Tosia, promieniejąca jak pierwsze wiosenne słońce, już snuła plany na kolejne dni: dżem z własnoręcznie zebranych malin, syropy na kaszel według babcinej receptury i opowieści o dzieciństwie w przedwojennym miasteczku.
Chłopcy przestali się spieszyć, zamiast tego gonili się z babcią wokół stołu, dopraszając się nowych opowieści i jeszcze jednej porcji ulubionych naleśników. Sebastian kiwał głową z podziwem, a ja patrzyłam na nich wszystkich z uczuciem wdzięczności, jakiego nie znałam wcześniej za ciepło, które pojawiło się w naszym domu niespodziewanie, a jednak było dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.
Babcia Tosia już nie była obca. Została naszą własną, ukochaną babcią od naleśników i życiowych mądrości. A gdy wieczorem usiedliśmy, obejmując się na werandzie po pracowitym dniu, pomyślałam, iż czasami wielka zmiana zaczyna się od całkiem małych rzeczy jednej patelni, kilku złamanych serc i odrobiny odwagi, by powiedzieć: zostań.
A w cichym cieple kuchni, pod ręką babci, rozpływało się nie tylko ciasto naleśnikowe, ale i wszystkie nasze samotności.













