Syndrom wiecznie odkładanej na później życia… Szczera spowiedź 60-letniej Polki Elżbieta: W tym roku skończyłam 60 lat. Nikt z bliskich choćby nie zadzwonił, żeby złożyć mi życzenia z okazji jubileuszu. Mam córkę i syna, wnuka oraz wnuczkę, były mąż też jeszcze jest na świecie. Córka ma 40 lat, syn 35. Oboje mieszkają w Warszawie, oboje ukończyli prestiżowe warszawskie uczelnie. Są inteligentni, odnoszą sukcesy. Córka wyszła za mąż za wysokiego urzędnika państwowego, syn ożenił się z córką wpływowego warszawskiego biznesmena. Oboje mają dobrą karierę, sporo nieruchomości, oprócz pracy w państwówce prowadzą własne firmy. Wszystko stabilnie. Były mąż odszedł, gdy syn skończył studia. Powiedział, iż zmęczony jest taką gonitwą. Sam pracował spokojnie na jednej posadzie, weekendy spędzał z kolegami albo na kanapie, na urlop jeździł na cały miesiąc do rodziny na Mazury. Ja urlopów nie brałam, pracowałam naraz na trzech etatach – jako inżynier w fabryce, tam też sprzątałam w administracji zakładu, a w soboty i niedziele – pakowałam towar w okolicznym supermarkecie od 8 do 20, plus sprzątanie pomieszczeń socjalnych i gospodarczych. Wszystko, co zarabiałam, szło na dzieci – Warszawa jest droga, a studia na prestiżowych uczelniach oznaczały dobre ubrania. Plus wyżywienie i rozrywki. Nauczyłam się nosić stare ubrania – tu coś przerobiłam, tam naprawiłam buty. Chodziłam czysta, schludna. To mi wystarczało. Rozrywki miałam tylko we śnie – czasem śniłam, iż jestem szczęśliwa, młoda, uśmiechnięta. Mąż, jak tylko odszedł, od razu zmienił auto na drogie i luksusowe. Widocznie miał sporo odłożone. Nasze małżeństwo było dziwne – wszystkie wydatki były na mojej głowie, poza czynszem. Czynsz opłacał mąż, na tym kończył się jego wkład w rodzinę. Dziećmi zajmowałam się sama… Mieszkanie zostało mi po babci – porządna, zadbana kamienica z wysokimi sufitami. Dwa pokoje przerobione na trzy. Była tam skrytka 8,5 metra z oknem, wyremontowałam ją, mieściło się tam łóżko, biurko, szafa, półki. Skrytkę zajmowała córka. Ja z synem mieszkaliśmy w jednym pokoju, na szczęście zwykle byłam tylko na noc. Mąż mieszkał w salonie. Gdy córka wyjechała do Warszawy, zajęłam jej skrytkę. Syn został w pokoju. Z mężem rozstaliśmy się bez awantur, bez podziału majątku, bez wzajemnych pretensji. On chciał ŻYĆ, a ja byłam już tak wykończona, iż odetchnęłam z ulgą… Nie musiałam już gotować trzech dań plus kompot, prać jego rzeczy, pościel, prasować i odkładać na półki. Ten czas mogłam po prostu wykorzystać na odpoczynek. Do tego czasu zdążyłam nagromadzić całą listę chorób – kręgosłup, stawy, cukrzyca, tarczyca, wyczerpanie nerwowe. Po raz pierwszy wzięłam urlop na głównej pracy i zaczęłam się leczyć. Dorywczych prac nie rzuciłam. Trochę się podleczyłam. Zatrudniłam bardzo dobrego fachowca i z pomocnikiem w dwa tygodnie zrobili mi piękny remont łazienki. To było moje szczęście! OSOBISTE szczęście! Szczęście tylko dla siebie! Przez te lata zamiast prezentów wysyłałam swoim odniesionym dzieciom pieniądze na urodziny, Boże Narodzenie, Dzień Kobiet, Dzień Ojca. Potem doszli wnuk i wnuczka. Więc nie było mowy o rzuceniu dodatkowych prac. Na siebie nie zostawało. Życzenia dostawałam rzadko, częściej w odpowiedzi na moje. Prezentów nie dawali. Najbardziej bolało to, iż na wesela nie zaprosili mnie ani syn, ani córka. Córka uczciwie powiedziała: „Mamo, nie pasujesz do tej imprezy. Będą ludzie z Kancelarii Prezydenta”. O ślubie syna dowiedziałam się od córki… już po fakcie… Dobrze chociaż, iż nie prosili o pieniądze na wesele… Nigdy nie przyjeżdżają, choć zawsze zapraszam. Córka mówi, iż nie ma po co odwiedzać „naszego zaścianka” (wojewódzkie miasto z milionem mieszkańców). Syn powtarza: „Wiesz, mamo, nie mam czasu!” Samolot do Warszawy lata 7 razy dziennie! Lot trwa 2 godziny… Jak bym nazwała ten okres życia? Chyba „życie stłumionych emocji”… Żyłam jak Scarlett O’Hara – „pomyślę o tym jutro”… Tłamsiłam w sobie łzy i ból, tłamsiłam wszelkie emocje – od zdziwienia po rozpacz. Byłam jak robot zaprogramowany do pracy. Potem fabrykę wykupili warszawiacy i zaczęła się restrukturyzacja. Przedemerytów zwolnili, od razu straciłam dwie prace, ale z powodu zwolnienia mogłam przejść wcześniej na emeryturę. Mam 2000 zł emerytury… Spróbuj wyżyć. Na szczęście w moim pięciopiętrowcu z czterema klatkami zwolniło się miejsce sprzątaczki… zaczęłam sprzątać klatki – plus 2000 zł. Fasonowania i sprzątania w weekendy nie rzuciłam – płacili dobrze, trzy stówy za zmianę. Najgorzej było, iż cały dzień na nogach. Stopniowo zaczęłam remont w kuchni. Wszystko robiłam sama, kuchnię zamówiłam u sąsiada, tanio i porządnie. Znowu zaczęłam oszczędzać. Chciałam odnowić pokoje, wymienić trochę mebli. Czyli plany miałam… tylko nie było w tych planach MNIE! Co kupowałam dla siebie? Jedynie jedzenie, najprostsze, i tak nigdy nie jadłam dużo. I leki. Na leki szło mnóstwo. Czynsz coraz droższy. Były mąż mawiał: „Sprzedaj tę trójkę, dobry adres, dostaniesz spokojnie sporą sumę. Kupisz jedynkę.” A mi szkoda. To pamiątka po babci. Rodziców nie pamiętam. Wychowała mnie babcia. Ta kamienica to moje życie. Ze starym mężem zachowaliśmy normalne, koleżeńskie relacje. Czasem rozmawiamy jak dawni znajomi. U niego wszystko w porządku. O życiu prywatnym nigdy nie mówi. Raz w miesiącu wpada, przywozi zakupy – ziemniaki, warzywa, kasze, wodę do picia. To, co ciężkie. Pieniądze odmawia. Mówi, żebym nie brała dostawy, bo przywiozą same zgniłe rzeczy. Zgadzam się. We mnie jakby coś zastygło – wszystko w jednej kulce. Żyję i tyle. Dużo pracuję. Nie marzę o niczym. Niczego nie chcę dla siebie. Córkę i wnuki oglądam tylko na jej Instagramie. Syn w życiu pokazuje się u synowej. Cieszę się, iż są zdrowi. Wyjeżdżają w interesujące miejsca, bywają w drogich restauracjach. Chyba dałam im za mało miłości. Dlatego nie mają jej dla mnie. Czasem córka pyta, jak się czuję. Zawsze odpowiadam, iż wszystko dobrze. Nigdy na nic nie narzekam. Syn czasem wyśle wiadomość na WhatsApp: „Cześć, mamo, mam nadzieję, iż wszystko ok.” Kiedyś powiedział, iż nie chce słuchać o naszych problemach, źle mu robi negatywna energia. Więc już nic nie mówię, mówię tylko: tak, synku, dobrze. Chciałabym bardzo przytulić wnuki, ale podejrzewam, iż choćby nie wiedzą, iż mają babcię – emerytkę-sprzątaczkę. Pewnie według rodzinnej legendy babcia już dawno nie żyje… Nie pamiętam, żebym coś kupiła dla siebie, najwyżej od czasu do czasu bieliznę i skarpety. Najtańsze. W salonie kosmetycznym i fryzjerskim nigdy nie byłam… Raz w miesiącu chodzę do fryzjera pod domem. Włosy farbuję sama. Cieszy mnie, iż rozmiar ten sam co kiedyś – 46/48. Nie muszę zmieniać garderoby. Ale bardzo boję się momentu, iż kiedyś nie wstanę z łóżka – boleści kręgosłupa dają się we znaki. Boję się zostać unieruchomiona. Może nie powinnam była żyć tak, bez odpoczynku, małych radości, tak ciężko i wiecznie z myślą „kiedyś”? A gdzie jest to „kiedyś”? Już go nie ma… W duszy pustka… w sercu obojętność… I wokół mnie też pustka… Nikogo o nic nie oskarżam. Siebie też nie mogę. Całe życie pracowałam i przez cały czas to robię. Tworzę sobie, na wszelki wypadek, poduszkę bezpieczeństwa, gdyby sił zabrakło. Małą, ale to już coś… Chociaż, powiem szczerze – wiem dobrze, iż jak się położę, to już nie będę żyć… nie chcę być dla nikogo ciężarem. I wiecie, co najgorsze? Nigdy w życiu nikt nie dał mi kwiatów… NIGDY… Śmiesznie będzie, jeżeli ktoś kiedyś postawi mi żywe kwiaty na grobie… serio, można się uśmiać…

twojacena.pl 7 godzin temu

Syndrom wiecznie odkładanego życia

Spowiedź 60-letniej kobiety
Jadwiga:

W tym roku skończyłam 60 lat. Nikt z rodziny choćby nie zadzwonił, by złożyć mi życzenia z okazji jubileuszu.

Mam córkę i syna, wnuka oraz wnuczkę, a także byłego męża.

Córka ma 40 lat, syn 35.

Obydwoje mieszkają w Warszawie, obydwoje ukończyli renomowane uczelnie w stolicy. Są mądrzy, odnoszą sukcesy. Córka wyszła za urzędnika wysokiego szczebla, syn ożenił się z córką warszawskiego biznesmena. Oboje mają udaną karierę, sporo nieruchomości, każdy poza służbą państwową prowadzi też własny biznes. Wielka stabilizacja.

Były mąż odszedł, gdy syn skończył studia. Powiedział, iż zmęczył się takim tempem życia. Chociaż sam pracował spokojnie, bez pośpiechu, w jednej firmie, weekendy spędzał z kolegami albo na kanapie, a na urlop wyjeżdżał na cały miesiąc do rodziny na Mazury. Ja urlopu nie brałam pracowałam równocześnie na trzech etatach: była inżynierem w fabryce, tam też sprzątałam biura, a w weekendy od 8 do 20 pakowałam towary w pobliskim supermarkecie, plus sprzątanie pomieszczeń gospodarczych.

Wszystko, co zarabiałam, szło na dzieci Warszawa to drogie miasto, a studia w prestiżowych uczelniach oznaczały też porządną odzież, dobre jedzenie i rozrywki.

Nauczyłam się nosić stare ubrania, często coś przerabiałam, naprawiałam buty. Zawsze chodziłam czysta i schludna. Dla mnie to wystarczało. Jedyne moje rozrywki to sny czasem śniłam, iż jestem szczęśliwa, młoda, roześmiana.

Mąż po odejściu natychmiast zmienił samochód, kupił lepszy, prestiżowy. Widocznie uzbierał sporo oszczędności. Nasze wspólne życie było dziwne wszystkie wydatki poza czynszem były na mojej głowie. Tylko czynsz opłacał mąż, na tym jego udział się kończył. To ja wykształciłam dzieci

Mieszkanie, w którym żyliśmy, zostało mi po babci. Solidna, zadbana kamienica z wysokimi sufitami. Dwupokojowe, przerobione na trzy kąty. Była tam komórka 8,5 m² z oknem, którą wyremontowałam i spokojnie mieściło się tam łóżko, biurko, szafa, półki. Mieszkała tam córka, a ja z synem dzieliłam jeden pokój wracałam tylko na noc. Mąż sypiał w salonie. Po wyjeździe córki do Warszawy zajęłam jej komórkę, syn został w pokoju.

Rozstaliśmy się z mężem bez awantur, bez podziału majątku czy wzajemnych oskarżeń. On chciał ŻYĆ inaczej, a ja byłam tak zmęczona, iż poczułam ulgę… Przestałam gotować zupy, drugie dania i kompoty, prać jego rzeczy, pościel, prasować i układać je na półkach mogłam ten czas przeznaczyć na odpoczynek.

Do tego czasu nazbierałam całą bandę chorób kręgosłup, stawy, cukrzyca, tarczyca, nerwowe wycieńczenie. Po raz pierwszy wzięłam urlop w głównej pracy, żeby się podleczyć. Prac dorywczych nie rzuciłam. Trochę się podleczyłam.

Wynajęłam porządnego fachowca i z jego pomocnikiem w dwa tygodnie zrobili świetny remont łazienki. Byłam szczęśliwa! MOJE własne szczęście. euforia tylko dla siebie!

Przez ten czas na wszystkie święta i urodziny dzieci, na Boże Narodzenie, Dzień Kobiet, Dzień Chłopaka wysyłałam im pieniądze zamiast prezentów. Potem doszły wnuczęta. Pracować musiałam dalej, bo na siebie nie zostawało. Życzenia od nich dostawałam rzadko, raczej w odpowiedzi na moje sms-y, prezentów nie dostawałam.

Najbardziej bolało to, iż na żadne wesele ani córki, ani syna nie byłam zaproszona.

Córka powiedziała wprost: Mamo, nie wpasujesz się w towarzystwo, będą tam ludzie z Kancelarii Prezydenta.

O ślubie syna dowiedziałam się od córki, już po fakcie

Dobrze chociaż, iż nie prosili o pieniądze na wesele

Nigdy nikt z dzieci nie przyjeżdża do mnie, chociaż zawsze ich zapraszam. Córka twierdzi, iż nie ma czego szukać w tej wsi (wojewódzkie miasto, milion mieszkańców). Syn zawsze mówi: Nie dam rady, mamo, nie mam czasu!

Samolot do Warszawy lata 7 razy dziennie! Lot trwa dwie godziny

Jak bym nazwała tamten okres mojego życia? Chyba życie uciszonych emocji

Żyłam wtedy jak Zosia z opisów Sienkiewicza pomyślę o tym jutro…

Tłumiłam łzy, ból i wszelkie emocje od zdziwienia aż po rozpacz. Byłam jak robot zaprogramowany do pracy.

Potem fabrykę kupili inwestorzy z Warszawy, zaczęła się reorganizacja. Nas, przedemerytów, zwolnili, straciłam od razu dwie prace, ale mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę. Dostałam 2000 zł Spróbuj za to przeżyć.

Na szczęście w naszej pięcioklatkowej kamienicy akurat zwolniła się posada sprzątaczki zaczęłam myć klatki plus kolejne 2000 zł. Pracy weekendowej w supermarkecie nie rzuciłam, płacili nieźle 300 zł za dzień. Ciężko było, bo stałam cały dzień.

Powoli ruszyłam z remontem kuchni. Robiłam wszystko sama, kuchnię zamówiłam u sąsiada sprawnie, dobrze, niedrogo.

Znów zaczęłam odkładać troszkę pieniędzy. Chciałam odnowić pokoje, wymienić meble. Pomysły były tylko nie było w nich mnie samej! Na siebie wydawałam tylko na podstawowe jedzenie, nigdy nie jadłam dużo. I leki. Na leki schodziło sporo. Czynsz też coraz wyższy. Były mąż mówił: Sprzedaj tę trójkę, okolica dobra, będzie uczciwa cena. Kup sobie kawalerkę.

Ale żal mi mieszkania. To pamiątka po babci. Rodziców nie pamiętam. Wychowała mnie babcia. To lokum jest dla mnie bardzo ważne tam spędziłam całe życie.

Z mężem udało się zachować normalne relacje, rozmawiamy czasem jak dawni znajomi. Jemu się wiedzie. O swoim życiu osobistym nie mówi. Raz w miesiącu wpada, przywozi trochę zakupów ziemniaki, warzywa, kasze, wodę do picia. Rzeczy ciężkie. Od pieniędzy się wzbrania. Mówi, żebym nie korzystała z dostawy, bo przywiozą złe, zgniłe rzeczy. Zgadzam się.

We mnie wszystko jakby się zatrzymało same kłębowisko. Żyję z dnia na dzień. Pracuję dużo. Nie marzę o niczym. Niczego dla siebie nie chcę. Córkę i wnuki widuję tylko przez jej Instagram. Życie syna śledzę na Instagramie synowej. Cieszę się, iż wszystko u nich jest w porządku. Są zdrowi, szczęśliwi. Zwiedzają interesujące miejsca, bywa, iż jedzą w drogich restauracjach.

Pewnie dałam im mało miłości. Może z tego braku rodzi się brak miłości do mnie. Córka czasem pyta, jak się czuję. Zawsze mówię, iż dobrze. Nigdy na nic nie narzekam. Syn czasem wysyła mi wiadomość głosową na WhatsAppie: Cześć, mamo, mam nadzieję, iż u Ciebie wszystko w porządku.

Kiedyś powiedział, iż nie chce słuchać o naszych problemach z ojcem, bo źle na niego wpływa negatywna energia. Więc przestałam się zwierzać, odpowiadam tylko: Tak, synku, wszystko dobrze.

Bardzo chciałabym przytulić wnuki, ale podejrzewam, iż nie wiedzą, iż mają żywą babcię emerytkę sprzątającą klatki. Pewnie według rodzinnych legend babcia już od dawna w niebie

Nie pamiętam, żebym kiedyś kupiła sobie coś tylko dla siebie może czasem bieliznę i skarpetki, najtańsze. Nie przypominam sobie, żebym była w salonie na manicure, pedicure Raz w miesiącu chodzę na strzyżenie do fryzjerki z sąsiedztwa. Włosy farbuję sama. Dobre jest to, iż przez całe dorosłe życie noszę ten sam rozmiar 46/48. Garderoby nie muszę odnawiać.

Boję się bardzo, iż pewnego dnia nie wstanę rano z łóżka coraz częściej dokuczają mi bóle kręgosłupa. Boję się zostać unieruchomiona.

Może nie powinnam była żyć właśnie tak bez odpoczynku, bez drobnych przyjemności, zawsze w pracy i zawsze odkładając wszystko na później? Ale gdzie to później? Już go nie ma W duszy pustka w sercu obojętność I wokół też pusto

Nikogo nie obwiniam. Ale siebie też nie oskarżam całe życie pracowałam i przez cały czas pracuję. Tworzę sobie poduszkę na wszelki wypadek, gdyby nie dało się już pracować. Niezbyt dużą, ale zawsze. Chociaż nie oszukujmy się jeżeli naprawdę już nie będę mogła wstać, nie mam ochoty, by ktoś miał ze mną jakiekolwiek kłopoty.

Wiecie, co jest najdziwniejsze? Nikt nigdy w życiu nie dał mi kwiatów NIGDY Będzie zabawnie, jeżeli kiedyś ktoś położy mi żywe kwiaty na grobie naprawdę można się uśmiać

Moje życie było jak ciągłe czekanie na lepszy dzień, który nigdy nie przyszedł. Żyłam dla innych, zapominając o sobie a kiedy odkładamy szczęście na później, ono może się już nie wydarzyć. Teraz wiem, iż choćby w największym zabieganiu warto zatrzymać się, pomyśleć o sobie i pozwolić sobie na drobne radości, bo życie mamy tylko jedno i nie warto przechodzić przez nie jak cień.

Idź do oryginalnego materiału