Telefon zadzwonił dokładnie w południe, przecinając narastające oczekiwanie. Łucja Brzozowska pośpiesznie podniosła słuchawkę, machinalnie wygładzając nieistniejącą fałdkę na śnieżnobiałym obrusie.
Paweł? Synku?
Cześć, mamo. Wszystkiego najlepszego.
Głos Pawła był zmęczony, jakby tłumiony przez ciężki koc. Brzmiał, jakby rozmawiał z podziemia.
Mamo, nie gniewaj się. Nie dam rady. Zupełnie.
Łucja zamilkła. Wpatrywała się w misę sałatki jarzynowej, nad którą pracowała całe przedpołudnie.
Jak to… nie dasz rady? Paweł, ja dziś kończę siedemdziesiąt lat. To nie byle co.
Rozumiem, mamo. Ale mam straszny zamęt w pracy. Termin, projekt, sama wiesz, jak to jest. Wszystko na mojej głowie.
Obiecałeś…
Mamo, to nie zabawa, taka branża, nie mogę. Gdyby była możliwość, byłbym.
W słuchawce zapadła niezręczna cisza przetykana tylko szumem.
Wpadnę w tygodniu. Na spokojnie posiedzimy. Obiecuję. Trzymaj się, całuję.
Krótki sygnał. Rozłączył się.
Łucja powoli odłożyła słuchawkę na aparat.
Siedemdziesiąt lat.
Terminy.
Wieczór przeszedł jak we mgle. Zajrzała sąsiadka Halina, przyniosła czekoladę “Wedel”. Posiedziały chwilę, wypiły po kieliszku starki na rozluźnienie.
Łucja uśmiechała się, kiwała głową, opowiadała o serialu. Ale święto skurczyło się do rozmiarów jej kuchni. adekwatnie nie zaczęło się wcale.
Późno, już w nocnej koszuli frotte, sięgnęła po tablet. Przesunęła palcem po ekranie, byle zobaczyć co się dzieje w świecie na Facebooku.
Ogrody, cudze koty, przepisy.
Nagle jaskrawe zdjęcie.
Strona Angeliki, synowej.
Nowy post, przed dwudziestu minut.
Restauracja Pod Aniołami lub coś podobnego. Złocenia, kelnerzy w białych rękawiczkach, muzyka na żywo, tłuste kryształy.
Angelika. Jej mama, Teresa Nowakowska, roześmiana, w perłach, z naręczem czerwonych róż.
I Paweł.
Jej syn Paweł. W eleganckiej koszuli obejmuje teściową.
Uśmiechnięty.
Ten sam Paweł, który miał mieć awarię i niemożliwy termin.
Łucja powiększyła zdjęcie. Ostrość ustawiła się na szczęśliwych twarzach.
Podpis: “Świętujemy jubileusz naszej kochanej mamusi! 65! Przenieśliśmy na weekend, żeby każdemu pasowało!”
“Pasowało”.
Łucja doskonale pamiętała, kiedy ma urodziny teściowa Pawła. W zeszłym tygodniu we wtorek.
Przenieśli. Bez pytania, na jej rocznicę.
Na jej siedemdziesiąte urodziny.
Przewinęła karuzelę zdjęć.
Tu Paweł wznosi toast, wysoko trzyma kieliszek koniaku.
Tu wszyscy razem, z Angeliką, rechoczą, głowy odchylone. Na stole ostrygi i stosy przekąsek.
Patrzyła na beztroską, rozmarzoną twarz syna.
Nie chodziło o restaurację. Ani o ogromny bukiet róż, większy, niż kiedykolwiek widziała.
Chodziło o kłamstwo.
Bezczelne, spokojne, codzienne kłamstwo.
Łucja zamknęła tablet.
W powietrzu wisiały zapachy niedotkniętych przystawek pokój był jakby pusty.
Siedemdziesiątka. Po prostu niewygodna data.
Dzień, który można bez żalu przesunąć dla urodzin teściowej.
Poniedziałek powitał ją ostrym zapachem.
Sałatka, nad którą się trudziła, podeschła, majonez spłynął. Galaretka, tak pieczołowicie gotowana, już nie była świeża. Pieczone schabowe okryła śliska powłoka.
Łucja wyjęła największy kubeł na śmieci.
Metodycznie, talerz po talerzu, wyrzucała własne święto.
Swój trud. Swoje oczekiwanie.
Do worka wpadły faszerowane jajka, które Paweł tak lubił. Resztki domowego sernika.
Każdy kawałek boleśnie ciągnął gdzieś pod żebrami.
To o wiele gorzej niż uraza. To było wymazanie.
Po prostu ją wykreślono. Uprzejmie, z powołaniem się na ważniejszą sprawę.
Umyła naczynia. Wyniosła ciężkie wiadro pachnące zawiedzeniem.
I zaczęła czekać.
Obiecał wpaść w tygodniu.
Telefon odezwał się dopiero w środę.
Mamo! No jak tam? Przepraszam, taki młyn ostatnio.
Znów ten głos. Zagubiony, śpieszny.
W porządku, Pawle.
Słuchaj, mam prezent dla Ciebie. Wpadnę na chwilę, z piętnaście minut, Angelika zaraz mnie odbiera, bo mamy bilety.
Bilety?
Do Teatru Nowego. Angelika załatwiła. Sama rozumiesz.
Przyjechał po godzinie.
Na progu wcisnął jej w ręce ciężkie pudło.
Wszystkiego jeszcze raz! Sto lat, mamo.
Łucja zerknęła elektroniczny oczyszczacz powietrza. Podświetlany, z jonizacją.
Dziękuję, postawiła pudełko w korytarzu.
Angelika wybierała. Super sprawa, zdrowe powietrze.
Wszedł do kuchni, nalał sobie wody z kranu.
Mamo a coś do jedzenia jest?
Wszystko wyrzuciłam. W poniedziałek.
Paweł skrzywił się.
Eh. Mogłaś zadzwonić, zabrałbym…
Łucja patrzyła w jego plecy.
Do ostatka tłumaczyła go sobie w głowie. Może Angelika go zmusiła. Nie chciał. Nie wiedział.
Ale kłamał.
Pawle.
Co?
Widziałam zdjęcia.
On zamarł, szklanka zastygła w dłoni. Powoli się odwrócił.
Jakie zdjęcia?
Z restauracji. W sobotę. U Angeliki na profilu.
Twarz syna na sekundę zadrżała, potem stwardniała.
Aha. No zaczyna się.
Powiedziałeś, iż masz pracę.
Mamo, na litość boską, co za różnica?
Różnica jest taka, iż mnie okłamałeś.
Paweł postawił szklankę z takim impetem, iż trochę się rozlało.
Nie kłamałem! Pracowałem! Cały tydzień, nie spałem prawie!
A w sobotę?
W sobotę Angelika zrobiła matce imprezę! Wiesz, jaka jest, musi być perfekcyjnie! Ja musiałem być.
Podniósł głos.
Miałem się rozerwać na pół? choćby nie chciałem nigdzie iść! Jestem padnięty!
Łucja patrzyła na niego.
Czterdziestoletni syn, dorosły mężczyzna. Kłócił się, bo złapano go na kłamstwie.
Mogłeś po prostu powiedzieć prawdę, Paweł. Po prostu: Mamo, nie przyjadę, idę na jubileusz Teresy.
I co by to dało?! wybuchnął. Żebyś miała mi żal przez tydzień?
Żebyś miała żal to cała prawda.
Mamo, to rodzina. Moja rodzina. Musiałem być. Chcesz, żebym z Angeliką miał awanturę?
Patrzył jakby z pretensją.
Bronił się, czyniąc ją winną wszystkiego.
Zadzwonił dzwonek.
O, Angelika już jest. Muszę lecieć.
Chwycił kurtkę.
Z instrukcją sobie dasz radę. To dobre!
Zamknął drzwi za sobą.
Łucja patrzyła na mokre kółko po szklance na stole.
Węzeł zacisnął się w niej.
Próbowała cywilizowanej rozmowy. Nic nie zmieniła.
Wybrał kłamstwo, bo to najłatwiejszy sposób rozmowy z nią.
Jej święto okazało się tylko przeszkodą.
Tydzień minął w dziwnym odrętwieniu.
Łucja jednak rozpakowała prezent. Pożyteczny sprzęt.
Przerzucała instrukcję, nalała wodę, uruchomiła.
Zamruczał miękko, na niebiesko podświetlony oczyszczacz.
To nie był zapach. To była jego całkowity brak.
Mieszkanie, zawsze pachnące swojsko książkami, suszonym rumiankiem, jej ukochanymi perfumami Być Może, które wlewała na żarówkę stało się sterylne.
Medykament, nie dom.
Obco.
Jakby ktoś wyczyścił każdy ślad jej życia.
Starała się przywyknąć. Angelika wybierała.
Maszyna mruczała, jonizowała. Ale Łucja czuła, iż coraz trudniej jej oddychać w tej nowej czystości.
Otwierała okno, ale sterylność mieszała się z zimnym powietrzem, robiła się mdła.
W niedzielę zaczęła wycierać kurz z kredensu.
Ręce same zsunęły się na ramkę.
Zdjęcie. Ona lat pięćdziesiąt. Paweł, student, tuli ją radośnie, rozczochrany.
Z tyłu, przebarwionym już długopisem: Najlepszej mamie na świecie! Twój Paweł.
Łucja usiadła na kanapie.
Długo patrzyła na szczęśliwą twarz syna.
I słuchała jednostajnego, obojętnego brzęczenia oczyszczacza.
To jej syn. Ten prawdziwy pisał dedykacje, kupował jej gałązki bzu.
A oto urządzenie, które przywiózł ktoś obcy, rozdrażniony, żeby mieć spokój.
Prezent nie dla niej, ale od niej by się wykupić.
Jej ideały, wiara w on dobry, on tylko nie umiał rozsypały się w pył.
Spojrzała na wszystko zimno.
Wybrała numer.
Paweł, dzień dobry.
Mamo? Coś się stało? natychmiast czujny ton.
Tak. Przyjedź proszę.
Mam plany z Angeliką
Przyjedź. Zabierz prezent.
Cisza.
Jak to? Po co?
Dosłownie. Nie chcę go. Przyjedź.
Odłożyła słuchawkę.
Przyjechał po czterdziestu minutach. Wściekły, czerwony.
O co tutaj chodzi? Prezent do oddania?
Łucja stała spokojnie.
Nie potrzebuję go, Pawle. Zabierz.
Wskazała buczący sprzęt.
Żartujesz? To drogie! Dla twojego zdrowia!
Moje zdrowie to prawda od syna w dniu siedemdziesiątych urodzin.
Odsunął się, jakby został uderzony.
Znów to samo! Wytłumaczyłem przecież!
Nie. Tylko się wydzierałeś.
Całe życie będziesz wypominać jeden dzień? Posiedzieliśmy u teściowej, przestępstwo, co?
Przestępstwo to kłamać.
Skłamałem, żeby cię nie zranić!
Skłamałeś, bo tobie było wygodnie odpowiedziała cicho. Żeby nie musieć mówić, czemu matka Angeliki jest ważniejsza niż ja.
Prosto w sedno.
Chciał coś powiedzieć. W tej chwili zadzwonił mu telefon.
Spojrzał. Koteczek.
Rzucił spojrzenie na matkę, odebrał.
Tak, Angelika.
…
Jestem u mamy. Znowu dym z prezentem.
Nie wiem, czego chce! Jadę, jadę!
Rzucił telefon.
Popatrzył na matkę.
Po raz pierwszy przemknął mu po twarzy cień wstydu.
Stał pomiędzy nią spokojną, a żoną, czekającą z teatrem.
Mamo, ja… To nie…
Jedź, Pawle. Angelika czeka.
Odsunęła się pod okno, dając mu znak, iż skończone.
Postał chwilę, szarpnął się, wyrwał z mieszkania.
Została sama.
Wyciągnęła wtyczkę oczyszczacza.
Ustało buczenie.
Powróciły zapachy jej domu.
Dwa dni minęły.
Pudełko z pożyteczną rzeczą stało pod drzwiami, wyrzut.
Paweł nie dzwonił. Nie przyjechał. Też czekał, aż matka zmięknie.
Zrozumiała, iż nie przyjedzie.
Wybrała numer kuriera.
Podała adres biurowiec klasy A, gdzie Paweł miał stanowisko kierownika.
Zapłaciła kurierowi 30 zł. Dwóch młodych mężczyzn cicho wyniosło ciężkie pudło.
Zamknęła drzwi.
To był gest. Milczący, ale stanowczy.
Odzyskiwała nie rzecz, ale spokój. Ich sterylność, ich kłamstwo, ich odpłatę.
Wieczorem zadzwonił telefon.
Poznała, kto to numer Angeliki.
Pani Łucjo? głos synowej dźwięczał zirytowaniem.
Tak? Angeliko?
O co chodzi? Kurier przywiózł prezent prosto do biura! Wszyscy widzieli!
Nie pasował mi.
Nie pasował? Zapłaciliśmy za to 900 zł! To był podarunek od nas!
Prezent, Angeliko, daje się od serca. Nie dla spłaty kłamstwa.
W słuchawce zapadło osłupienie.
Jak pani śmie! wrzasnęła synowa. Paweł harował przez panią, a pani zawsze była pani egoistką! Nic nigdy nie pasuje!
Zawsze była pani egoistką.
Do widzenia, Angeliko odpowiedziała Łucja i się rozłączyła.
Wiedziała, co się tam teraz dzieje.
Wiedziała, iż Angelika robi awanturę synowi.
Ale pierwszy raz w życiu było jej obojętne. Przecięła ten bolesny sznur.
Przyszedł późno, nocą.
Sam.
Jeden cichy dźwięk do drzwi.
Otworzyła.
Stał w progu. Już nie wściekły mężczyzna, co krzyczał na nią w niedzielę.
Jej Paweł. Zmęczony, poszarzały.
Wszedł cicho do kuchni. Usiadł na stołku.
Łucja po prostu milczała, nie zapalając światła.
Angelika powiedziała, iż jeżeli pójdę mam nie wracać.
Patrzył w blat.
Mamo Wybacz.
Podniósł na nią oczy.
Nie chciałem kłamać.
A jednak skłamałeś.
Angelika mówiła iż i tak będziesz zła. Lepiej już skłamać, potem ci minie. Tak prościej.
Łucja milczała.
Oto cała sieć manipulacji. Prościej.
Andrzej (teść Angeliki) miał gości, rangę. Ty masz Halinę.
A ty? cicho spytała. Tak samo myślałeś?
Paweł długo milczał.
Jestem zmęczony, mamo. Mam już dość.
Zakrył twarz rękoma.
Tak chciałem, żeby wszyscy byli zadowoleni. Wyszło, jak wyszło.
Cicho, męskie westchnienie.
Przepraszam, iż nie przyjechałem. Powinienem był być. Bardzo żałuję.
Patrzyła na jego szerokie, zmęczone plecy.
Nie straciła wszystkiego. To był jej chłopiec po prostu pogubiony, słaby.
Podeszła, położyła rękę na ramieniu.
Nie, żeby od razu wybaczać. Raczej, by dać oparcie.
Paweł, musisz sam zdecydować, jak chcesz żyć.
Nie wiem.
Ale ze mną nie wolno już kłamać.
Pokiwał głową, nie patrząc.
Mogę po prostu posiedzieć u ciebie trochę?
Posiedź.
Wyjęła ukochaną filiżankę i imbryk.
Napijmy się herbaty.
Minęło pół roku.
Mieszkanie Łucji dawno już pozbyło się zapachu sterylnego oczyszczacza.
Znów pachniało książkami, lekko walidolem i suszonym dziurawcem.
Dużo się zmieniło.
Paweł nie odszedł od Angeliki. Łucja choćby tego nie oczekiwała. Mieli kredyt, zobowiązania, wspólne życie.
Manipulatorzy nie puszczają łatwo tych, na których żerują.
Ale Paweł się zmienił.
Zaczął naprawdę przyjeżdżać.
Nie wpaść na kwadrans, ale spędzić czas.
Każdą sobotę, popołudniu. Przywoził twaróg lub jej ulubioną roladę wiśniową z cukierni.
Siadali przy stole.
Opowiadał o pracy. O samochodzie do wymiany. O nowym koledze.
Nigdy już nie skarżył się na Angelikę.
Już nigdy nie skłamał.
Łucja też się zmieniła.
Jej naiwna wiara w nieomylność syna uleciała.
Przestała czekać na telefon jak na wyrok. Po prostu żyła.
Nie widziała “Pawła-studenta”. Widziała zmęczonego, dorosłego chłopa, który ledwo radził sobie z życiem.
Ich relacja, pozbawiona kłamstw, zrobiła się trudniejsza. Ale była prawdziwa.
Odzyskała nie syna, ale siebie.
W sobotę, gdy popijali herbatę z roladą, zadzwonił Pawłowi telefon.
Łucja zerknęła Koteczek.
Spokojnie mieszała cukier.
Paweł westchnął i odebrał.
Tak, Angeliko.
Słuchał. Twarz szarzała.
Nie, jestem u mamy.
Angeliko, mówiłem sobota u mamy. Było umówione.
Przymknął oczy.
To nie znaczy, iż mi nie zależy. Znaczy, iż dziś jestem tu. Wrócę wieczorem, obiecałem.
Odłożył telefon ekranem w dół.
Zapadła cisza.
Przepraszam, mamo.
Nic się nie stało, synku odpowiedziała spokojnie. Weź sobie jeszcze ciasta.
Paweł spojrzał na nią.
W jego oczach była wdzięczność.
Nie prosił o pomoc. Nie tłumaczył.
Wybrał być tutaj, przy kuchennym stole, pić herbatę.
Łucja patrzyła na dłoń sięgającą po kolejną porcję.
Zrozumiała, iż tamta noc była nie końcem, ale początkiem.
Siedemdziesiątka, którą opuścił, stała się jego dniem dorosłości.
Syn, którego tak kochała, w końcu przestał być dzieckiem.











