Syn nie zamierza zabrać matki, by z nim mieszkała, bo przecież w domu jest już jedna gospodyni, a to jestem ja.
To niemożliwe! Przecież to jego matka! Powinien ją przygarnąć pod swój dach! Powtarzają z wyrzutem siostry mojego męża. Moi znajomi również tak uważają, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć mi tego prosto w oczy. Wszystko przez sytuację z moją teściową.
Helena ma 83 lata i waży ponad sto kilogramów, schorowana, ledwo chodzi.
Czemu nie zabierzecie Heleny do siebie? zapytała mnie kiedyś daleka kuzynka. Dobrze, iż jej pomagacie, ale co się stanie, jak się coś przydarzy nocą? Sama nie da sobie rady! Przecież twój Marek to jej jedyna podporą.
Naturalne jest, iż wnuk opiekuje się babcią razem z rodzicami. Ostatnie pięć lat Helena nie wyszła z mieszkania. Nogi odmawiają posłuszeństwa, tusza odbiera swobodę. Dawno temu, jeszcze za komuny, teściowa była kobietą energiczną, zapatrzoną w siebie, silną.
Kogo mi tu sprowadziłeś?! jęknęła matka Marka, gdy przedstawił mnie przed laty. Dla takiej dziewuchy poświęciłam ci całe życie?!
Nie powiedziałam słowa, tylko wsiadłam w tramwaj, który sunął po Warszawie, pomiędzy przeszłością i teraźniejszością niczym łódź we śnie. Wtedy Helena mieszkała na spokojnych Bielanach w przepięknej willi. Jej mąż, poważny urzędnik, zostawił jej dostatek. Tak Helena żyła latami, choćby po jego śmierci. Tamtego dnia Marek ruszył za mną, podążając jakby przez śnieg, i wrócił do mnie z czułością. On nie był ślepy na matczyne słowa, choć starszych szanował jak należy. Tłumaczył mi, iż taka już jest Helena jej sposób bycia to huragan w filiżance herbaty.
Po ślubie zaczęliśmy zbierać grosz do grosza na mieszkanie. Marek wyjechał na kontrakt, przez pół roku widywałam go tylko we śnie, jak tańczącego po zamglonych ulicach Lublina. Kiedy wrócił, mogliśmy już kupić dom pod Piasecznem i urządzić go z mozołem. Helenę odwiedzaliśmy rzadko, ona tymczasem rozsiewała dziwne historie o mnie po całej rodzinie. Moja synowa nie pozwala mi pomóc mamie! powtarzała wciąż jak zza szyby, której nie można uchylić.
Kiedy postanowiła przeprowadzić się do miasta, sprzedała willę za spore pieniądze, ale jej nie starczyły. Zaproponowała, żebyśmy dopłacili, a w zamian obiecała, iż nowe mieszkanie zostanie kiedyś zapisane na naszego syna, jej ukochanego wnuka. Jednak u notariusza nagle zmieniła zdanie: Nie! Mieszkanie ma być na mnie, bo sąsiadka mówi, iż babcie tu łatwo kończą na bruku. Potem jeszcze pogroziła, iż mieszkanie przepisze temu, kto się nią zajmie, bo my ją oszukamy i zostawimy z niczym. Na jej twarzy pojawił się grymas królowa w zamku z piernika.
Minęło prawie dwadzieścia lat. Jej żale pod sufitem kancelarii notarialnej rozlały się echem, my z Markiem staliśmy po uszy we mgle niezręczności. Odpuściliśmy. Wprowadziła się szybko, nie pozwalając nam choćby gwoździa dobić. Po kilku tygodniach w nowym bloku zaczęła narzekać: Wszystko tu się łamie, stuka i odpada! Winna jest synowa znalazła mi najgorszą norę!
Helenka ubóstwiała dzieci swojej kuzynki, ale na naszego syna nie zwracała uwagi. Często zapominała o jego urodzinach, patrzyła za okno, jakby chciała je odgonić. Z czasem podupadła na zdrowiu, przybrała na wadze, nie wychodziła z łóżka. Nosiłam jej dietetyczne obiadki, rozpisane przez lekarza, ale ona złorzeczyła: Córka kuzynki mnie karmi, a ty mnie głodzisz! Daj mi chociaż trochę białej kiełbasy!
W zeszłym roku Marek zaczął mnie prosić, by zabrać matkę do naszego domu. Według niego, Helena zrozumiała już, iż należy słuchać lekarzy. Zgodziłam się ale pod jednym warunkiem: kuchnia jest moja, ja decyduję, co jemy, żadnych niespodziewanych odwiedzin jej kuzynki. Helena fukała, nie chciała się przeprowadzić, bo wierzyła, iż będzie mogła rządzić domem. Ale przecież jeden dom, jedna gospodyni! To ja: dziwny fantom, który śni o normalnym życiu.
Musiałam odwiedzać ją każdego dnia, gotować, myć, nocować u niej, gdy słyszałam dzwony jej żalów. Jej kuzynka dzwoniła tylko od czasu do czasu, przejmując się losem Heleny przez telefon, mieszkała tuż za rogiem i pojawiała się raz w miesiącu z czymś słodkim lub tłustym. Ja stałam się dla niej sennym cielem, cieniem, który przynosi rosołek bez tłuszczu, a ona marzy o torcie.
Pewnego dnia Helena zadzwoniła do kuzynki. Narzekała, iż zaginął złoty medalik i łańcuszek. Oskarżyła mnie, bo wtedy obie u niej byłyśmy. Bez słowa położyłam jej jedzenie, a potem wyciągnęłam z podłogi krzyżyk, który stoczył się spod nocnej szafki symbol niewinności splątany z firanką snu.
Wróciłam do domu i powiedziałam Markowi o wszystkim. Nigdy więcej nie wrócę na te podwórka! Czas na dom spokojnej starości, w którym godziny płyną w rytm zegara, co tyka w melisie. Marek się zgodził.
I tak kończy się mój sen obraz zamkniętych drzwi, których dźwięk rozchodzi się echem po krętych korytarzach sennych kamienic w centrum Warszawy, choć noc wciąż trwa i księżyc wpada przez firanki, rozlewając polskie światło na wszystko, co minęło.













