„Syn mojego męża nie był moim dzieckiem, ale sąsiadki Kasi. Twój mąż często do niej zaglądał i tak przyniosła od niego w brzuchu – rudy, piegowaty, jak wykapany ojciec, żadnych badań nie trzeba. – A czego pani ode mnie chce? Mój mąż niedawno umarł, nie wiem, z kim się prowadzał… – A Kasia też już odeszła… Historia o tym, jak rodzina dowiedziała się o nieślubnym synu, sierocie, i musiała podjąć decyzję, czy przyjąć do domu chłopca, który ma tę samą krew i rude włosy co jej córki…”

newskey24.com 2 godzin temu

Nie, to nie mój syn. To dziecko mojej sąsiadki, Katarzyny. Twój mąż często u niej bywał, no i, jak widać, przywiózł jej w wianuszku Rude i piegowate, zupełnie jak ojciec, żadnego testu nie potrzeba. A po co pani do mnie z tym przychodzi? Męża niedawno pochowałam, nie mam pojęcia, co i z kim robił Katarzyna zmarła parę tygodni temu.

Antosia plewiła grządki, kiedy usłyszała swoje imię wołane z podwórka. Wytarła pot z czoła i podeszła do furtki. Stała tam obca kobieta.

Antosiu, dzień dobry. Musimy porozmawiać.

Witaj, skoro już przyszłaś, to wejdź

Antosia zaprosiła kobietę do kuchni, nastawiła czajnik. Ciekawe, czego może chcieć?

Jestem Nina. Osobiście się nie znamy, ale ludzie opowiadają różne rzeczy Nie będę owijać w bawełnę. Twój zmarły mąż miał syna, Michała. Chłopak ma trzy lata.

Antosia spojrzała na nią zaskoczona. Wyglądała za staro, by być matką tego dziecka.

Przecież to nie mój syn, tylko Katarzyny z sąsiedztwa. Twój mąż często się u niej kręcił, no i nie ma czego tłumaczyć. Rude i piegowate jak ojciec, testów nie trzeba.

Ale po co pani do mnie z tym przyszła? Przecież nie mam pojęcia, z kim się mąż zadawał

Katarzyna umarła Zaniedbała zapalenie płuc, nie dała rady. Mały został sam. Rodziny nie miał. Do sklepu tu przyjechała kiedyś i tak została.

Sierota z niego, zostaje mu tylko dom dziecka

Ja mam przecież własne dzieci, dwie córki, legalnie po ślubie. Chce pani, żebym cudze dziecko wzięła? Naprawdę, trzeba mieć tupet przyjść do wdowy i taki pomysł podsunąć

Ale to brat twoich córek, Antosiu Nie jest zupełnie obcy A chłopak grzeczny, serdeczny Teraz w szpitalu czeka, papiery na dom dziecka szykują

Proszę mi tu nie grać na litości Skąd ja wiem, ile jeszcze takich dzieci po nim zostało? Mam wszystkie przygarniać?

Sama zdecydujesz, ja tylko mówię jak jest.

Nina wyszła. Antosia nalała sobie herbaty i zamyśliła się

***

Z Jurkiem poznała się tuż po studiach. Impreza, znajome, nagle podchodzą chłopaki.

Jurek od razu rzucał się w oczy swoją rudą czupryną i drobnymi piegami na twarzy.

Wesoły, wygadany, recytował wiersze, rzucał żarty. Odprowadził ją wtedy do domu.

I tak już zostało pobrali się.

Niedługo po ślubie zamieszkali u babci, potem babcia odeszła i przepisała im dom. Najpierw urodziła się Waleria, dwa lata później Ola. Żyli skromnie, wiecznie brakowało pieniędzy.

Aż Jurek zaczął pić. Choć Antosia walczyła, nic nie pomagało. Potrafił zniknąć na parę dni. W końcu wylali go z pracy, Antosia ciągnęła wszystko na siebie.

W końcu zdecydowała się na rozwód.

Planowała zabrać dziewczynki do miasta, ciotka ją długo namawiała, praca się znajdzie, nie zginą.

Ale wtedy Jurek wstawiony wpadł pod samochód. Zginął na miejscu.

Żal jej było głupca, płakała przy trumnie. I córki płakały, bo to przecież tata

A teraz, jak się okazuje, zostawił po sobie jeszcze jedno dziecko

Do kuchni weszła starsza córka, Waleria. Wysoka, szczupła jak matka, ruda jak ojciec.

Mamo, co można zjeść? Z dziewczynami idziemy do kina, głodna jestem jak wilk! A ty taka jakaś smutna.

Muszę przełknąć jedną wiadomość Podobno ojciec miał jeszcze syna, trzyletniego. Jego matka też zmarła, a chłopaka chcą wysłać do domu dziecka. Proszą, żebym go zabrała

Serio? Ale akcja Kim była jego matka? Znasz ją choć trochę?

Nie, nie stąd. Katarzyna, ale nazwiska choćby nie pamiętam

I co zamierzasz? Gdzie teraz jest ten chłopak? Ma w ogóle jakąś rodzinę?

Wygląda na to, iż nie. W szpitalu siedzi, papiery na dom dziecka gotowe Rudość po ojcu, podobieństwo ponoć uderzające. Masz tu, Waleria, ziemniaki z parówką.

Waleria rzuciła się na talerz. Po chwili przyszła też Ola i przyłączyła się do kolacji. Antosia spojrzała na córki i uśmiechnęła się. Obie rude geny silne jak się patrzy

Następnego dnia Waleria przyszła z nowiną:

Mamo, byłyśmy z Olą w szpitalu Zobaczyć braciszka. Słodki taki, pucołowaty. Strasznie nasz rudy jak słońce Cały czas płacze i woła mamę.

Przyniosłyśmy mu jabłko i pomarańczę. Stoi w łóżeczku, wyciąga rączki Siostra pozwoliła się z nim pobawić. Mamo Może go weźmiemy? Przecież to nasz brat

Antosia się zagotowała.

No chyba zwariowałyście! Wasz ojciec się zabawiał, a ja mam teraz wszystko naprawiać? Mam własne dzieci i dość zmartwień. Łatwo wam mówić weź do domu

Ludzie często biorą cudze dzieci, a tu chodzi o naszego brata On nie jest winny, iż tak wyszło. Sama mówiłaś dzieci nie odpowiadają za grzechy rodziców!

A my niby damy radę wykarmić kolejnego? Ja haruję, sprzedaję marchew z warzywniaka, stoję na głowie, a ty już mi następnego dzieciaka zwieszasz na kark!

Za rok wybierasz się na studia, Ola też rośnie, ciągle czegoś potrzebuje

Wiesz, jakbyś go wzięła pod opiekę, to państwo jakieś wsparcie daje Mamo, jesteś kobietą naprawdę nie szkoda ci tego chłopca? To nie jego wina, a to przecież nasz brat

Antosia była zła na Jurka, na córkę, na los. Świetnie, wymyślili, żebym wzięła sobie nie swoje dziecko

Ale postanowiła pojechać i sama zobaczyć tego malca. Następnego dnia poszła do szpitala.

Dzień dobry. Przepraszam, chciałam spytać, gdzie tu znajdę chłopca Michała, trzy latka, który ma iść do domu dziecka? zapytała pielęgniarkę.

A pani kim jest? Po co do niego?

Chcę tylko spojrzeć To dziecko mojego męża. Z innej kobiety Tak wyszło

Proszę spojrzeć, ale co z tego? Wczoraj były tu pani córki, bawiły się z nim. Płakał potem, mamy wołał

Ja tylko zerknę, nie będę go choćby brała na ręce

Proszę bardzo, proszę wejść

Antosia uchyliła drzwi i oniemiała. Mały Jurek jak żywy

Rude loczki, niebieskie oczy. Ładny chłopak. Siedział w łóżeczku i bawił się klockami. Gdy ją zobaczył, uśmiechnął się.

Ciociu A mama gdzie jest, ma-ma?

Mamy już nie ma, Michałku

Chcę do domu

I rozpłakał się gorzko. Antosi serce się ścisnęło. Podeszła do łóżeczka i wzięła go na ręce.

Pani, proszę natychmiast go odstawić! Przecież potem będę musiała go tu uspokajać! zawołała pielęgniarka.

Michałku, nie płacz

Antosia głaskała go po głowie i ocierała łzy.

Weź mnie Głodny jestem i nie mam się z kim bawić

Dobrze, Michałku Obiecuję, iż wrócę. Nie płacz już, dobrze?

Wróciła do domu przekonana, iż go zabierze. Wszelka złość znikła, gdy zobaczyła takie nieszczęście. Przecież wyglądał jak jej córki

***

Minęło piętnaście lat.

Michał szykuje się do wyjazdu do Gdańska na studia. Ale ten czas gwałtownie leci Syn prawie dorosły.

Dzwoń, synku, i wracaj do domu jak najczęściej Strach o ciebie, czasy teraz trudne

Mamo, dam sobie radę! Obiecuję, nigdy cię nie zawiodę! Te dwa lata w technikum miną jak z bicza strzelił, potem pójdę do pracy. Leszek Sidorczyk mówi, iż jego wujek dobrze płaci w warsztacie, a ja przecież umiem naprawiać samochody, jak nikt, jeszcze będę miał dyplom mechanika!

Moja złota ruda głowo Antosia pogładziła go po niesfornych lokach.

***

Życie to taka kręta leśna ścieżka, czasem prowadzi nas w miejsca, o których byśmy nie pomyśleli.

Antosia myślała, iż los zsyła jej kolejne ciężkie próby, kolejną zdradę i rozczarowanie.

A okazało się, iż w kolczastym krzewie żalu wyrósł cichy, kruchy pęd mały chłopak, który nie był winny niczemu, poza tym, iż się urodził.

Czasem serce widzi, co wzrok przeoczy.

Ono zobaczyło w Michałku nie cudzą krew, tylko samotną duszę, która potrzebowała ciepła.

Ono nie usłyszało krzyku obce dziecko, tylko ciche mamo.

I Antosia, wbrew logice, strachom i zmęczeniu, wyciągnęła ręce.

A lata pokazały, iż dobroć to nie poświęcenie, tylko dar. Michał nie był dodatkową buzią do wykarmienia był tym, który nosił wodę z studni do podlewania grządek, gdy Antosia plewiła warzywa.

Tym, który rozśmieszał dziewczyny, gdy było ciężko na sercu. Tym, który dorastając, powtarzał: Dziękuję, mamo. I w tych słowach mieścił się cały światA kiedy przyjechał pierwszy raz po miesiącu nieobecności, stanął w progu już nie chłopak, ale młody mężczyzna. Wziął Antosię w objęcia, ucałował czoło i rozejrzał się po kuchni, jakby wrócił z bardzo dalekiej podróży.

Pachnie szarlotką! zawołał, a Waleria i Ola wybuchły śmiechem.

Tak, minęły lata, poprzecinane troskami i świętami, zimami bez grosza i wiosnami pełnymi nadziei. Antosia patrzyła na trójkę swoich, każde rude, ale każde inne. I widziała, iż to, co kiedyś było powodem goryczy, stało się powodem dumy i szczęścia.

Bo rodzina to nie tylko nazwisko w dowodzie i nie dom, który się dziedziczy, ale codzienne wybory i chwile, gdy jedna dłoń łapie drugą, właśnie wtedy, gdy naprawdę trzeba.

Wieczorem, gdy upiekła chleb jak za dawnych czasów, a dzieci (już dorosłe, swoje, a jednak zawsze jej) przysiadły razem przy stole, czuła wdzięczność za wszystko, co ją spotkało.

Za to, co nie było jej winą, i za to, co wybrała sama choćby wtedy, gdy było najtrudniej.

I pomyślała, iż czasem, by życie nabrało sensu, wystarczy otworzyć drzwi wtedy, gdy ktoś bardzo cicho, prawie szeptem, prosi, by wpuścić go do środka.

Idź do oryginalnego materiału