Robert otworzył drzwi kopniakiem, bo klucz nie chciał wejść do zamka pod tym kątem, i stanął jak wryty na progu własnego mieszkania.
Coś blokowało przedpokój od podłogi do połowy futryny. Trzy sklejone taśmą pudła po lodówkach, wielkości niemal metr na metr, a na ich szczycie, jak na tronie, siedział kot Fistaszek i patrzył na niego z góry.
— Sylwia — powiedział Robert do pustego korytarza. — Sylwia, co to, kurwa, jest.
Z kuchni dobiegł brzęk garnka.
— Przesyłka. Kurier przywiózł w poniedziałek, pan Zenek z parteru pomógł mi wnieść, bo sama bym nie dała rady przez klatkę.
— Ja pytam co to jest.
— Chemia gospodarcza.
Robert wszedł do środka bokiem, otarł się ramieniem o karton, zostawiając na kurtce smugę kurzu z klatki schodowej, i stanął w progu kuchni. Sylwia siedziała przy stole z kalkulatorem i notesem, w którym liniami dzieliła kartkę na kolumny — cena promocyjna, cena regularna, oszczędność w złotówkach. Miała pięćdziesiąt dwa lata, piętnaście z nich przepracowanych w księgowości firmy transportowej przy Fordońskiej, i ten sam gest co zawsze, kiedy coś liczyła: koniuszek długopisu stukający o brzeg notesu.
— Otwórz to i zobacz sam — powiedziała, nie podnosząc oczu znad kolumn.
Otworzył. W środku, warstwa na warstwie, leżał płyn do naczyń, proszek do prania, kostki do zmywarki, worki na śmieci, ręczniki papierowe, mydło w kostkach, płyn do szyb, opakowania chusteczek nawilżanych, których choćby nie zamawiała, tylko dostała gratis. Policzył butelki płynu do naczyń. Osiem.
— Osiem butelek płynu do naczyń, Sylwia. Osiem. Zużywamy jedną na dwa miesiące.
— Bo była promocja. Dziewięć złotych zamiast piętnastu.
— To nie jest promocja, to jest choroba. — Kopnął lekko karton, żeby przesunąć go pod ścianę, ale karton nie ruszył się choćby o centymetr, tylko Fistaszek zeskoczył obrażony. — Mamy trzydzieści osiem metrów, Sylwia. Trzydzieści osiem. A ty mi tu urządzasz skład budowlany w przedpokoju.
— Mamy jeszcze piwnicę.
— Piwnica jest pełna ziemniaków od października! Byłem tam w zeszłym tygodniu po wiertarkę, przez dziesięć minut szukałem przejścia między workami.
Nie krzyczał, ale mówił twardo, tym samym tonem, którym na budowie tłumaczy nowemu, iż tak się nie leje betonu. Sylwia odłożyła długopis.
— To skończy się kiedyś, wiesz? Że wejdziesz do tego mieszkania i nie będzie gdzie postawić nogi od twoich zapasów.
— A jak przyjdzie taki miesiąc, iż nie będzie pieniędzy na płyn do naczyń, to co, kupisz sobie spokój sumienia?
— Ja próbuję, żebyśmy mieli spokój, kiedy akurat pieniędzy nie będzie.
Zamilkł. Odwrócił się do kartonu, wyjął jedną butelkę płynu, obejrzał etykietę, jakby to miało coś wyjaśnić, i odstawił z powrotem. Tego wieczoru nie powiedzieli sobie już nic więcej poza tym, co konieczne przy kolacji. Karton stał w przedpokoju jeszcze trzy dni, zanim znaleźli dla niego miejsce — rozdzielili zawartość między szafkę pod zlewem, półkę w łazience i skrzynię w piwnicy, tę samą, na której poprzedni właściciel zbił niegdyś półki pod ziemniaki.
Przez kolejne tygodnie temat wracał przy każdej rodzinnej niedzieli. Ktoś wspominał oszczędzanie, ktoś zaraz dorzucał: "no tak, ale to nie jak u Sylwii, żeby metrowe pudło zablokowało drzwi wejściowe" — i wszyscy się śmiali, a Sylwia się uśmiechała, ale coś w tym śmiechu więzło jej w gardle, bo wiedziała, iż Robert się nie śmieje tak samo jak inni.
Zima przyszła wcześnie i twardo. W grudniu na budowie, gdzie Robert był brygadzistą, inwestor spóźnił się z przelewem — najpierw o dwa tygodnie, potem o miesiąc, w końcu firma sama zaczęła zwlekać z wypłatami, bo nie miała z czego płacić. Robert wrócił do domu w piątek i powiedział tylko, siadając przy stole z twarzą szarą od zimna i zmęczenia:
— Wypłaty nie będzie. Może za dwa miesiące, może później. Nie wiem.
Sylwia nic nie odpowiedziała od razu. Wstała, otworzyła zamrażarkę, wyjęła paczkę pierogów, które lepiła jeszcze we wrześniu z siostrą, i wstawiła wodę na gaz.
Przez kolejne osiem tygodni nie kupili niczego poza świeżym chlebem, mlekiem i czasem owocami dla dziecka sąsiadki, której czasem pilnowali popołudniami. Reszta stała już w domu, poukładana miesiącami wcześniej — mięso w zamrażarce, kasze i makarony w szafce, konserwy, olej, ziemniaki i cebula w piwnicy, gdzie teraz zamiast worków z zapasami chemii leżały tylko warzywa, bo tamte przeniosła dawno wcześniej. Sylwia liczyła co tydzień, ile jeszcze zostało, zapisując w tym samym notesie, gdzie kiedyś liczyła oszczędności z promocji, tylko teraz kolumny miały inny nagłówek: "ile dni jeszcze wystarczy".
Robert nie mówił nic przez pierwsze trzy tygodnie. Potem, pewnego wieczoru, kiedy jadł pierogi ze skwarkami, patrząc na talerz, jakby dopiero teraz zauważył, skąd się wzięły, odłożył widelec.
— Sylwia.
— Co.
— Ile jeszcze tego mamy? W zamrażarce, w piwnicy.
— Mięsa starczy na jakiś miesiąc, jak będziemy oszczędni. Pierogów na dwa tygodnie. Ziemniaków do wiosny, tych jest najwięcej.
Nie powiedział wtedy nic więcej. Sięgnął po dzbanek z kompotem z wiśni, tym samym, który gotowała co sierpień i ustawiała rzędami w piwnicy, nalał sobie pełną szklankę i wypił duszkiem, jakby to było coś więcej niż kompot.
Wypłata przyszła w lutym, część na raz, reszta w transzach przez kolejny miesiąc. Kiedy pierwsze pieniądze wpadły na konto, Robert wrócił z pracy, postawił buty przy drzwiach — tych samych drzwiach, przez które trzy miesiące wcześniej z trudem wniesiono metrowy karton — i poszedł prosto do kuchni, gdzie Sylwia siekała cebulę na obiad.
Stanął za nią, objął ją w pasie od tyłu, oparł brodę o jej ramię i patrzył przez chwilę, jak nóż stuka o deskę.
— Kup sobie te swoje kartony chemii, jak chcesz. Ale w przyszłym miesiącu ja z tobą jadę po zakupy. Chcę zobaczyć, jak to się robi.
Sylwia się nie odwróciła, tylko przełożyła pokrojoną cebulę do garnka i sięgnęła po kolejną. Fistaszek wskoczył na parapet i obserwował ich oboje z góry, jakby czekał, aż ktoś w końcu zaproponuje mu kolację.














