Stypendium za sto trzydzieści sześć tysięcy złotych, którego nikt się nie spodziewał

newsempire24.com 12 godzin temu

Dorota Wesołowska uczy polskiego w Liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie w Radomiu od dziewiętnastu lat i nigdy nie widziała teczki takiej jak teczka Natalii Przybylskiej. Tego wtorku w marcu poprawia klasówki w pokoju nauczycielskim, przy wystudzonej kawie postawionej na stosie brudnopisów, kiedy wicedyrektorka zagląda przez drzwi i pyta, czy ma chwilę. Nie w sprawie problemu. Dla odmiany w dobrej sprawie.

Natalia ma siedemnaście lat, chodzi do klasy maturalnej o profilu matematyczno-ekonomicznym. Jej matka pracuje jako pielęgniarka w Szpitalu Wojewódzkim, ojciec jeździ autobusem miejskim w MPK. Nic w jej dokumentach nie wyróżnia jej na pierwszy rzut oka z trzystu innych uczniów szkoły — oprócz średniej ocen, 5,6, i faktu, iż złożyła, między wrześniem a styczniem, przez system rekrutacyjny i dziesięć innych platform zagranicznych, aplikacje do stu dziewięćdziesięciu trzech różnych kierunków i uczelni. Sto dziewięćdziesiąt trzy. Dorota musiała trzy razy przeczytać tę liczbę na ekranie wicedyrektorki, żeby jej uwierzyć.

Natalia napisała każdy list motywacyjny sama, wieczorami, po lekcjach, między dziewiętnastą a północą, przy stole w rodzinnej kuchni, podczas gdy matka kończyła zmywanie, a telewizor cicho puszczał lokalne wiadomości. Trzydzieści cztery różne wersje listu motywacyjnego, dopasowane do każdej szkoły, każdego kierunku, każdych wymagań. Celowała w klasy o profilu akademickim przy uczelniach w Krakowie i Wrocławiu, szkoły biznesu w Poznaniu i Gdańsku, uniwersytety w Holandii i Czechach, i — pod wpływem impulsu, jednego wieczoru ze zmęczenia — University College London. Chciała, jak powiedziała Dorocie tamtego dnia, "zobaczyć, jak daleko sięgnę, zanim wybiorę. Nie zamykać sobie drzwi z lenistwa."

Odpowiedzi spływają kaskadą między lutym a kwietniem. Sto sześćdziesiąt jedna przyjęć na sto dziewięćdziesiąt trzy aplikacje. A wraz z nimi propozycje stypendiów, które się sumują, teczka za teczką, do kwoty, która zakręciła w głowie samej pani pedagog szkolnej: sto trzydzieści sześć tysięcy złotych stypendiów łącznie na trzy lata, rozłożonych między szkołę biznesu w Poznaniu, prywatną klasę przygotowawczą we Wrocławiu i dwie uczelnie w Czechach, które rywalizują o jej zapisanie się, wysyłając jej spersonalizowane listy.

Problem w tym, iż Natalia nigdy nie miała zamiaru wyjeżdżać daleko.

Jej matka, Hanna, przeszła zawał w zeszłym roku — zasłabnięcie w niedzielny ranek, w kuchni, przy czajniku, i karetka, która dojechała z Radomia po dwadzieścia dwie minuty. Teraz czuje się dobrze, wróciła do pracy, ale codziennie bierze pięć leków, a kardiolog w Warszawie bada ją co trzy miesiące. Natalia nigdy nikomu nie powiedziała, ani Dorocie, ani wicedyrektorce, ani choćby kolegom z klasy, iż zbudowała ten mur stu dziewięćdziesięciu trzech aplikacji nie po to, by wyjechać, ale by mieć wybór pozostania. Żeby w dniu, w którym zdecyduje się zapisać na kierunek ekonomiczny w Politechnice Radomskiej, piętnaście minut piechotą od domu, nie było to wycofanie, brak ambicji, rezygnacja. Żeby to była decyzja. Jej własna.

Historia wychodzi na jaw przez przypadek: dziennikarka z lokalnego portalu, przyjechała napisać artykuł o wynikach próbnej matury, trafia na tę statystykę w pokoju nauczycielskim i prosi o rozmowę z Natalią. Artykuł, opublikowany w czwartek, zostaje podchwycony w następny weekend przez dwie ogólnopolskie stacje informacyjne. W czterdzieści osiem godzin Natalia dostaje wiadomości od licealistów z całej Polski, część jej dziękuje, inni obwiniają ją o "zabranie miejsc" kandydatom bardziej zasługującym na kierunkach z limitem przyjęć. Anonimowe konto w sieci publikuje zrzut ekranu jej listy przyjęć, bez jej zgody, z podpisem: "Zżarła wszystkie miejsca, kiedy inni nie dostali ani jednej odpowiedzi."

Właśnie ta wiadomość, bardziej niż komplementy, przesądza o decyzji Natalii. W sobotę, przy tym samym stole w kuchni, gdzie napisała swoje trzydzieści cztery listy, kładzie notes, długopis i wydrukowaną listę stu sześćdziesięciu jeden przyjęć. Przekreśla sto pięćdziesiąt dziewięć z nich, jedną po drugiej, manualnie, podczas gdy matka obok niej składa pranie, nic nie mówiąc. Zostają tylko dwie: kierunek ekonomia na Politechnice Radomskiej i szkoła biznesu w Poznaniu, która proponuje jej dwanaście tysięcy złotych stypendium na trzy lata — zabezpieczenie, na wypadek gdyby studia w Radomiu nie wystarczyły jej ambicjom w przyszłości.

W poniedziałek wysyła maile z odmową do stu pięćdziesięciu dziewięciu uczelni — list zbiorczy, personalizowany dla każdej, dziękujący i zwalniający miejsce dla innego kandydata. Tego samego dnia, przed południem, potwierdza zapisanie się do Politechniki Radomskiej, z komputera w szkolnej bibliotece, pod okiem Doroty, która nie odważa się powiedzieć słowa, póki Natalia nie kliknie "zatwierdź."

Sześć miesięcy później, we wrześniu, rok szkolny zaczyna się zgodnie z planem. Natalia chodzi na zajęcia piętnaście minut od domu, jeździ autobusem ojca trzy razy w tygodniu — on za kierownicą, ona na trzecim rzędzie siedzeń, żadne z nich nie mówi o tym głośno przy innych pasażerach. Anonimowe konto, które je zaatakowało, zniknęło z sieci po kilku tygodniach. Hanna jeździ na kontrolę do Warszawy co kwartał, i to teraz Natalia jej towarzyszy, w środowe popołudnia, kiedy nie ma zajęć. W listopadzie dziekanat proponuje jej wystąpienie przed pierwszym rokiem na temat wyboru studiów: odmawia, tłumacząc się sesją egzaminacyjną, a Dorota, która usłyszała o tym od wicedyrektorki, rozumie, iż Natalia nigdy nie chciała być przykładem do naśladowania — tylko dziewczyną, która sprawdziła, raz na zawsze, iż mogłaby wyjechać, gdyby tylko chciała.

Idź do oryginalnego materiału