W klinice weterynaryjnej przy ulicy Lwowskiej w Przemyślu pracuję od pięciu lat jako rejestrator nocnych przyjęć. Widziałem już wszystko: koty potrącone przy przejściu granicznym, psy z kolcami w pyskach po spacerze w lesie koło fortu, chomiki przywożone w pudełkach po butach. Nauczyłem się nie przywiązywać do pacjentów. Wypełniam kartę, biorę zaliczkę, wpisuję do zeszytu.
Tamtej nocy padało tak, iż wycieraczka przy drzwiach pływała w błocie. Dojechałem rowerem, bo autobus linii numer 8 nie kursuje po dwudziestej drugiej. Miałem mokre skarpetki i paragon z Biedronki przyklejony do podeszwy. Weisnęła mi się po drodze, koło wiaduktu. W recepcji pachniało środkiem dezynfekującym i mokrą sierścią — standard o tej porze.
Kwadrans po północy w drzwiach stanął mężczyzna w pomarańczowej kurtce odblaskowej. Kurier, sądząc po plakietce na piersi. Trzymał pod pachą coś zawiniętego w brązowy koc. Spod spodu wystawał tylko pyszczek. Siwy, malutki, z wysuniętym językiem.
— Znalazłem przy Orlenie na Lwowskiej — sapnął. — Przywiązał ktoś do słupka przy trzecim dystrybutorze. Siedziała tam podobno od rana, cały dzień.
Położył koc na ladzie. W środku coś drgnęło. Spojrzał na mnie, potem na swoje buty, z których spływała woda.
— Ja nie mogę wziąć. Mam w domu dwa amstafy, zagryzłyby. Ale nie przejadę obok… no wie pan.
Wyjąłem z szuflady formularz przyjęcia. Długopis nie chciał pisać, podrapał po papierze, zanim zostawił ślad. Zapytałem, czy pies ma obrożę. Kurier pokręcił głową. Żadnej adresatki, żadnego chipa — to miałem sprawdzić potem.
— Zostawi pan? — zapytał.
— Zostawię.
Podał mi koc. Był lekki, jakby w środku nie było psa, tylko sama tkanina. Poczułem zapach starego domu: kurz, wosk do podłóg, trochę cebuli. Taki zapach, który zostaje w rzeczach, gdy długo leżą przy kaloryferze.
Kiedy kurier wyszedł, rozwinąłem koc na podłodze w gabinecie zabiegowym. Suczka leżała bokiem, z podkulonymi łapami. Wstała powoli, podeszła do drzwi wejściowych i zaczęła drapać pazurem w futrynę. Nie piszczała, nie szczekała. Drapała tylko raz za razem, rytmicznie, jakby chciała powiedzieć: wypuść mnie, on tam jest.
Rano obejrzała ją doktor Anna Wiśniewska. Weterynarka z dwudziestoletnim stażem, która zna każdy kundel w promieniu pięciu kilometrów. Zużyła całą tubkę żelu do USG, zanim znalazła cokolwiek w brzuchu.
— Jedenaście, może dwanaście lat — powiedziała, wycierając sondę. — Serce szwankuje, nerki też. Waży trzy kilo osiemset.
Suczka siedziała na stole, odwrócona do ściany. W gabinecie brzęczała jarzeniówka. Za oknem przejechał samochód z głośną reklamą skupu złomu. Na dźwięk silnika suczka podskoczyła, nadstawiła uszu, położyła łapy na krawędzi stołu. Potem opadła, jakby ktoś wypuścił z niej powietrze.
— Zostawiona celowo — stwierdziłem.
Anna nie odpowiedziała. Wypisała skierowanie na kroplówkę i kazała mi nagrzać koc termoforem. Podgrzałem go w mikrofalówce, bo akumulator termoforu padł po dwóch minutach.
Przez kolejne trzy dni suczka jadła tylko wtedy, gdy nikogo nie było w pomieszczeniu. Zostawiałem jej karmę mokrą w misce pod biurkiem. Znikała dopiero nad ranem, kiedy robiłem obchód po kiblach. Wodę piła raz dziennie, o piątej rano, dokładnie wtedy, gdy przez ulicę przejeżdżała śmieciarka. Wtedy wstawała, szła do miski, piła i wracała pod drzwi.
Chipa nie miała, ale znalazłem coś innego. W kocu, zaszyta w rogu, była mała kieszonka. Rozprułem ją nożyczkami do pazurów. W środku leżał zwinięty w rulonik skrawek papieru: rachunek ze sklepu zoologicznego w Jarosławiu, z 2016 roku. Data rozmazana, ale kwota czytelna: 84,99 złotych za obrożę przeciw kleszczom.
Pojechałem tam w środę po dyżurze. Sklep nazywał się „Zoologiczny Raj", mieścił się w suterenie, obok lombardu. Za ladą stała kobieta z papugą na ramieniu. Pokazałem rachunek. Popatrzyła na niego, potem na mnie.
— Pani Halina? — zapytała. — Przywoziła tu kiedyś psa? Mała, siwa, stara.
Kobieta zdjęła papugę z ramienia. Ptak przeleciał na regał z karmą i zaczął dziobać paczkę z ziarnem.
— Halina Kot. Mieszkała na Siemiradzkiego, pod czwórką. Ale to było dobre kilka lat temu.
— Gdzie teraz?
— A bo ja wiem. Podobno wyjechała do córki do Rzeszowa. Psa chyba wtedy zabrała, bo już jej tu nie widywałam.
W drodze powrotnej zatrzymałem się na stacji Orlen przy Lwowskiej, tam, gdzie znalazł ją kurier. Trzeci dystrybutor. Poprosiłem o paragon na hot doga, bo nie chciałem wyjść na wariata. Ekspedientka, młoda dziewczyna z kolczykiem w nosie, zapytała, czy ja może w sprawie tego psa. Kiwnąłem głową.
— W zeszły piątek podjechała taka szara Skoda Octavia. Kobieta koło sześćdziesiątki, w okularach, z torbą na kółkach. Wyciągnęła psa, przywiązała i odjechała w stronę przejścia — mówiła, wycierając ladę ścierką. — Myślałam, iż po kawę idzie. A ona wsiadła i tyle.
Wróciłem do kliniki z paragonem w kieszeni i poczułem, iż w schowku na rękawiczki w rowerze coś się nie domyka. Koc, który zabrałem z domu, żeby oddać go do prania, leżał tam zwinięty. Stary, wytarty, pachnący stęchlizną.
Czwartego dnia suczka dostała gorączki. Czterdzieści stopni. Leżała pod kaloryferem, z nosem wciśniętym w róg. Anna podłączyła jej kroplówkę i kazała mi zostać po dyżurze, bo nie miała nikogo na noc. Zostałem. Siedziałem na podłodze, oparty o ścianę, jadłem kanapkę z pasztetem z Biedronki i patrzyłem, jak suczka oddycha.
W nocy zadzwonił telefon. Numer nieznany, kierunkowy 17 — Rzeszów. Odebrałem, bo myślałem, iż to ktoś z rodziny szuka psa.
— Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia na tablicy przy sklepie. O psie, co go znaleźli na Orlenie.
Kobieta. Głos niski, zmęczony, jakby paliła papierosy.
— Tak, mamy takiego psa. Suczka, stara, siwa.
— Mogę przyjechać? — zapytała po dłuższej przerwie.
— Jutro po czternastej.
Odłożyła słuchawkę. Suczka uniosła łeb na dźwięk odkładanego telefonu. Patrzyła na mnie przez moment, a potem opuściła pyszczek z powrotem na łapy. Nie zamerdała ogonem, nie pisnęła. Ale przez następne pół godziny nie zamknęła oczu.
Przyjechała nazajutrz kwadrans po czternastej. Szara Skoda Octavia, rejestracja RZS. Zaparkowała przed kliniką, wyjęła z bagażnika torbę na kółkach, poprawiła okulary. Przez szybę widziałem, jak wyciera buty o wycieraczkę trzy razy, zanim weszła.
Stanęła przed ladą. Nie zdjęła kurtki. W ręce trzymała smycz, taką skórzaną, z metalowym karabińczykiem. Nową, błyszczącą.
— Dzień dobry. Ja w sprawie psa.
Zapytałem o nazwisko.
— Halina Kot.
Suczka usłyszała. Była w gabinecie, za zamkniętymi drzwiami, ale musiała poczuć ten głos, bo zaczęła skomleć. Wysokim, cienkim dźwiękiem, jakim nigdy wcześniej nie skomlała. Wsadziłem klucz do zamka i drzwi się otworzyły. Suczka rzuciła się do przodu, przebiegła przez cały korytarz, podskoczyła do kolan kobiety. Zaczęła lizać jej dłonie, piszczeć, kręcić się w kółko.
Kobieta stała nieruchomo. Patrzyła nad psem, na ścianę za mną, na plakat o szczepieniach. W końcu schyliła się, podniosła suczkę, przycisnęła do piersi. Dłońmi w rękawiczkach, bo na dworze było cztery stopnie.
— Zostawiłam ją, bo nie miałam wyjścia — powiedziała. — Córka nie chciała psa w mieszkaniu. Mówiła, iż zdechnie na dywanie i będzie smród. A ja… ja nie wiem, czemu akurat tam.
Suczka lizała jej szyję. W klinice nagle zrobiło się cicho, tylko lodówka z lekami buczała w kącie.
Powiedziałem, iż weterynarz musi z nią porozmawiać. Anna wyszła z gabinetu, poprosiła kobietę do środka. Usłyszałem kawałek rozmowy: o nerkach, o sercu, o kosztach leczenia. Dwieście złotych za kroplówkę, sto dwadzieścia za zastrzyk na wzmocnienie serca. Kobieta trzymała suczkę na kolanach i kiwała głową.
Po dwóch godzinach wyszła. Na ladzie zostawiła kopertę. W środku było osiemset złotych w banknotach po dwieście.
— To na leczenie. Resztę — jutro.
Wsiadła do samochodu i odjechała. Suczka stała na parapecie, z pyskiem przyklejonym do szyby, i patrzyła za odjeżdżającą Octavią. Potem odwróciła się do mnie, zeskoczyła i poszła pod drzwi wejściowe. Położyła się tam, z nosem wciśniętym w szparę pod progiem.
Tamtej nocy dostała drugiego ataku. Serce. Anna reanimowała ją przez dwadzieścia minut, zanim przegrała. Leżała na stole, pod kroplówką, z wywieszonym językiem. Anna zdjęła lateksowe rękawiczki, rzuciła je do kosza. W klinice pachniało kawą z automatu, bo nastawiłem dwa razy mocniejszą, żeby nie zasnąć.
— Trzeba zadzwonić do właścicielki — powiedziała.
Zadzwoniłem rano. Kiedy podałem swoje nazwisko, w słuchawce zapadła cisza. Taka długa, iż spojrzałem na wyświetlacz, czy połączenie nie padło.
— Przyjedzie pani? — spytałem.
— Dobrze.
Przyjechała po trzech godzinach. Zaparkowała w tym samym miejscu. Wysiadła, wyciągnęła z bagażnika torbę na kółkach. Do kliniki weszła z nową smyczą, tą samą, którą trzymała wtedy na ladzie. Nie wytarła butów.
Stała przy drzwiach gabinetu, a ja położyłem na lądę koc. Brązowy, wytarty, z rozpru tą kieszonką. I kwit z 2016 roku. Popatrzyła na nie, potem na mnie.
Anna powiedziała jej to, co miała powiedzieć. Kobieta słuchała, trzymając smycz obiema rękami, jak cugle. Potem wyszła na deszcz. Wsiadła do Octavii i odjechała w stronę ronda.
Zostałem sam w recepcji. Długopis znowu nie pisał — zużył się po trzech dniach. Wygrzebałem z szuflady ołówek stolarski, którym podpisywałem kartonowe pudła na próbki. Dopisałem w dzienniku przyjęć numer karty, datę i godzinę zgonu: 6:42.
Potem wyjąłem z kieszeni paragon z Orlenu za hot doga. Osiem złotych dziewięćdziesiąt dziewięć. Złożyłem go na pół i schowałem do tej samej kieszonki w kocu, z której wyjąłem rachunek ze sklepu w Jarosławiu. Koc położyłem w schowku przy rowerze, pod zepsutym licznikiem.
Rower stał na deszczu. Wsiadłem. Po drodze do domu zatrzymałem się przy trzecim dystrybutorze na Orlenie. Poprosiłem o kubek wody z automatu i wylałem go na asfalt, tam, gdzie stał słupek. Pies nie wróci. Nikt po niego nie przyjechał.
Jadąc wzdłuż Lwowskiej, minąłem przystanek z rozkładem jazdy. Ósemka przez cały czas nie kursuje po dwudziestej drugiej. W kieszeni miałem tylko klucz do piwnicy i mokry paragon, który przykleił mi się do podeszwy.











