Sprzęt kiedyś był trwały. Teraz to jednorazówki. Rowery z marketów to w większości katastrofa

krowoderska.pl 3 dni temu

W rogu stoi stara centrownica, na ścianach równo wiszą klucze, a w tle ktoś pompuje koło i gwiżdże pod nosem. W powietrzu zapach smaru miesza się z zapachem kawy. Tu, w sercu Nowej Huty, Piotrek Grzywna prowadzi swój Kornick Serwis — miejsce, które zna każdy, komu choć raz pękł łańcuch w drodze do pracy. Ale Kornick to nie tylko serwis. To trochę gabinet terapeutyczny, trochę klub dyskusyjny, a trochę miejsce, gdzie ludzie po prostu przychodzą pogadać — o rowerach, o życiu, o łowieniu ryb w pobliskich kałużach.

Joanna Urbaniec: Pierwszy rower? Opowiada z uśmiechem:

Piotr Grzywna: Jubilat 2 po mamie, przywieziony z nad morza. Ciężko chodził, aż serce bolało. No to co — wziąłem, rozebrałem go na balkonie. Na czynniki pierwsze! — Piotrek się śmieje, ale oczy mu błyszczą jak u dziecka, które właśnie znalazło skarb. — Tata miał w szafie jakieś narzędzia, takie podstawowe, ale wystarczyło. Robiłem wszystko, żeby lżej się jeździło. I się udało! Potem co roku w majówkę balkon był mój. Rozbierałem każdy rower w zasięgu wzroku. Do ostatniej śrubki. I tak zostało do dnia dzisiejszego.

To brzmi jak początek miłości — tylko zamiast serc i kwiatów były klucze, śróbokrety i smar.

Z czasem przyszedł czas na poważniejsze epizody: szkoła, hurtownia, zaplatanie kół.

— Tata pracował przy dużej hurtowni rowerowej w Nowej Hucie. Ja się tam kręciłem, coś pomagałem, coś podpatrzyłem. Zaczynałem od koła, a kończyłem na całym rowerze. No i wtedy już wiedziałem — to moje. Od 2009 roku działam na swoim.

Nie każdy by się odważył. Ale Piotrek ma w sobie coś, co trudno opisać – taki spokojny entuzjazm, połączony z uporem. Jak mówi, „papierologia to był jedyny strach”. Reszta? To praca rąk i głowy.

Zapytałam, co mu daje największą frajdę w tej robocie.

— Spokój. Mówię serio. Kontakt ze sprzętem, z detalem. Lubię to dłubanie. To jakbyś wyszedł na ryby — cisza, tempo swoje, robisz, myślisz, nikt ci głowy nie zawraca. Klient też często zagaduje, ale jak już zniknie, to zostaje tylko rower i ja. I to jest magia.

Bo wiesz, rower nie kłamie. Jak coś zrobisz źle — wróci. Jak zrobisz dobrze — będzie śmigał. Prosta zasada. Dlatego tak bardzo lubie widzieć efekty swojej pracy.

A propos ryb. To nie jest zwykłe hobby.

— Wędkarstwo? To lekarstwo. Człowiek jak siedzi cały dzień w serwisie, z klientami, z częściami, to głowa puchnie. Wtedy jadę nad wodę. Cisza. Rzeka, kij, słońce. Siedzisz, myślisz. Czasem złowisz, czasem nie, ale zawsze wracasz spokojniejszy. — Zamyśla się. — Po operacji kręgosłupa tylko to mnie trzymało przy życiu.

Bo był moment, iż chciał tym wszystkim pieprznąć.

— Tak, miałem dość. Kręgosłup siadł, humor też. Klienci naciskali, iż nie zrobione, iż czemu, iż kiedy. A ja ledwo stałem na nogach, byłem po operacji, ledwo się ruszałem. I wtedy przyszła pustka. Ale wróciłem. Bo nie umiem inaczej. Bo jak tylko wziąłem w rękę klucz, to znów poczułem, iż to moje miejsce.

Mówi o zmianach w branży z lekkim żalem, ale bez goryczy.

— Sprzęt kiedyś był trwały. Teraz to jednorazówki. Rowery z marketów to w większości katastrofa. Kto to w ogóle dopuszcza do handlu. Widziałem cuda — ramy, które pękały prawie na postoju, sprzęt jakby zrobiony z plasteliny. A mam na serwisie rower z 1928 roku! Klubowy, sportowy, z przedwojennych czasów. Grama smaru w środku nie było, a wszystko błyszczało. Nic nie wymieniałem. Zero zużycia. To był inny świat.

— Dzisiaj biznes się kręci, ale duch zniknął. Kiedyś rower miał duszę, teraz ma kod QR i baterię.

Po chwili dodał z błyskiem w oku:

— Ale nie mówię, iż wszystko złe. Są perełki. Wysoka półka, porządna robota. Tylko, iż większość klientów jeździ na zwykłych sprzętach. Zresztą kocham takie codzienne rowery. Nie muszą błyszczeć — mają działać.

A klienci? To osobny rozdział.

— Od Huty po Wiedeń. Serio! Mam gościa, który mieszka w Austrii i przysyła mi rower do serwisu. Taki sentyment. Ale generalnie Huta. Tu są moi ludzie. Co roku wracają ci sami, dochodzą też nowi. Dzieciaki sprzed piętnastu lat — dziś przychodzą jako dorośli. Przynoszą rowery swoich dzieci, czasem piwo (śmiech). I to jest piękne. Wiesz, patrzysz, jak ci ludzie rosną razem z tobą.

Nie mogło zabraknąć anegdoty o tych najsłynniejszych „dziwnych rowerach”.

— Rower Porsche, BMW… No, miałem kilka takich. Śmieszna sprawa — wyglądały jak milion dolarów, ale technicznie? Reklamówki na kółkach. Części robione na pokaz, nic nie pasuje. Żeby wymienić hamulec, trzeba by było pół roweru rozebrać. Kiedyś ktoś powiedział, iż luksus to brak sensu. Coś w tym jest.

Ale najdziwniejsza historia to chyba ta z rykszami.

— Ekotaxi. Takie białe jajka, które woziły turystów po Krakowie. Przez parę lat ogarniałem ich sprzęt. Serwis, naprawy, rzeczy, których nikt nie chciał dotknąć. Jazda była niezła. Robili kampanie reklamowe, woziłem klaunów w ramach kampani reklamowej na otwarcie jednej galerii handlowej w Bielsku Białej. Szaleństwo totalne, ale fajne doświadczenie. Do dziś mnie to śmieszy — człowiek całe życie w serwisie, a tu nagle ryksze i nowe wyzwania.

Czy dzisiejsi rowerzyści są inni niż kiedyś?

— Trochę tak, trochę nie. Ale w większości to dobrzy, pozytywni ludzie. Miałem ostatnio klienta — dziewięćdziesiąt lat. Powiedział, iż dopóki jeździ, dopóty żyje. I to jest sedno. Ja mu wtedy odpowiedziałem: „To Pan ma więcej kondycji niż połowa młodych”. I rzeczywiście — ci starsi, którzy trzymają się roweru, to inni ludzie. Pogodni, zdrowi, z błyskiem w oku. Bo rower daje coś, czego siłownia nigdy nie da — wolność.

A jak sam jeździ?

— Trekking. Lubię dłuższe trasy, setkę, czasem więcej. Ale największa przygoda? Rok 1997 w ósmej klasie! Pojechaliśmy z kumplem do Michałowic, a skończyliśmy w Ojcowie. Bez wody, bez jedzenia, bez telefonów. Tylko my i droga. Nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy. Ale to był najlepszy dzień tamtych czasów. Wolność, dzieciaki, lato, rower. Nic więcej nie było potrzebne.

Na koniec pytam go o młodych, którzy dziś chcieliby otworzyć własny serwis. Nie zastanawia się długo:

— Nie bać się. Jasne, trudniej niż kiedyś, ale jak masz pasję, to dasz radę. Ja nie miałem zaplecza finansowego, tylko chęć. I to wystarczyło. Bo to praca, która daje satysfakcję. A jak robisz z serca — to ludzie to czują.

Kiedy kończymy rozmowę, Piotrek łapie za śrubokręt, odstawia kubek po kawie i znowu wraca do roboty. Klient wchodzi ze swoim na oko mocno zmęczonym rowerem, a on już uśmiechnięty:
— „Co tam mamy dzisiaj? Dawaj, zobaczymy, co da się uratować”.

W tym jednym zdaniu — cała filozofia Kornicka. Z Nowej Huty, dla Nowej Huty. Z sercem.

Czytaj także:

  • Ten sklep działa od 47 lat. “Tego się nie da włożyć do koszyka online”
  • “Nie da się dobrej pizzy zrobić na tanich rzeczach”
  • „Szpeje, czyli sztuka codziennego absurdu”
  • Bure Wióry – rzeźbią drewno w ciszy
KdM_biznes_02
Idź do oryginalnego materiału