Sobowtór żony

twojacena.pl 2 dni temu

Kopia żony

Jesteś pewna, iż nie będzie ci tutaj za ciasno? zapytała Marzena, stojąc w progu z torbą przewieszoną przez ramię i z jakimś zagubionym uśmiechem, którego Zosia nigdy wcześniej u niej nie widziała. Rozumiem, iż to kłopotliwe. Naprawdę, rozumiem.

Marzeno, przestań. Wchodź już. Zosia odsunęła się, przytrzymując drzwi. Pokój jest wolny, Janek nic nie ma przeciwko. Wszystko w porządku.

Janek nie ma nic przeciwko powtórzyła Marzena i w tym powtórzeniu było coś dziwnego, nie ironia, raczej zdziwienie. Jakby samo sformułowanie nie ma nic przeciwko było dla niej wielkiego znaczenia.

On rzadko kiedy czemuś sprzeciwia się stwierdziła Zosia, już kierując się w stronę kuchni. Ściągaj buty. Kapcie są po lewej.

Tak się wszystko zaczęło.

Zosia miała wtedy pięćdziesiąt dwa lata, a Marzena, jej przyjaciółka jeszcze z czasów studiów pięćdziesiąt jeden. Od pięciu lat widywały się rzadko, raczej dzwoniły do siebie, czasem umawiały się na kawę w centrum, i Zosia sądziła, iż zna Marzenę dobrze. Tak dobrze, by otworzyć jej drzwi bez wahania. Marzena rozwiodła się, wynajmowane mieszkanie musiała opuścić. Na nową kawalerkę nie było jeszcze dokumentów. Potrzebowała dwóch, może trzech tygodni, góra miesiąca. Przeczekać, ustabilizować sytuację, stanąć na nogi.

Mieszkały w Toruniu mieście ani zbyt małym, ani wielkim, gdzie dzielnice trochę się od siebie różnią, ale w sklepach pod blokiem kasjerki poznają stałych klientów po głosie. Zosia miała trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze, z oknami na cichą uliczkę. Mąż, Janek, pracował w firmie budowlanej nie rzucał się w oczy, ale miał dobrą posadę. Zosia uczyła ekonomii w technikum. Dwadzieścia trzy lata razem. Córka już od dawna mieszkała w innym mieście. W ich mieszkaniu wszystko miało swoje miejsce, tak jak to jest w domu, którego urządzenia nie chce się już zmieniać.

Marzena przyjechała z jedną dużą torbą i pudełkiem. Rozpakowała się prawie niezauważalnie. Przez pierwsze trzy dni Zosia prawie wcale jej nie słyszała: wychodziła rano, wracała późno, jadła mało, mówiła jeszcze mniej. Janek pierwszego wieczoru zapytał krótko:

Na długo?

Miesiąc odpowiedziała Zosia.

Miesiąc powtórzył i miał tę samą intonację co Marzena na progu.

Zosia nie zwróciła na to uwagi. Generalnie była osobą, która nie przykłada wagi do drobiazgów. Albo przynajmniej tak myślała.

Pierwszy niepokojący sygnał pojawił się w drugim tygodniu. Zosia weszła rano do łazienki i zobaczyła tam flakonik perfum, który stał nie tam, gdzie zwykle. Gardenia ciemnozielony flakonik ze srebrną zakrętką, używała ich od trzech lat i kupowała zawsze w tym samym sklepie na ulicy Kościuszki. Teraz perfumy nie stały na półeczce po lewej, tylko na brzegu umywalki. Uznała, iż to sama je przestawiła. Odstawiła na miejsce. Zapomniała.

W trzecim tygodniu zauważyła coś jeszcze.

Jedli razem śniadanie całą trójką. Zosia zawsze robiła kawę po swojemu: najpierw trochę zimnej wody, potem ciepła, nigdy wrzątek bo wtedy kawa gorzknieje. Janek wiedział i chwalił ten sposób. Tego ranka to Marzena przygotowała kawę, bo Zosia utknęła przy telefonie. Gdy Janek spróbował, powiedział:

O! Dobra.

Podpatrzyłam u Zosi oznajmiła Marzena. Zawsze tak robi.

Zosia spojrzała na nią Marzena uśmiechnęła się. To było miłe i niewinne. Zosia też się uśmiechnęła.

Ale coś ją uwierało. Tam w środku, bez słów i wyjaśnień.

Tydzień w pracy ją wciągnął, codzienność rozmyła to uczucie między sprawdzaniem klasówek i planami lekcji. Wracała do mieszkania było cicho i posprzątane. Marzena, jak się okazało, potrafiła coś umyć, coś poukładać. Janek przywykł szybciej, niż Zosia się spodziewała.

Dzisiaj ugotowała obiad oznajmił któregoś wieczoru, jakby przekazując dobrą wiadomość. Zupa z fasolą. Dobra była.

Ja też robię z fasolą przypomniała Zosia.

Tak, wiem, podobna była przytaknął.

Nie pytała, czyja lepsza. On nie powiedział.

Marzena zdalnie pracowała, zajmowała się dokumentacją, szczegółów Zosia nie znała. Siedziała całe dnie w pokoju gościnnym z laptopem, na obiad wychodziła do kuchni, ugotowała coś prostego, wieczorem była już uczesana i ubrana nie w domowe ubrania, tylko wyjściowe. Zosia zauważyła to, bo sama wieczorami zakładała miękkie spodnie i stary sweter, a naturalnie już było tak, iż Marzena wyglądała lepiej w jej własnym mieszkaniu.

Któregoś wieczoru Janek usiadł obok Marzeny oglądać coś w telewizji. Zosia w tym czasie segregowała klasówki w sypialni. Przez ścianę słychać było ich rozmowę spokojną, płynną, bez przerw. Janek coś opowiadał, Marzena się śmiała. Jej śmiech przypominał śmiech Zosi, tylko był bardziej miękki. Zosia zorientowała się i odgoniła tę myśl. Śmiech jak śmiech. I co z tego?

Ale kilka dni później myślała o tym znowu. Już bez odganiania.

Marzena zaczęła nosić inaczej włosy. Dotąd krótko ścięte, modnie, teraz zapuszczała i układała falą do tyłu, tak samo, jak Zosia. Zosia zauważyła to w lustrze w korytarzu obie odbijały się jednocześnie: Zosia bliżej, Marzena dalej. Coś w tych odbiciach było podobnego, jak na starym i nowym zdjęciu robionym pod tą samą ścianą.

Pasuje ci taka fryzura zauważyła Zosia.

Naprawdę? Marzena poprawiła kosmyk. Pomyślałam, żeby spróbować. Zobaczyłam u ciebie i spodobało mi się.

Znowu: u ciebie. Znowu to miękkie, ledwo wyczuwalne kopiowanie. Zosia uśmiechnęła się i poszła do kuchni. W środku nie było uśmiechu.

Zadzwoniła w niedzielę do córki.

Mamo, jak się trzymacie?

W porządku. U nas pomieszkuje Marzena, pamiętasz, opowiadałam?

A, tak. Dalej z wami mieszka?

Tak, jeszcze. Dokumenty się przedłużają.

Aha. A tata jak?

W porządku. Dogaduje się z Marzeną.

Pauza.

Dobrze czy źle? spytała córka.

Dobrze odparła Zosia. To dobrze.

Po tej rozmowie długo siedziała przy oknie z zimną herbatą. Myślała, iż dogadują się to neutralne słowo, ale powiedziała je z jakąś ostrożnością, jakby sprawdzając grunt pod stopami.

W piątym tygodniu Marzena poprosiła o przepis na ciasto.

To z jabłkami i cynamonem, które robiłaś w ostatnią niedzielę.

Nie mam przepisu na kartce, robię na oko.

Może powiesz mi, jak robisz? Spróbuję.

Zosia wyjaśniła wszystko szczegółowo. Marzena spisywała w telefonie. Po trzech dniach upiekła ciasto. Janek jadł i mówił: dobre, a Zosia nie wiedziała, czy dlatego, iż ciasto było dobre, czy już w ogóle nie widzi różnicy, kto piecze.

Wieczorem otworzyła szafę w przedpokoju i zobaczyła kurtkę. Jasnoszarą, z paskiem. Prawie identyczną jak jej własna. Marzena musiała kupić gdzieś podobną. Zosia odwiesiła swoją kurtkę obok i długo patrzyła na te dwie niemal identyczne kurtki wiszące razem.

Nie zapytała. Nie dlatego, iż bała się odpowiedzi. Raczej dlatego, iż nie umiała znaleźć pytania, które nie zabrzmiałoby śmiesznie.

W pracy był ciężki czas: do technikum szykowała się wizytacja. Zosia zagrzebała się w papierach bardziej niż zwykle. Janek coraz częściej wieczorami zostawał w salonie. Marzena też. Zosia słyszała odgłosy rozmów zza zamkniętych drzwi. Czasem do nich dołączała i czuła, iż jest dopuszczana do rozmowy, a nie jej główną bohaterką.

W końcu jednak odezwała się do Janka, gdy Marzena już była w swoim pokoju.

Janku, nie masz wrażenia, iż Marzena trochę… mnie naśladuje?

Spojrzał na nią szczerze zdziwiony.

Kto? Marzena?

No tak. Fryzura, kurtka, przepisy, perfumy.

Przecież przyjaciółki często się naśladują. To chyba zupełnie normalne.

Pewnie powiedziała Zosia. Pewnie.

Janek już przeglądał coś w telefonie. Temat umarł sam.

Leżała potem w ciemności i próbowała przekonać się, iż Janek ma rację. Przyjaciółki się naśladują. To normalne. Sama pewnie kiedyś coś od Marzeny podpatrzyła, tylko nie pamięta. To normalne. Powtarzała to słowo cicho, jakby chciała je sobie wbić do głowy. Normalne. Tylko iż ono jakoś się nie przyjmowało.

W następnych dniach Zosia patrzyła już bardziej uważnie. I widziała rzeczy, które dotąd umykały. Marzena przy rozmowie z Jankiem lekko przechylała głowę na prawo zupełnie jak Zosia, gdy słuchała z uwagą. Marzena mówiła no właśnie, przeciągając ostatni wyraz, jak to robiła Zosia. Marzena piła herbatę bez cukru choć Zosia doskonale pamiętała, iż dawniej Marzena sypała zawsze dwie łyżeczki. Teraz bez cukru.

To już nie były przypadki. To było coś innego.

Zosia zadzwoniła do koleżanki, Danuty, z którą czasem rozmawiały nie tylko o szkole.

Danusiu, miałaś kiedyś wrażenie, iż ktoś obok powoli staje się… tobą?

Jak? Kopiuje cię?

Wygląd, gesty, drobiazgi, wszystko.

To się nazywa skryta zazdrość powiedziała Danuta bez wahania. Czytałam o tym. Ktoś chce twojego życia, ale nie może, więc podkrada je po kawałku.

Zosia milczała.

Ktoś taki się u was pojawił?

Nie wiem skłamała Zosia. Chyba nie.

Ale dobrze wiedziała, iż tak.

Rozmowa z Marzeną wyszła nie z inicjatywy Zosi. Po prostu w jeden wieczór, przy herbacie w kuchni, Marzena powiedziała:

Zosiu, patrzę, jak ty żyjesz, i myślę: tak trzeba. Mieszkanie, mąż, praca. Wszystko ci się poukładało.

Dwadzieścia lat układałam to wszystko odpowiedziała Zosia.

Widać, czuć tę stabilność. I Janek…

Zamilkła.

Janek co?

Ceni sobie to. Mówił mi, iż dobrze wam się razem żyje. Że się rozumiecie.

Zosia odstawiła kubek.

Rozmawiasz z nim o mnie?

Czasem. Tak się złożyło. Chwalił cię.

To miłe powiedziała Zosia, choć wcale tak nie czuła.

Nie umiała wytłumaczyć, dlaczego to nieprzyjemne. Mąż chwali żonę przyjaciółce co w tym złego? Teoretycznie nic. Ale coś jej nie pasowało. Wiedziała to. Kobieca intuicja, z której kiedyś żartowała, pracowała na pełnych obrotach. Ale słów na to nie znalazła.

Pod koniec szóstego tygodnia Marzena chciała pożyczyć jej perfumy, Gardenię.

Moje się skończyły wyjaśniła. Nie zdążę kupić nowych. Mogę kilka razy użyć twoich?

Oczywiście odparła Zosia.

Wieczorem otworzyła flakonik i zobaczyła, iż zostało mniej niż jedna trzecia. Jeszcze tydzień temu była pełna ponad połowa. Schowała perfumy do szafki na kluczyk, którym nie używała od lat. Potem spojrzała na własne odbicie w lustrze i pomyślała: chowam perfumy przed przyjaciółką. Co to o mnie mówi?

Ale flakoniku nie otworzyła.

Janek wrócił tego wieczora w zupełnie dobrym nastroju, częściej ostatnio zdarzało się to właśnie wtedy, kiedy Marzena była w domu. Przyniósł sernik bez okazji.

Zasłużyliśmy na smakołyk uśmiechnął się.

Marzena ucieszyła się dokładnie tak, jak kiedyś cieszyłaby się Zosia, gdyby mąż ot tak przyniósł ciasto. Dokładnie tak, ani mniej, ani więcej. Poprawnie. Zosia patrzyła na tę scenę z progu kuchni i myślała, iż Marzena na wszystko reaguje poprawnie. Poprawnie chwali kawę, poprawnie się śmieje, poprawnie przekrzywia głowę, poprawnie okazuje zdziwienie robi wszystko tak jak Zosia, tylko z większą uwagą i entuzjazmem, bez oznak zmęczenia, bez dwudziestu trzech lat rutyny.

I Janek to zauważał. Może nie rozumiał do końca, co widzi, ale widział.

Zosia zjadła kawałek sernika, był naprawdę smaczny, rozmawiali o byle czym, wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Ale w środku miała dziwne uczucie takie, jakby wrócić wieczorem do domu, i zobaczyć iż rzeczy są niby tam, gdzie zwykle, ale trochę, odrobinę przesunięte. Dosłownie o centymetr.

Wyjazd służbowy wypadł nagle. Do technikum przyszło powiadomienie o obowiązkowych szkoleniach w Bydgoszczy, trzeba było pojechać na cztery dni. Dyrekcja spytała Zosię w piątek, zgodziła się w poniedziałek. Przebiegło jej przez głowę: zostawić Janka z Marzeną na cztery dni. Ale zaraz się zganiła dorośli ludzie, nic się nie stanie. Za dużo myśli. Trzeba odetchnąć.

Przed wyjazdem rozmawiali w kuchni.

Wrócę w piątek wieczorem mówiła Marzena pomoże przy kolacji, ona dobrze sobie radzi.

Poradzimy sobie zapewnił Janek. Nie martw się.

Nie martwię się ucięła Zosia.

Popatrzyła na męża uważnie wyglądał zwyczajnie. Przez dwadzieścia trzy lata znała każdą rysę tej twarzy. Teraz była zwyczajna. Może trochę… lżejsza. Jak ktoś, kto akurat nie myśli o zmartwieniach.

Wyjechała w środę rano. W pociągu czytała materiały, piła kawę z papierowego kubka, patrzyła za okno na płaski pejzaż Kujaw. Kursy były nudniejsze niż myślała, ale przydatne. Wieczorami dzwoniła do Janka. Rozmowy krótkie.

Jak tam u was?

W porządku. Zjedliśmy kolację. Wszystko dobrze.

Marzena jest w domu?

Tak, u siebie w pokoju.

To dobranoc.

Dobranoc.

Wszystko brzmiało normalnie. Kładła się spać w hotelowym pokoju, nie mogła zasnąć mimo zmęczenia. Myślała o szkoleniu, o córce, o tym, iż trzeba kupić nowy kubek, bo stary popękał. Potem o Marzenie. O dwóch szarych kurtkach w przedpokoju. O flakonie perfum.

W czwartek po południu zadzwonił dyrektor:

Zosiu, w piątek powtarzamy już materiał, który masz przerobiony. Możesz wracać wieczorem, szkoda dnia. Wszystko ustalimy z organizatorami.

Była w domu przed pół do dziesiątej wieczorem. Pociąg przyjechał szybciej niż zwykle, taksówka dojechała bez zbędnych postojów, korków o tej porze nie było.

Otworzyła drzwi własnym kluczem. Nie dzwoniła, sądząc, iż może Janek już śpi.

Ale nie spał.

W salonie paliły się świece dwie na ławie przy kanapie. Na stole stały talerzyki, kieliszki, coś w małych miseczkach. Pachniało jedzeniem i perfumami. Gardenia. Flakon był zamknięty u Zosi czyli Marzena kupiła swój.

Janek siedział na kanapie, obok Marzena. Miała na sobie niebieską sukienkę Zosia takiej u niej nie widziała, choć krój był taki, jakie ona sama lubiła, i kolor też. Włosy ułożone falą. Ręce splecione na kolanach. Rozmawiali. Na widok Zosi podnieśli głowy.

Trzy sekundy pauzy.

Wróciłaś wcześniej powiedział Janek.

Widzę odparła Zosia.

Postawiła torbę, powiesiła płaszcz. Robiła wszystko spokojnie, powoli, jak wtedy, gdy starannie pilnuje się każdego ruchu.

To tylko kolacja odezwała się Marzena. Zjedliśmy i…

Widzę, iż z kolacją powiedziała Zosia. I świecami.

Pauza.

Romantycznie dodała równo, bez cienia złośliwości. Sama się zdziwiła.

Janek wstał.

Nie rób z tego…

Janku przerwała cicho Zosia. Nie mów, iż mam nie robić.

Zamilkł. Marzena spoglądała w obrus.

Zosia przeszła do kuchni, nalała wody, wypiła. Podeszła do okna, gdzie stała doniczka z pelargonią, którą zawsze podlewała w środę. Ostatniej środy jej nie było pelargonia miała wilgotną ziemię.

Marzena podlała pomyślała Zosia.

Wróciła do salonu.

Marzena, czy znajdziesz jutro inne miejsce do spania?

Marzena podniosła głowę.

Zosiu, wiem, jak to wygląda…

Czy jutro znajdziesz sobie miejsce? powtórzyła Zosia bez podnoszenia głosu.

Tak. Znajdę.

Dobrze.

Wzięła torbę, poszła do sypialni. Zamknęła drzwi, nie na klucz. Położyła się na wierzchu kołdry, ubrana, patrzyła w sufit. Za ścianą coś brzęknęło, potem ucichło. Zgrzytnęły drzwi pokoju gościnnego.

Janek nie przyszedł do sypialni tej nocy słyszała, jak kładzie się w salonie na kanapie. To było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.

Rano wstała przed wszystkimi. Zaparzyła kawę, piła przy oknie. Miasto budziło się powoli. Piątek. Po ulicy przeszła kobieta z psem. Gołębie siadły na gzymsie naprzeciwko. Zwykły poranek.

Janek przyszedł około ósmej. Zatrzymał się w drzwiach kuchni.

Musimy porozmawiać odezwał się.

Tak zgodziła się Zosia.

Zosia, między mną a Marzeną nic nie było.

Może.

Nie może. Nic nie było.

Janku powiedziała, patrząc dalej przez okno. Nie rozumiesz, o czym mówię. Nie chodzi mi o to, co się było lub nie. Chodzi mi o to, co widziałam ostatnie dwa miesiące.

A co widziałaś?

Odwróciła się.

Widziałam, jak ktoś zaczyna powoli być mną. Moja fryzura, moje perfumy, moje przepisy, moja kurtka, moje gesty i mój mąż, który to zauważa i któremu to się podoba. Bo to ja tylko świeża, wypoczęta, bez lat przyzwyczajeń.

Milczał.

To nie jest pytanie dodała. Po prostu to, co zauważyłam.

Wyolbrzymiasz ocenił.

Może skwitowała. Ale wychodzę do pracy. Gdy wrócę, chcę, żeby w pokoju gościnnym nie było już jej rzeczy.

Zosiu…

I jeszcze jedno mówiła, zapinając płaszcz. Naiwna ufność, to chyba o mnie. Wierzyłam za bardzo. Obojgu.

Wyszła. Drzwi zamknęły się bezgłośnie.

W pracy prowadziła dwie lekcje, odpowiadała na pytania, skontrolowała listę obecności. W bufecie napiła się herbaty z Danutą i kiwnęła głową w odpowiednich miejscach, choć nie słuchała połowy. Danuta nie pytała, patrzyła tylko uważnie. Są ludzie, którzy potrafią patrzeć tak, iż nie trzeba już zadawać pytań.

Wróciła do domu o pół do czwartej. Pokój gościnny był pusty. Pościel równo ułożona. Żadnych śladów. Marzena wyszła cicho, jakby jej tu nigdy nie było. Tylko na półce w łazience Zosia znalazła małą, plastikową szczotkę do włosów białą. Podniosła ją dwoma palcami i wyrzuciła do śmieci.

Janek był w domu. Siedział w salonie z telefonem, na widok Zosi podniósł głowę.

Już jej nie ma powiedział.

Widzę odrzekła.

I co teraz?

Zdjęła płaszcz, odwiesiła. Poszła do kuchni, zaczęła coś robić przy kuchence, nie wiedząc jeszcze choćby co. Byleby być w ruchu.

Zosiu Janek wszedł do kuchni. Jesteśmy razem dwadzieścia trzy lata. Tak po prostu…

Można przerwała. Poczekaj z rozmowami. Daj mi trochę czasu.

Ile?

Nie wiem. Kilka dni. Chcę przemyśleć.

Kilka dni stało się tygodniem. Mieszkali razem, jak czasem żyją pod wspólnym dachem obcy sobie ludzie grzecznie, bez kłótni, jedli osobno, spali w innych pokojach. Janek próbował rozmawiać, Zosia odpowiadała krótko. Nie z urazy, po prostu nie była gotowa wygłaszać tego, co naprawdę myśli. Słowa była poukładane gdzieś głęboko, i bała się, iż jak zacznie mówić, to padną takie, których nie da się cofnąć.

Dużo myślała w tym tygodniu. O tym, jak wszystko się zaczęło, jak otworzyła drzwi Marzenie bez wahania, bo tak robi się wobec przyjaciół. Bo przyjaciel w potrzebie. Bo to normalne. Kiedy poczuła, iż coś jest nie tak i czemu nie nazwała tego prawidłowo. Tę cichą zawiść, jak powiedziała Danuta. Kopiowana osobowość po cichu, powoli, bez złych intencji. Może Marzena choćby nie wiedziała, iż podkrada jej życie po kawałku. Po zapachu perfum, po przepisie na ciasto.

Najbardziej bolało co innego. Nie Marzena. Janek.

Mógł nie zauważyć. Mógł zauważyć i powiedzieć. Albo nie reagować na ulepszoną kopię, jak Zosia myślała. Ale on reagował. Przyniósł sernik, siedział blisko, śmiał się, urządził kolację przy świecach, gdy Zosia była poza domem. Może nie zdając sobie sprawy, iż robi coś niewłaściwego. Po prostu nie myślał.

Na początku drugiego tygodnia Zosia zadzwoniła do córki.

Mamo, co się dzieje, masz inny głos.

My chyba z tatą się rozstaniemy powiedziała Zosia. Po raz pierwszy na głos.

Dłuższa pauza.

Przez Marzenę?

Nie tylko. Marzena po prostu pokazała, co już tam było.

Co było?

Nie wiem, jak to wyjaśnić. Przestaliśmy się widzieć. Przyzwyczailiśmy się za bardzo. Ona przyszła, stała się mną ale lepszą, świeższą. I jemu się to spodobało.

Mamo…

Nie martw się. Nie płaczę. Po prostu tłumaczę.

Będziesz sama?

Na razie tak. I to jest normalne.

Powiedziała to słowo i wreszcie poczuła, iż się przyjęło. Normalne. Bo to ona je wybrała.

Rozmawiała z Jankiem w niedzielę wieczorem.

Myślę, iż powinniśmy się rozstać.

Długo milczał.

Ostatecznie?

Nie wiem. Potrzebuję czasu, żeby dowiedzieć się, kim jestem poza tym mieszkaniem, poza tobą, poza wszystkim.

Przez świece? Zosiu, to była tylko kolacja.

Janku powiedziała cierpliwie nie przez świece. Świece były ostatnie. Przedtem było wiele, i widziałam, i wmawiałam sobie, iż jest normalnie, ale nie było.

Nie wiem, co zrobiłem nie tak.

Nic konkretnego. Po prostu przestałeś mnie zauważać. Gdybyś patrzył uważnie, zauważyłbyś, iż obok ciebie siedzi obca osoba, która powoli staje się twoją żoną. Nie zauważyłeś.

Nie odpowiedział. Bo nie było co odpowiedzieć.

Pewnie mieszkanie sprzedamy powiedziała Zosia. Albo wykupię twoją część. Ale nie teraz, później. Po kolei.

A ty, gdzie pójdziesz?

Wynajmę coś. Tutaj, albo bliżej centrum. Zobaczę.

Zaczynać od nowa w wieku pięćdziesięciu dwóch lat i w tym, jak to mówił, słyszała coś z żalu. Do niej czy do siebie nie wiedziała.

Tak zgodziła się. W pięćdziesiąt dwa. Zaczynać od nowa po pięćdziesiątce. Niektórzy zaczynają później.

Wstała, po drodze weszła do łazienki, otwarła zamkniętą szafkę, wyjęła flakon Gardenii. Potrzymała go w dłoni. Potem w przedpokoju uniosła wieko kosza i postawiła perfumy w środku. Nie wrzuciła po prostu odstawiła jak rzecz, której już nie potrzebuje.

Wróciła do kuchni, wstawiła czajnik.

Następne dni działała metodycznie. Zadzwoniła do agencji nieruchomości, zasięgnęła rady w sprawie mieszkania. Rozmawiała z prawnikiem o papierach. Spotkała się z Danutą, opowiedziała krótko, ta nie komentowała, tylko słuchała i mówiła ciche tak, kiedy to było potrzebne. Dobry słuchacz potrafi powiedzieć proste tak z pełnym zrozumieniem.

Siedziały z Danutą przy kuchennym stole.

Złościsz się na nią? spytała Danuta.

Na Marzenę? Zosia się zastanowiła. Nie. Prawie nie. Więcej sobie żałuję, iż nie widziałam, co oczywiste, iż mówiłam normalne, gdy nie było.

Nie twoja wina, iż ufałaś.

Naiwność powiedziała Zosia. Sama siebie za to ganię.

Nie naiwność. Ufność odparła Danuta. To nie to samo.

Może.

A na Janka?

Na Janka przyznała żalę mu się cicho. Ale to minie.

Co zrobisz?

Wynajmę mieszkanie. Zmienię fryzurę. Kupię inne perfumy. Przerwała na chwilę. Pewnie nie Gardenię.

Słusznie uznała Danuta.

I spróbuję zrozumieć, co mi się adekwatnie podoba. Moje, nie z przyzwyczajenia.

To długi proces.

Wiem. Ale czas mam.

Danuta dolała herbaty. Za oknem padał drobny, jesienny deszcz, nie zimno, tylko szaro. Zosia patrzyła na to i myślała, iż parę tygodni wcześniej dokładnie wiedziała, jak wygląda jej życie: mieszkanie, Janek, praca, trasy, przepisy, buteleczka perfum na lewej półeczce w łazience. Wszystko na miejscu. A teraz to na miejscu okazało się nie być wcale takie trwałe.

Ale nie czuła tego, co, wydawałoby się, powinna czuć. Nie czuła pustki, nie czuła, iż coś się zawaliło. Było w tym coś innego. Dziwne, prawie niewygodne uczucie, jakby zdjęła stary płaszcz, który od dawna uciskał w ramionach tylko wcześniej się do tego przyzwyczaiła.

Wiesz powiedziała Danucie chyba pierwszy raz od lat nie wiem, co będzie dalej. I… da się z tym żyć.

Da się powtórzyła Danuta z uśmiechem. Dobre słowo.

Minął jeszcze tydzień. Zosia znalazła mieszkanie, nieduże, jednopokojowe, w innej części Torunia. Jasne, z oknem na park. Drogo, ale da się wytrzymać. Umówiła się na oglądanie, przyjechała, postała chwilę w pustym pokoju. Stary parkiet lekko skrzypiał w jednym miejscu. Przeszła się i uznała: można tu mieszkać.

Biorę powiedziała właścicielce, zmęczonej, starszej pani.

Na długo?

Nie wiem. Na razie na rok.

Kobieta przytaknęła.

W domu, tym dotychczasowym, Zosia zaczęła powoli odkładać swoje rzeczy. Bez pośpiechu, bez demonstracji. Książki, naczynia, ubrania. Trochę powyrzucała. Jedną bluzkę znalazła, której nie nosiła z trzy lata, ale trzymała na wszelki wypadek. Spojrzała na nią i postanowiła oddać dalej.

Szarej kurtki z paskiem też się pozbyła. Kupiła inną, granatową, o trochę innym kroju. Przymierzyła, spojrzała w lustro nic wspólnego z ubraniami Marzeny. I dobrze.

Z Marzeną kontaktu nie miała. Ta raz napisała: Zosiu, wiem, iż cię zraniłam. Wybacz mi, jeżeli kiedyś będziesz umiała. Zosia przeczytała i odłożyła telefon. Nie odpisała. Nie dlatego, iż nie wybaczyła. Jeszcze nie wiedziała, czy chce.

Janek został w mieszkaniu. Rozmawiali tylko, gdy trzeba, spokojnie, jak potrafili. Było w tym coś gorzkiego, ale i uwalniającego. Widziała, iż Janek sam nie wie, jak odzyskać coś, co już dawno stracił. Może choćby nie wiedział, co to było.

W piątek przed przeprowadzką Zosia wybrała się po nowe perfumy. Długo stała przed półką, wąchała kolejne próbki. Młoda sprzedawczyni, cierpliwa, proponowała różne zapachy. Zosia odmawiała, nie tłumacząc, czemu. W końcu znalazła: Srebrny Jałowiec. Zapach zupełnie inny, leśny, ciepły, nie to, do czego przywykła. Właśnie dlatego go kupiła.

Dobry wybór stwierdziła sprzedawczyni.

Zobaczymy uśmiechnęła się Zosia.

Przeprowadzka trwała pół dnia. Danuta pomogła z pudłami, Janek także. Wszystko przenieśli sprawnie, bez większego zamieszania. W jednopokojowym mieszkaniu z widokiem na park rzeczy znalazły swoje nowe miejsce.

Wieczorem, gdy została sama, otwarła Srebrny Jałowiec i skropiła nadgarstek. Nowy zapach. Nie znany, nie zły. Po prostu inny. Podniosła rękę, powąchała pomyślała: przyzwyczaję się. Albo nie będę się przyzwyczajać po prostu zaakceptuję.

Za oknem listopad obdzierał drzewa z ostatnich liści. Latarnie zapaliły się wcześniej, jak o tej porze roku. Zosia postawiła czajnik, znalazła ulubioną filiżankę, tę bez pęknięcia, i stanęła przy oknie.

Telefon leżał na parapecie. Zadzwoniła córka.

No jak mamo? Już mieszkasz?

Powoli się urządzam.

Boisz się?

Zosia spojrzała na światła parku.

Nie powiedziała. Wiesz, wcale się nie boję.

Idź do oryginalnego materiału