Nazywam się Dominik Wachowicz, mam trzydzieści cztery lata i przez dwanaście z nich byłem tym facetem, który wchodzi do pokoju i pierwsze, co robi, to szuka gniazdka. Moja siostra Kasia zawsze mnie z tego podśmiewała — mówiła, iż jak umrę, to na nagrobku trzeba będzie wygrawerować kod QR, bo inaczej nikt się nie zorientuje, iż już mnie nie ma.
Zacznę może nie od początku, tylko od tego wtorku w marcu, kiedy telefon wypadł mi z kieszeni kurtki na peronie drugim dworca w Krakowie Głównym i wylądował ekranem w dół na płytach. Trzeci raz w tym roku. Ekran pękł jak pajęczyna, w rogu wykwitła fioletowa smuga, i stałem tam z tą rozbitą szybą w ręku, a pociąg do Katowic właśnie odjeżdżał beze mnie, bo się schyliłem po telefon zamiast biec do wagonu.
Mój kolega z pracy, Bartek, od dawna miał starego Nokię — trzymał go w szufladzie biurka jako żart, pokazywał ludziom, mówił „patrz, to telefon, którym można kogoś zabić, nie tylko dzwonić". Ja się z niego śmiałem tak samo jak wszyscy. A tamtego wieczoru, jak siedziałem w serwisie na Starowiślnej i czekałem na wycenę naprawy — sto osiemdziesiąt złotych za samą szybę, plus robocizna — powiedziałem sobie, iż tym razem naprawdę spróbuję bez tego. Kupiłem sobie taki telefon. Nie z sentymentu, nie z mody na retro. Z desperacji, szczerze mówiąc.
Pracuję jako projektant wnętrz, mam swoją małą firmę, dwie osoby na etacie. Szkice leżały miesiącami, do klientów nie oddzwaniałem, bo akurat scrollowałem coś na Instagramie o czyichś cudzych wnętrzach zamiast projektować własne. Moja była dziewczyna, Ola, kiedyś powiedziała mi wprost przy kolacji w tej knajpce na Kazimierzu, iż rozmawia ze mną, a ja kiwam głową i patrzę na telefon leżący obok talerza, jakby to była trzecia osoba przy stole. Rozstaliśmy się pół roku później. Wciąż miała mój numer, ten stary, na kartę, bo nie zdążyła go usunąć z kontaktów, i czasem o tym myślałem — iż gdyby chciała napisać, i tak by nie doszło.
Kupiłem tego cegłowatego Nokię za sto dwadzieścia złotych, bez internetu, z klawiaturą, którą trzeba wciskać trzy razy, żeby wpisać literkę „c". Pierwszego dnia ramiona miałem jakby luźniejsze, bez tego ciągłego sięgania do kieszeni. Szedłem po Plantach do domu i patrzyłem na kasztanowce, które akurat zaczynały kwitnąć.
Zapisywałem w zeszycie, zwykłym, w kratkę, kupionym w Empiku za dwanaście złotych, co robię w ciągu dnia i ile mi to zajmuje. W pociągu do Warszawy, zamiast gapić się w telefon, którego i tak nie miałem co odblokowywać, zrobiłem zaległe rozliczenie z księgową.
Kasia, kiedy zobaczyła mój nowy telefon na świątecznym obiedzie u rodziców w Wieliczce, wybuchnęła śmiechem tak głośno, iż mama wyszła z kuchni zobaczyć, co się dzieje. „Ty na serio? Dominik, ty masz firmę, klientów, jak oni się z tobą kontaktują, gołębiem pocztowym?" Odpowiedziałem jej wtedy, iż sprawdzam maile dwa razy dziennie na laptopie i to wystarczy. Nie wystarczyło.
Trzy tygodnie później siedziałem w biurze nad projektem łazienki dla nowych klientów, kiedy Ela, moja pracownica, weszła bez pukania. Miała twarz, po której od razu wiedziałem, iż coś jest nie tak.
— Dzwonił twój tata. Do biura, bo nie mógł się do ciebie dodzwonić. Twoja mama jest w szpitalu, w Wieliczce. Upadła rano na schodach.
Spojrzałem na leżącego na biurku Nokię — zero nieodebranych połączeń, bo nikt poza Bartkiem i klientami nie miał tego numeru. Mój stary telefon, ten z rozbitym ekranem, leżał w szufladzie w domu, wyłączony od sześciu tygodni, karta SIM przełożona. Tata próbował mnie złapać na starym numerze przez czterdzieści minut, zanim ktoś podał mu numer biura.
Pojechałem taksówką, nie autem, bo ręce mi się trzęsły za bardzo, żeby prowadzić. W szpitalu na korytarzu siedział tata, w tej samej flanelowej koszuli, w której chodził od lat, i kręcił w palcach kubek po automatowej kawie, tak iż plastik trzeszczał.
— Nic jej nie jest, złamała nadgarstek, będzie miała gips. — Popatrzył na mnie, jakby ważył, czy powiedzieć więcej. — Czterdzieści minut, Dominik. Dzwoniłem czterdzieści minut i nie mogłem cię złapać, a nie wiedziałem, co się dzieje, myślałem najgorsze rzeczy.
Nie powiedziałem nic o swoim eksperymencie, o zeszycie, o luźniejszych ramionach. Usiadłem obok niego na tym plastikowym krześle i po prostu tam byłem, dopóki mama nie wyszła z gipsem na ręce, śmiejąc się, iż teraz to już na pewno nie zdąży z pierogami na Wielkanoc.
Wieczorem, w domu, wyjąłem starą kartę SIM z szuflady i włożyłem ją z powrotem do rozbitego telefonu — ekran wciąż pęknięty, fioletowa smuga w rogu, ale działał. Nokię zostawiłem na biurku, obok zeszytu.
Następnego dnia poszedłem do tego samego serwisu na Starowiślnej. Kobieta za ladą rozpoznała mnie.
— Znowu pan? Tym razem szybka wymiana?
— Tym razem szybka wymiana — powtórzyłem.
Zapłaciłem sto osiemdziesiąt złotych, odebrałem telefon z nowym, nieskazitelnym ekranem, i włączyłem go na ławce przed serwisem. Powiadomienia posypały się jedno za drugim — maile, wiadomości od klientów, jedna od Kasi z linkiem do memu o Nokiach. Nie było nic od Oli. Też sobie z tym poradziłem, siedząc tam, patrząc, jak ekran gaśnie i zapala się co chwilę.
Zeszyt nie wylądował w koszu. Zostawiłem go w szufladzie, obok Nokii, i przez cały czas w nim zapisuję, ile czasu zajmuje mi jedna rzecz, a ile druga — tyle iż teraz robię to z telefonem włączonym, dźwiękiem od taty ustawionym osobno, głośniej niż reszta. W pociągu do Warszawy w tym tygodniu odpisałem na maile, dokończyłem rozliczenie z księgową i zadzwoniłem do mamy zapytać, jak się czuje z tym gipsem. Odebrała za drugim sygnałem.











