Wieś Zalesie koło Ostrołęki pachniała we wrześniu dymem z kominów i mokrymi liśćmi. U Barbary Wyrzykowskiej, w niedużym gospodarstwie na skraju wsi, tego zapachu prawie nie było czuć — bo w kuchni od rana gotował się rosół, a na parapecie stały doniczki z geranium, które teściowa Barbary sadziła jeszcze przed wojną, gdy sama była młodą mężatką w tej samej kuchni.
Barbara miała czterdzieści dwa lata, męża Tadeusza, troje własnych dzieci i jeszcze dwoje wnuków od najstarszego syna Marka. Dom trzeszczał od ludzi. A mimo to, kiedy sąsiadka z drugiego końca wsi, stara Zosia, umarła i zostawiła po sobie ciotkę męża — daleką, prawie obcą krewną — to właśnie Barbara z Tadeuszem powiedzieli: bierzemy.
— Pamiętasz, jak Zosia siedziała z tobą całą noc, kiedy Ania miała zapalenie płuc? — powiedziała Barbara mężowi, wycierając ręce w fartuch. — Nikt jej nie prosił. Sama przyszła.
Tadeusz nic nie odpowiedział, tylko skinął głową i poszedł po skrzynkę na narzędzia, żeby zrobić miejsce na strychu. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć więcej.
Ciotka nazywała się Genowefa. Miała osiemdziesiąt sześć lat, była ślepa od dziesięciu i, mówiąc wprost, jak to we wsi się mówiło, "już nie do końca swoja". Zapominała imion, myliła pory dnia, czasem płakała bez powodu. Sama nie mogła donieść łyżki do ust. Nikt by jej za złe nie wziął, gdyby trafiła do domu opieki w Ostrołęce — była daleką krewną, nie matką, nie babką. Ale Tadeusz tylko machnął ręką na te gadania sąsiadów.
— Człowiek to nie pies, żeby go oddawać — powiedział przy stole, i na tym się skończyło.
Przywieźli jej tobołek z rzeczami — trzy sukienki, wytarty różaniec, zdjęcie jakiegoś mężczyzny w mundurze. Wykąpali, przebrali w czysty fartuch, zawiązali chusteczkę pod brodą. Nad łóżkiem powiesili dywanik z jeleniami, chociaż Genowefa i tak nic nie widziała. Barbara po prostu uznała, iż pusta ściana to nieporządek.
I zaczęło się zwyczajne życie: żurek i kasza gryczana na obiad, czasem chińska zupka w proszku dla dzieciaków, herbata z cukrem po trzy łyżeczki, bo Genowefa lubiła słodko. Prowadzenie do łazienki, przebieranie, mycie. I słuchanie jej bredni — bo staruszka gadała bez przerwy, cienkim, drżącym głosem, o rzeczach, które nie miały żadnego sensu.
Aż pewnego wieczoru, gdy telewizor w kuchni pokazywał prognozę pogody, a Tadeusz sprzątał narzędzia po robocie, Genowefa usiadła prosto na łóżku i powiedziała:
— W komórce złodziej. Idź, Tadziu.
Tadeusz zaśmiał się, ale poszedł. W komórce zastał pijanego sąsiada, Czesława, który pakował do worka ziemniaki i dwa słoiki ogórków kiszonych. Zbieg okoliczności, pomyślał wtedy Tadeusz. Głupi zbieg okoliczności.
Minęło może dwa tygodnie. Genowefa siedziała na łóżku, obracając w palcach koraliki różańca, gdy nagle znieruchomiała i wyciągnęła rękę, szukając rękawa Barbary.
— Niech Rysiek nie jedzie do miasta. Auto się rozbije.
Rysiek, najmłodszy syn, miał w sobotę jechać z kolegą Krzyśkiem na koncert do Ostrołęki, starym oplem astrą Krzyśka — tym samym, którym jeździli zawsze we dwóch, Rysiek zawsze z przodu, obok kierowcy. Barbara się zawahała. Tadeusz powiedział, iż to bzdury, ale spojrzał na żonę i coś w jej twarzy go powstrzymało. Rysiek został w domu, choć się wściekał i trzasnął drzwiami tak, iż aż szyba zadrżała.
Krzysiek pojechał sam. W niedzielę rano zadzwonił telefon — uderzył w barierkę na trasie do Ostrołęki, dokładnie w tym miejscu, dokładnie o tej porze, o której mieli tam przejeżdżać we dwóch. Auto się skasowało od strony fotela pasażera, tego z przodu, na którym zawsze siadał Rysiek. Sam Krzysiek trafił do szpitala z połamaną ręką i wstrząśnieniem mózgu. Nikt w domu nie powiedział tego głośno, ale wszyscy pomyśleli to samo.
Od tamtej pory nikt już nie nazywał gadania Genowefy bredniami przy niej. Owszem, ona przez cały czas myliła dni tygodnia, przez cały czas nie pamiętała, iż jadła obiad godzinę temu, przez cały czas nie mogła sama trafić łyżką do ust. Ale zaczęli słuchać.
W październiku Genowefa uparła się, iż chce los na loterię. Powtarzała to codziennie, cienkim głosem, ciągnąc Barbarę za rękaw: kup los, kup los. Barbara zbywała ją tydzień, potem drugi. W końcu Tadeusz, jadąc traktorem po części do siewnika, wstąpił do kolektury Lotto w Ostrołęce i kupił jeden zwykły los za dwadzieścia złotych — bardziej żeby staruszka dała spokój, niż z wiary w cokolwiek.
Los leżał na kredensie trzy dni, zanim ktoś w ogóle sprawdził numery. Sprawdzała córka, Ania, przez aplikację w telefonie — i krzyknęła tak, iż Tadeusz upuścił widelec na podłogę.
Wygrali czterysta dwadzieścia tysięcy złotych.
We wsi mówiono różnie — jedni "z pół miliona", inni "z czterysta parę tysięcy", bo sama rodzina, jak to u prostych ludzi bywa, mówiła o tym wymijająco, byle nikt nie wiedział dokładnie. Ale suma była realna: 420 000 złotych, przelane na konto w banku w Ostrołęce, potwierdzone papierem, który Barbara schowała do teczki z dokumentami rodzinnymi i zamknęła w szufladzie komody.
Za te pieniądze spłacili kredyt na dom, kupili Markowi używane volvo do rozwożenia towaru, a Genowefie — nowy szlafrok w kwiaty, pierniki z Torunia, które uwielbiała, i piękną narzutę na łóżko, bordową w złote wzory.
— Ona i tak nie widzi tej narzuty — powiedział ktoś ze wsi z przekąsem.
— Ona widzi inaczej — odpowiedziała Barbara i więcej na ten temat nie rozmawiała.
Teraz, prawie rok później, gdy w telewizorze leci "Klan" po osiemnastej, a za oknem pachnie skoszoną trawą i dymem z ogniska sąsiadów, Genowefa siedzi na tej bordowej narzucie, w czystym fartuchu i wykrochmalonej chusteczce, jak lalka. Przebiera różaniec w palcach, kołysze się lekko i mruczy coś dobrego swoim cienkim głosem — nikt już nie próbuje rozszyfrować słów, po prostu siedzą przy niej, kto akurat ma czas.
Ona przez cały czas nie pamięta, iż jadła obiad. przez cały czas nie trafia sama łyżką do ust. Ale Barbara każdego wieczoru siada obok niej na brzegu łóżka, bierze jej rękę w swoją i mówi:
— No i co tam, ciociu, jeszcze coś nam powiecie?
I Genowefa się uśmiecha.









