Siedzę na podłodze w kuchni i patrzę na breloczek do kluczy, jakby był obcy. Wczoraj to był mój samo…

twojacena.pl 2 godzin temu

Siedząc na podłodze w naszej kuchni, patrzę na breloczek od samochodu, jakbym już go nie znała. Do wczoraj to był mój samochód. Dziś jest nasz, choć nikt mnie o zdanie nie pytał. Wcale nie przesadzam. Faktycznie odebrano mi samochód, a potem jeszcze sprawiono, iż poczułam się winna, iż się zirytowałam.

Dwa miesiące wcześniej mój mąż, Roman, zaczął powtarzać, iż powinniśmy myśleć poważniej i porządkować życie. Mówił łagodnie, z uśmiechem jakby proponował coś korzystnego. Nie sprzeciwiałam się. Mam pracę, płacę swoje rachunki, nie wymagam wiele. Jedyną rzeczą, która naprawdę była tylko moja, był samochód kupiony za moje pieniądze, opłacany przeze mnie, utrzymywany przeze mnie.

Pewnego środowego wieczoru wróciłam z pracy i zastałam Romana przy stole w salonie, jak przeglądał jakieś papiery. Nie wyglądało to szczególnie podejrzanie, ale zirytowało mnie, jak gwałtownie schował dokumenty, gdy weszłam. Powiedział mi, iż rozmawiał z kimś o możliwości zaoszczędzenia pieniędzy i iż da się coś zmienić. Nie naciskał, ale mówił tak, iż czułam się zobligowana pochwalić. Pokiwałam tylko głową i poszłam pod prysznic.

Następnego dnia bez zapowiedzi przyszła jego matka, pani Wanda. Wsunęła się do kuchni, otwierała szafki, jakby była u siebie i tłumaczyła mi, iż rodzina to jedno, iż w małżeństwie nie ma moje i twoje i iż nie powinnam być drobiazgowa. Słuchałam jej, ale wewnętrznie czułam, iż coś się zmieniło, bo nigdy tak nie mówiła. Jakby ktoś napisał jej scenariusz. Po dwudziestu minutach było jasne, iż przyszła nie na kawę.

Wieczorem Roman poprosił mnie o niewielką przysługę. Chciał, żebym dała mu dowód rejestracyjny i dokumenty samochodu mówił, iż zabierze go na przegląd i musi coś zmienić w rejestracji. Nie podobało mi się to, ale nie chciałam wszczynać awantury. Wyciągnęłam teczkę z dokumentami i mu oddałam. On wziął je bez żadnych emocji, jakby odbierał pilot do telewizora. Wtedy po raz pierwszy poczułam, iż za bardzo ufam.

Minęło kilka dni, a Roman zaczął coraz częściej znikać załatwiając sprawy. Wracał zadowolony, jak po wykonaniu czegoś ważnego. W niedzielny poranek usłyszałam, jak rozmawiał przez telefon w przedpokoju. Nie szeptał, ale używał tonu, którym ludzie mówią, gdy chcą się wydawać istotni. Kilka razy powtórzył tak, żona się zgadza i nie ma problemu, ona wie. Wyszłam z sypialni, a on natychmiast skończył rozmowę jakby został przyłapany. Zapytałam co się dzieje, on rzucił, żebym się nie mieszała w męskie sprawy.

W piątek po pracy poszłam do sklepu, a gdy wróciłam, samochodu nie było pod blokiem. Pomyślałam, iż Roman go zabrał. Napisałam do niego nie odpowiedział. Zadzwoniłam nie odbierał. Po czterdziestu minutach dostałam SMS: Nie rób scen. Wtedy pojawił się niepokój. Nie o samochód, ale o to, jak mnie potraktowano. Kiedy ktoś pisze nie rób scen, już przygotowuje ci grunt, byś wyszła na osobę niezrównoważoną.

Roman wrócił późno, przyprowadził Wandę. Weszli do salonu, jakby przeprowadzali inspekcję. On usiadł, ona usiadła, a ja stałam nieruchomo. Roman oznajmił, iż zrobił coś mądrego i żebym to doceniła. Wyjął kluczyki od mojego samochodu, położył na stole jak trofeum dowód swojego panowania. Powiedział, iż samochód jest już przepisany na niego, bo tak logicznniej dla rodziny.

Zaniemówiłam. Nie dlatego, iż nie rozumiałam, ale z niedowierzania. Powiedziałam, iż to mój samochód moja decyzja, moje raty. A Roman popatrzył na mnie jak ktoś, kto czeka na pochwałę i oznajmił, iż uratował mnie. Bo gdyby coś się stało z małżeństwem, mogłabyś mnie szantażować samochodem. Lepiej, żeby był na mnie, wtedy wszystko jest spokojniej, nie będzie twoje przeciwko mojemu.

Wanda natychmiast weszła do dyskusji, tak jak się spodziewałam. Powiedziała, iż kobiety są zmienne, iż dziś miłe, jutro złe i iż jej syn musi dbać o swój interes. W tamtym momencie miałam ochotę płakać albo śmiać się. Słuchałam, jak nazywają mnie zagrożeniem, podczas gdy okradali mnie poprzez wygłaszanie moralnych pouczeń.

Powiedzieli, iż jeżeli się kochamy, nie ma znaczenia czyj jest samochód, przecież dalej będę go prowadzić. To była najbardziej bezczelna część tej historii. Nie tylko mi go zabrali, ale jeszcze przekonywali, iż nie ma problemu, bo łaskawie pozwolą mi go używać. Jakbym była dzieckiem czekającym na zgodę.

Zrobiłam wtedy największą głupotę zaczęłam się tłumaczyć. Że nie jestem wrogiem, nie myślę o odejściu, po prostu mi się nie podoba. Roman od razu to podchwycił: Widzisz, sama przyznajesz bierzesz to do siebie. Przerobił to na mój problem. Już nie jego czyn moje uczucie.

Następnego dnia, gdy Roman był w pracy, poszłam do schowka z dokumentami, zaczęłam szukać kopii. Ręce mi drżały. Nie ze strachu przed nim fizycznie, ale z bezradności po raz pierwszy zobaczyłam jasno, jak łatwo można odebrać coś komuś, komu się ufało. Znalazłam stary akt kupna i potwierdzenia przelewów na raty. I wtedy wpadłam na coś, co mnie dobiło wydruk z datą sprzed dwóch tygodni, podpisany niby przeze mnie. Nigdy tego nie podpisywałam.

To nie był spontaniczny pomysł. To było przygotowane.

Siedziałam na podłodze w przedpokoju. Bez dramatyzmu. Po prostu zabrakło mi sił. Nie myślałam już o samochodzie jak o rzeczy. Myślałam, jak prędko ten, z kim śpisz, może zobaczyć w tobie zagrożenie, które trzeba unieszkodliwić. I jak spokojnie jego matka może w tym uczestniczyć, pouczając o moralności, gdy zabierają ci kontrolę nad twoim życiem.

Wieczorem, gdy Roman wrócił, nic nie mówiłam. Po prostu wzięłam telefon i zaczęłam zmieniać hasła. Do banku, maila, wszystkiego. Założyłam własne konto. Przelałam tam swoje oszczędności. Nie z wojowniczości, ale z zrozumienia jednego kto może odebrać ci samochód jednym podpisem, ten może odebrać ci spokój z uśmiechem.

Roman wyczuł zmianę. Zaczął się zachowywać milej. Przynosił mi zakupy, pytał jak się czuję, mówił, iż mnie kocha. A to jeszcze mocniej mnie rozdrażniło. Bo miłość to nie torba słodyczy po zabraniu niezależności. Miłość to niewyrządzanie tej krzywdy w ogóle.

Dziś żyję w dziwnej ciszy. Nie kłócimy się. Nie krzyczymy. Ale ja już nie jestem sobą. Patrzę na kluczyki i nie czuję szczęścia, tylko kontrolę. Nie umiem się już oszukiwać, iż jest dobrze, bo tak lepiej dla rodziny.

Czasem myślę, iż największa zdrada to nie romans. Najgorsze jest, gdy ktoś zaczyna cię traktować jak ryzyko, a nie jak partnera.

jeżeli ktoś odbiera ci coś należącego do ciebie podstępem, a potem gada o rodzinie, to czy to w ogóle jest miłość, czy tylko kontrola?
Co radzicie dziś kobiecie takiej jak ja? Spokojnie szykować się do odejścia czy walczyć o swoje przed sądem?

Idź do oryginalnego materiału