Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie to się zaczęło. Chyba wtedy, gdy miałam dwadzieścia trzy lata i pierwszy raz usiadłam za kierownicą opla mojego ojca. Tata stał obok, trzymał się za głowę i powtarzał: „Zwolnij, dziecko, zwolnij”. A ja nie mogłam zwolnić, bo wydawało mi się, iż samochód sam przyspiesza, iż pedał gazu żyje własnym życiem, iż każdy inny kierowca patrzy na mnie i widzi, iż nie powinnam tu być.
Potem było tylko gorzej.
Po kursie w szkole jazdy instruktor powiedział mojej matce, iż „z takim podejściem to może rowerem”. Matka oczywiście powtórzyła mi to przy niedzielnym obiedzie, krojąc schab i nie podnosząc wzroku znad deski. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata, a słowa instruktora siedziały we mnie jak drzazga pod paznokciem.
Przez kolejne dwadzieścia lat robiłam wszystko, żeby nie siadać za kierownicą. Jeździłam komunikacją miejską po Gdańsku, choćby wtedy, gdy awansowałam w pracy i zarabiałam tyle, iż mogłam sobie pozwolić na taksówkę. Koleżanki z działu księgowości podwoziły mnie po spotkaniach, a ja udawałam, iż po prostu nie lubię prowadzić. Nikt nie pytał dlaczego. Ludzie rzadko pytają o rzeczy, które są dla nich oczywiste.
Mój mąż, Robert, też nie pytał. On po prostu zawsze brał kluczyki i prowadził. Przez jedenaście lat naszego małżeństwa nie usiadłam za kółkiem ani razu. choćby wtedy, gdy wracaliśmy znad morza i Robert wypił dwa piwa, a ja trzeźwa siedziałam obok i patrzyłam w boczne okno. Powiedział wtedy: „To może ty?”. Udałam, iż nie słyszę.
W zeszłym roku obchodziłam czterdzieste trzecie urodziny. Robert kupił mi zegarek i tort z napisem. A ja siedziałam nad talerzykiem i myślałam o tym, iż przez dwadzieścia lat strachu przepłaciłam za taksówki siedemdziesiąt tysięcy złotych. Nie oszczędziłam tej kwoty — ja ją po prostu oddałam obcym ludziom, żeby nie musieć dotykać kierownicy.
Siedemdziesiąt tysięcy.
Tydzień po urodzinach zadzwoniła Magda. Znamy się od studiów, przyjaźń przetrwała przeprowadzki, dzieci, rozwód po jej stronie i dwa moje poronienia, o których nie potrafię mówić na głos. Magda pracuje w hurtowni części samochodowych na obrzeżach Wrzeszcza i zna wszystkich mechaników w promieniu trzydziestu kilometrów.
Słuchaj, powiedziała, dzwonię, bo wiem, iż masz uraz. I wiem, iż go nie przezwyciężysz, dopóki nie usiądziesz za kółkiem z kimś, kto cię nie oceni. Nie z mężem, nie z ojcem. Z obcą osobą, która bierze za to pieniądze i ma to gdzieś, czy płaczesz, czy nie.
Zapisała mnie do Baby. Tak o niej mówiła — Baba. Baba od nauki jazdy. Sześćdziesięcioparoletnia kobieta, była instruktorka, która rzuciła etat w ośrodku szkolenia, bo „szef kazał uczyć według schematu, a ja uczę ludzi, nie schematów”. Magda dała mi do niej numer na karteczce z hurtowni, z nadrukiem jakichś uszczelek i napisem „oddzwonić w sprawie filtrów”.
Zadzwoniłam w środę wieczorem. Pani Teresa odebrała po drugim sygnale z takim akcentem, jakby całe życie spędziła na podlaskiej wsi, chociaż mieszka w Sopocie.
Pani tak jeździ, jak pani myśli, powiedziała. To nie uraz, to nawyk. A nawyk można zmienić. Tylko trzeba chcieć. Przyjdzie pani w sobotę na siódmą rano, na parking przed halą na Przymorzu. Przed halą, nie przed sklepem. Tam jest pusto, ale nie za pusto.
W sobotę o siódmej rano stałam na parkingu w Przymorzu i trzęsłam się z zimna. Pani Teresa przyjechała małym citroenem z plakietką „L” przyklejoną taśmą z boku. Kazała mi usiąść za kierownicą, a sama wsiadła z prawej strony i rozłożyła w dłoniach jakąś plastikową podkładkę.
To jest mój notes, powiedziała. Będę w nim rysować, co pani robi, a czego nie robi. Niech się pani nie boi, nie zjem pani. Proszę mi opowiedzieć, co się dzieje, zanim pani zapali silnik.
I ja zaczęłam mówić. Po raz pierwszy od dwudziestu lat mówiłam komuś, co czuję, gdy siadam za kółkiem: iż widzę tych wszystkich ludzi, którzy na mnie patrzą, iż słyszę głos ojca, iż czuję oparcie fotela jak betonową płytę. Pani Teresa słuchała i rysowała coś w notesie. Potem podniosła kartkę. Były tam trzy kółka.
Serce jedzie do przodu, powiedziała. A pani ciało zostaje z tyłu. Strach to nie jest pani wróg. Strach to sygnał, iż pani jeszcze nie ruszyła. To proszę ruszyć.
Przekręciłam kluczyk. Silnik zaskoczył. Pani Teresa powiedziała: „Pierwszy bieg wolno, a teraz niech pani puści sprzęgło tak, jakby pani głaskała kota”. Puściłam. Samochód drgnął i zgasł.
Dobrze, powiedziała. Zabicie silnika to nie wypadek. To początek.
Dwie godziny jeździłyśmy po Przymorzu. Ona rysowała w notesie, ja gubiłam biegi i trąbiłam na pustym skrzyżowaniu. Ani razu nie podniosła głosu. Ani razu nie złapała za uchwyt nad drzwiami.
Na koniec powiedziała: „Za tydzień jedziemy do ścisłego centrum Gdańska”.
Wtedy zrobiło mi się słabo.
Nie ma takiej opcji, powiedziałam.
Jest, powiedziała. I zanim pani wysiądzie, proszę mi powiedzieć, za co pani siebie karze.
Wróciłam do domu i nie powiedziałam Robertowi ani słowa. Udawałam, iż sprzątałam w sobotę rano. On chyba i tak wiedział, bo widział na moim koncie przelew do pani Teresy.
Potem były kolejne soboty. Centrum. Ulica Długa. Rondo Ofiar Katynia. Zjazd z wiaduktu przy dworcu. Pani Teresa rysowała i mówiła: „Proszę nie myśleć, iż inni kierowcy są mądrzejsi. Oni po prostu nie boją się dlatego, iż nie wiedzą, czego się bać. A pani się boi, bo pani wie”.
I to był moment, w którym zdałam sobie sprawę, iż ona nie uczy mnie jeździć. Ona uczy mnie przestać się bać tego, co już umiem.
W grudniu zdałam egzamin. Za którymś razem. Trzy razy podchodziłam, bo za pierwszym oblałam plac, za drugim — miasto przez nieustąpienie pierwszeństwa na ulicy Kartuskiej. Za trzecim razem jechałam tak, jak uczyła mnie pani Teresa: wolno, ale nie bojaźliwie. I zdałam.
Kupiłam fiata tipo. Sześcioletniego, srebrnego, z przebiegiem sto osiemdziesiąt tysięcy. W środku pachniał wanilią, którą poprzednia właścicielka zostawiła w kieszeni drzwi.
Pierwszy raz pojechałam nim sama na cmentarz. Do matki. Zmarła sześć lat temu i zawsze odwiedzałam ją z przesiadkami: tramwaj, potem autobus, potem piechotą przez las w Letnicy. Tym razem zaparkowałam przy bramie i siedziałam dwadzieścia minut, patrząc w lusterko.
A potem wróciłam do domu i zamówiłam sobie kawę z automatu na stacji benzynowej. Głupia kawa za dwanaście złotych. Ale smakowała jak żadna inna.
Robert nic nie powiedział. Tylko wieczorem poprosił, żebym podwiozła go po odbiór samochodu z warsztatu. Jego skoda stała tam od tygodnia z rozrządem. Powiedział: „To teraz ty”. Wsiadł z prawej strony, odsunął fotel do tyłu i przymknął oczy.
Jechałam przez Gdańsk w listopadowym deszczu, a on spał. Ani razu nie złapał za uchwyt. Ani razu nie powiedział: „uważaj”. Po prostu zaufał mi pierwszy raz od dwudziestu lat. I to znaczyło więcej niż wszystkie lekcje razem wzięte.
Na koniec, już w domu, postawił na stole kopertę. W środku był wydruk z mojego konta i zaznaczone na żółto wszystkie przelewy do pani Teresy. Powiedział: „Kazałaś mi kiedyś nie wtrącać się w twoje sprawy. To się nie wtrącam. Ale chcę, żebyś wiedziała, iż ja bym ci te pieniądze dał i nie pytał. I iż jestem z ciebie dumny”.
Siedemdziesiąt tysięcy złotych. Tyle kosztował mnie strach. A pani Teresa wzięła za lekcje niecałe trzy tysiące. To nie kurs był drogi. Drogie było milczenie.
Dzisiaj rano zawiozłam sąsiadkę na rehabilitację do szpitala na Zaspie. Ma osiemdziesiąt lat i złamany biodro. Przez całą drogę powtarzała: „Pani tak dobrze jeździ, pani tak spokojnie”. A ja pomyślałam o pani Teresie i o jej notesie z kółkami.
Potem wróciłam na parking pod blokiem, wysiadłam i sprawdziłam, czy auto się zamknęło. Nacisnęłam kluczyk trzy razy. Tak na wszelki wypadek.
Bo strach nie znika. Po prostu robi się mniejszy. I czasem, gdy jest naprawdę mały, można go schować do kieszeni drzwi razem z wanilią po poprzedniej właścicielce.
Na koniec policzyłam: jeżdżę sama od jedenastu miesięcy. Nalewam paliwa co dwa tygodnie. Wymieniłam dwie żarówki i jeden pasek klinowy. Na liczniku przybyło dziewięć tysięcy kilometrów.
I wiecie co? Nie zabiłam silnika ani razu na skrzyżowaniu. Zdarzyło się raz na parkingu. Ale to tylko dlatego, iż patrzyłam na mewę, która wyjadała frytki z otwartego okna budki z jedzeniem. Rozproszyłam się. Zgasiłam. To wszystko.
Chyba już nie umiem się bać tak jak kiedyś.













