Grzegorz Kubiak prowadzi w Radomiu sklep zoologiczny przy ulicy Struga, tuż obok warzywniaka i baru mlecznego, gdzie zawsze pachnie smażonymi plackami ziemniaczanymi. To on jest tym drugim człowiekiem w tej historii — nie tym, kto biegł za psem w ciemności, ale tym, kto najpierw stracił cierpliwość, a potem stracił dech.
— Ja nie jestem żadnym bohaterem — mówi, kiedy siada na skrzynce po piwie przed sklepem. — Ja przez tydzień byłem wściekły na psa. Zwyczajnie wściekły.
Zaczęło się we wrześniu, gdy noce w Radomiu robią się już zimne, a mgła nad Mleczną kładzie się nisko, prawie po kolana. Grzegorz zostawiał przed sklepem skrzynkę z workami karmy dla bezdomniaków z okolicy — mała akcja, o której nikomu nie mówił, bo wstydził się, iż to i tak za mało. Rano skrzynka bywała pusta o jeden worek za dużo. Nie przewrócona, nie rozgrzebana. Po prostu brakowało jednego.
— Pomyślałem, iż to jakiś złodziejaszek z osiedla nakręca się na tanią karmę i sprzedaje komuś dalej — przyznaje. — choćby zacząłem podejrzewać syna sąsiadki, bo miał klucz do bramy.
Piątej nocy zostawił skrzynkę na wierzchu i sam usiadł w aucie po drugiej stronie ulicy, z termosem kawy i włączonym radiem na cichutko — leciała akurat stara piosenka Budki Suflera, pamięta to dokładnie, bo długo potem nie mógł jej słuchać bez ściśniętego gardła.
O drugiej dwadzieścia sześć pojawiła się ona. Suczka, mieszaniec owczarka, może trzydzieści kilogramów, gdyby była zdrowa — a była z niej wtedy ledwie połowa tej wagi. Sierść koloru słomy zwisała jej na żebrach jak za duży sweter. Na szyi miała wystrzępioną niebieską linkę zamiast obroży, bez adresatki.
Wzięła jeden worek. Nie dwa, nie trzy — jeden, dokładnie tyle, ile zawsze. Grzegorz wysiadł z auta cicho, zapiął kurtkę i ruszył za nią, trzymając latarkę tak, żeby światło padało pod nogi, a nie na psa.
— Hej, mała — powiedział tylko, żeby sprawdzić reakcję.
Psina drgnęła całym ciałem, ale worka nie puściła. Skręciła w stronę torów, minęła kontenery na śmieci za blokiem, przecisnęła się przez dziurę w siatce ogrodzenia dawnych zakładów Radoskóru. Dwa razy przystanęła, kładąc worek na chodniku i dysząc, jakby serce miało jej wyskoczyć — ale za każdym razem podnosiła go z powrotem zębami za róg i szła dalej.
Doszli do rozwalonej hali magazynowej, gdzie kiedyś stał skup złomu. Pod przewróconą przyczepą ciężarówki suka zniknęła w ciemności. Grzegorz uklęknął w błocie, wsunął latarkę pod blachę — i wtedy usłyszał piski. Sześć maleńkich kłębków, zziębniętych, przyciśniętych jeden do drugiego.
Suka rozerwała worek pyskiem, popchnęła karmę w stronę szczeniąt i sama się cofnęła. Nie zjadła ani kęsa. Stała z boku i patrzyła, jak jedzą jej dzieci.
— Wtedy do mnie dotarło, iż przez tydzień okradał mnie ktoś, kto sam nie miał co jeść — mówi Grzegorz i milknie na chwilę, patrząc na buty.
Zauważył też jednego szczeniaka, leżącego z boku, prawie bez ruchu. Matka donosiła mu kawałki karmy osobno, w pysku, a gdy Grzegorz próbował podejść bliżej, stawała między nim a tym najmniejszym — nie warcząc, nie atakując, po prostu zasłaniając sobą.
Miało padać, zapowiadali to w radiu jeszcze wieczorem, a teren pod przyczepą schodził w stronę rowu melioracyjnego. Kawałek skorodowanej blachy z podwozia zwisał niebezpiecznie nisko, tuż nad miejscem, gdzie leżały szczenięta.
Grzegorz zadzwonił do fundacji „Psia Kraina" z Radomia, której numer wisiał u niego w sklepie na tablicy ogłoszeń od lat, bo czasem ktoś przynosił znalezione kocięta. Na infolinii poprosili, żeby nie wchodził pod przyczepę i czekał.
Usiadł więc na żwirze, wyjął z reklamówki kolejny worek karmy i postawił go obok siebie. Suka patrzyła to na niego, to na worek. Minęło z pięć minut, może więcej — Grzegorz mówi, iż stracił rachubę czasu, bo skupił się na tym, żeby nie drgnąć choćby ręką.
W końcu podeszła. Nie zjadła. Wzięła worek zębami, wróciła pod przyczepę i położyła go tuż przy tym najsłabszym szczeniaku.
— Ja wtedy się popłakałem, stojąc na tym złomowisku jak głupi — mówi Grzegorz bez śladu zażenowania. — Ona mi nie mówiła: nakarm mnie. Ona mi mówiła: nakarm jego najpierw.
Kiedy przyjechał zespół z fundacji, zaproponowali matce wodę i mokrą karmę z puszki. Odmówiła wszystkiego. Nie odsuwała się od dzieci ani na krok.
Dopiero wtedy jedna z ratowniczek, klęcząc z latarką pod podwoziem, krzyknęła, iż najmniejszy szczeniak jest uwięziony. Łapka utkwiła między przerdzewiałą blachą a ramą — nie był tylko osłabiony, był fizycznie unieruchomiony od dobrych kilku dni.
Grzegorz przytrzymywał latarkę, podczas gdy jedna z ratowniczek delikatnie rozginała metal łomem od paznokci, centymetr po centymetrze, żeby nie zranić łapki jeszcze bardziej. Suka stała tuż obok, drżąc, ale się nie odsunęła, kiedy zgrzytnęła blacha.
Szczeniaka uwolniono, owinięto w koc termiczny. Pozostałą piątkę zapakowano do transportera. Matkę — teraz już nazwaną przez fundację Perłą, bo miała białą łatkę na piersi w kształcie kropli — wzięto na smyczy, pierwszy raz w życiu, jak się później okazało, bo w schronisku zdjęcie z mikroczipu nie wykazało żadnego właściciela.
Grzegorz odwiedził ją tydzień później w tymczasowym boksie przy ulicy Wośnickiej. Nie miał zamiaru nikogo adoptować, tak sobie mówił, jadąc tam z pudełkiem pierogów z kapustą, które kupił po drodze i zjadł w aucie na zimno, bo zapomniał widelca.
Perła leżała otoczona sześcioma tłustymi, śpiącymi już kulkami futra. Nie musiała już liczyć worków, nie musiała już wybierać, które dziecko nakarmić pierwsze. Podniosła głowę, kiedy usłyszała jego głos przez kratę, i po raz pierwszy od tygodnia nie wyglądała, jakby coś pilnowała.
Grzegorz podpisał papiery adopcyjne na najmniejszego szczeniaka — tego spod blachy — trzy dni później. Nazwał go Śrubka. Mówi, iż to była jedyna rzecz, jaką mógł zrobić dla psa, który go niczego nie prosił, tylko pokazał mu, kogo ratować najpierw.














