Gabrysia postawiła na stoliku dwa kieliszki do wina i butelkę musującego cydru z małej tłoczni spod Kazimierza. Wybrała ten pensjonat trzy miesiące temu — pokój na poddaszu z widokiem na Wisłę, żadnych telewizorów na śniadaniu, zero trasy rowerowej pod oknami. Pięć lat po ślubie chciała mieć jeden weekend, w którym nikt nie mówi o pieniądzach, nie pyta, kiedy dzieci, i nie wchodzi bez pukania.
Wyszła na balkon boso. Deski były chłodne, pachniało wilgotnym drewnem i deszczem, który przeszedł nad miasteczkiem godzinę wcześniej. Postawiła kieliszki przy balustradzie.
Wtedy usłyszała sąsiednie drzwi balkonowe.
— No nareszcie! — krzyknęła Irena, teściowa, wychylając się z sąsiedniego pokoju. Miała mokre włosy skręcone w ręcznik i trzymała w palcach pilota od klimatyzacji. — Tomek mówił, iż macie najlepszy widok. U nas jakaś ściana lasu.
Gabrysia nie zdążyła wziąć kieliszka do ręki. Na sąsiednim balkonie zrobiło się tłoczno: teść Marek rozkładał składany leżak, szwagier Łukasz uspokajał dwoje dzieci kłócących się o telefon, a jego żona Agnieszka filmowała panoramę, powtarzając do kamery, iż to „idealne miejsce na family trip".
— Tomek? — Gabrysia odwróciła się do męża, który stanął w progu pokoju z otwartą puszką piwa.
Tomek patrzył na nią tak, jak patrzy się na prognozę pogody, która nagle pokazuje burzę.
— Oni chcieli zrobić niespodziankę. Mama stwierdziła, iż rocznica ślubu to wydarzenie rodzinne, a nie jakaś tam ucieczka we dwoje.
Gabrysia oparła dłonie o balustradę. Kora drewna wbiła się pod paznokcie.
— Skąd znali adres?
Tomek pociągnął łyk piwa. Puszka syknęła.
— No… mogłem wspomnieć przy obiedzie.
— Wspomnieć przy obiedzie? Ja rezerwowałam ten pensjonat po nocach. Pracowałam na ten wyjazd od stycznia. Ty powiedziałeś im, gdzie będziemy, i nie odezwałeś się słowem.
— Bo wiedziałem, iż zrobisz awanturę!
Nie zdążyła odpowiedzieć. Teściowa weszła do ich pokoju, omijając stolik z winem, i położyła na łóżku mokry ręcznik z basenu. Na białą narzutę pociekła woda.
— Nie siedźcie tak — powiedziała. — Zamówiłam deskę serów do waszego pokoju. No co? Macie rachunek z pełnym wyżywieniem, a my dopłacamy za każdą kawę. To chyba normalne, iż rodzina korzysta.
Potem pochyliła się do ucha Gabrysi, jakby dzieliła się sekretem:
— Musimy jutro porozmawiać. Poważnie.
Wieczorem na tarasie restauracji stał jeden długi stół. Teść kazał kelnerowi podmienić muzykę na disco polo. Agnieszka fotografowała każdy talerz, zanim ktokolwiek zdążył wziąć widelec. Łukasz przyniósł ze sobą reklamówkę z lokalnego sklepu i rozstawił na stole trzy butelki taniej wódki.
— No to za rodzinę! — huknął, uderzając kieliszkiem w talerz. — Bo rodzina to najważniejsze, co jest. Nie jakieś tam romantyczne kolacje. Co ty masz, trzydzieści cztery lata? Szkoda czasu w świeczki.
Gabrysia patrzyła na ser, który zdążył się rozpuścić po brzegach deski.
— Przepraszam na chwilę — powiedziała.
W łazience odkręciła kran. Woda uderzyła o porcelanę. Wyjęła telefon i weszła do aplikacji banku.
Na samej górze widniała transakcja: czterysta osiemdziesiąt złotych. Opis: „dodatkowe łóżeczko i animacje dla dzieci — numer pokoju 14". Domyślną kartą do rozliczeń w pensjonacie była jej. Tomek dopisał numer jej karty przy rejestracji, gdy ona wnosiła walizki. Powiedział wtedy, iż „załatwi sprawy na recepcji".
Wytarła twarz papierowym ręcznikiem. Wyszła. Tomek siedział przy stole i nakładał sobie sałatkę, słuchając ojca, który opowiadał, jak kiedyś to się „jechało na wczasy pracownicze i nikt nie udawał hrabiego".
Poczekała, aż skończy przeżuwać.
— Jutro rano się stąd zabieramy — powiedziała cicho. — Znalazłam wolny apartament w Kazimierzu, nad rynkiem. Tylko ty i ja. Jedziesz ze mną?
Tomek odłożył widelec wolno, jakby nagle zrobił się z ołowiu.
— Głupio ci? Mama opłaciła cały tydzień wycieczek. Rejs po Wiśle, zwiedzanie zamku, wszystko. Z mojej karty zeszło dwieście złotych za bilety!
— Z twojej karty? Tej, którą spłacamy razem z mojego wynagrodzenia?
— Nie zaczynaj. Oni przyjechali dla nas. A ty robisz łaskę.
Teściowa pojawiła się przy stole, jakby czekała za filarem.
— Skoro już wszyscy jesteśmy — powiedziała, siadając naprzeciwko Gabrysi — to posłuchaj. Łukasz chce rozkręcić serwis rowerowy w Lublinie. Ma już lokal. Potrzebuje tylko wkładu własnego.
Gabrysia nie podniosła kieliszka. Czuła, jak pot z tyłu sukienki stygnie na skórze.
— I co ja mam z tym wspólnego?
Teściowa spojrzała na Tomka. Tomek wbił oczy w obrus.
— No, jak to co? — odezwał się. — Masz to mieszkanie po cioci Halinie na Bronowicach. Stoi puste. Wynajmujesz jakiejś studentce za grosze. Brat potrzebuje pieniędzy. Trzeba je sprzedać.
Gabrysia złożyła serwetkę na kolanach, dokładnie na pół, potem jeszcze raz.
— Moje mieszkanie? Chcecie, żebym sprzedała mieszkanie, żeby Łukasz otworzył sklep?
— Nie sprzedała — wtrąciła teściowa. — Podpisała zgodę na sprzedaż. Notariusz już zamówiony. Jutro o jedenastej będzie u nas w holu.
— Jaki notariusz?
— Twój mąż dał mi kontakt z kancelarii w Nałęczowie. Wszystko ustalone. Tylko twój podpis.
Gabrysia spojrzała na Tomka. Siedział zgarbiony, ale kiedy napotkał jej wzrok, uniósł brodę.
— No co? — powiedział. — Rodzina to rodzina. Ja też się dołożę. Z naszego wspólnego konta już przelałem Łukaszowi dwanaście tysięcy. To przecież nasze wspólne pieniądze.
— Wspólne? Tych dwanaście tysięcy odłożyłam z premii za projekt dla branży medycznej. Miałam je przeznaczyć na wymianę dachu u mojej mamy.
— Nie bądź taka. Twój dach może poczekać. Łukasz ma czerwiec, otwarcie sezonu. W sierpniu odda.
Gabrysia wstała. Krzesło zaszurało po kamiennej posadzce.
— Muszę przewietrzyć głowę — rzuciła i wyszła z tarasu.
W recepcji poprosiła o wydruk rachunku za dotychczasowy pobyt. Uśmiechnęła się do recepcjonistki, położyła na ladzie dowód osobisty i powiedziała, iż chce odłączyć swoją kartę od pokoju numer osiem. Potem dodała:
— Blokuję też wszystkie autoryzacje z tego numeru. Od dziś rachunki pokrywam tylko w państwa obecności, gotówką albo własną kartą, za każdym razem z potwierdzeniem.
Recepcjonistka zapytała, czy ma dodać notatkę do rezerwacji.
— Tak — odparła Gabrysia. — Proszę napisać: żadnych dopłat, żadnych minibarów, żadnych spa i animacji bez mojego podpisu. A teraz proszę wezwać mi taksówkę.
Kwadrans później jechała już do Kazimierza. Za oknem migotały latarnie wzdłuż drogi, w aucie pachniało odświeżaczem waniliowym. Kierowca słuchał Radia Lublin, ale cicho. Odezwał się tylko raz:
— Pani na urlop?
— Na oddech — odpowiedziała.
Zajęła mały apartament nad księgarnią. Właścicielka zostawiła jej klucz w skrzynce, a obok kartkę: „Kawa w dzbanku, światło na tarasie działa do północy".
Telefon zaczął dzwonić o dwudziestej drugiej siedemnaście. Na ekranie: „Tomek". Nie odebrała. Dzwonił osiem razy.
Przy dziewiątym połączeniu wcisnęła zieloną słuchawkę.
— Gdzie ty jesteś?! — usłyszała. Głos miał taki, jakby biegł po schodach. — Właśnie podali nam rachunek za cały dzień! Za basen, za leżaki, za te cholerne desery z bitą śmietaną. Twoja karta nie działa!
— Bo ją odłączyłam.
— Co?!
— Odłączyłam kartę od pokoju. Mówiłeś, iż rodzina najważniejsza. No to zapłać rodzinom za rodzinę.
— Zwariowałaś! Mój ojciec próbował negocjować z recepcją, ale wezwali ochronę! Agnieszka musiała oddać portfel z całym zasiłkiem! Tu jest ze trzy i pół tysiąca do zapłaty!
— Dziś rano mówiłeś o notariuszu, prawda?
— Tak, ale to nie ma teraz znaczenia! Przyjedź i podpisz te papiery. Będziemy mogli to wszystko rano wyjaśnić!
— Notariusz będzie. Tylko nie do mieszkania cioci Haliny.
— Nie rozumiem.
— Zadzwoniłam do swojej prawniczki w Lublinie. Przygotowuje wniosek o rozdzielność majątkową. I o zwrot dwunastu tysięcy, które przelałeś z mojego konta bez pytania.
W telefonie zapadła cisza tak długa, iż usłyszała na tle ćwierkającego świerszcza. Wreszcie Tomek odezwał się cicho:
— Skąd wiedziałaś o dwunastu tysiącach?
— Bank wysłał mi powiadomienie o przelewie, zanim zdążyłeś wyjść z toalety.
Rozłączyła się.
Następnego ranka dostała wiadomość od recepcji pensjonatu. Goście z pokojów osiem, trzynaście i czternaście zostali wyproszeni po kłótni z kierownikiem. Zaległość opiewała na cztery tysiące dwieście sześćdziesiąt złotych. W depozycie znaleziono puste opakowania po alkoholu w sejfie. Teściowa zostawiła w pokoju suszarkę przyniesioną z domu, bo myślała, iż to hotelowa.
Gabrysia siedziała na balkonie nad rynkiem. Z dołu dochodził głos przewodnika oprowadzającego wycieczkę. Piła kawę z małej szklanki i patrzyła, jak jaskółki zrywają się z gzymsu.
O dwunastej w południe zadzwoniła do swojej prawniczki.
— Pani mecenas, proszę przelew na półtora tysiąca za przygotowanie sprawy i rozpocząć procedurę. Do Lublina wrócę pojutrze. Proszę też dopilnować, żeby moja karta nie widniała w żadnym rachunku z tego pensjonatu.
Potem weszła do sklepu z antykami i kupiła stary, żeliwny klucz do drzwi. Dziewięćdziesiąt złotych. Położyła go na parapecie i dłuższą chwilę patrzyła, jak słońce odbija się od metalu.
Na telefon przyszła wiadomość od Tomka: „Mama mówi, iż oddasz jej za suszarkę. I iż jutro mamy mediację rodzinną."
Gabrysia nie odpisała. Wrzuciła telefon do torby, a żeliwny klucz do kieszeni płaszcza. Wychodząc, sprawdziła jeszcze, czy światło na tarasie naprawdę gaśnie o północy.











