Sex, drugs and lobster Rolls – gdy słowa stają się własnością

bejsment.com 2 godzin temu

Właścicielka małej firmy twierdzi, iż jest to synonim jej marki i złożyła wniosek o zastrzeżenie znaku towarowego – ale inni się z tym nie zgadzają.

Kiedy Jillian Popplow, właścicielka niewielkiego sklepu w Yarmouth, zaczęła pakować do pudełek dziesiątki koszulek z napisem „sex, drugs and lobster”, wiedziała już, iż tej historii nie wygra. Dla niej był to żartobliwy slogan, od lat krążący w nadmorskim slangu. Dla kogoś innego — element prywatnej marki, który należy chronić.

Popplow otrzymała pismo z żądaniem zaprzestania sprzedaży koszulek, ponieważ hasło objęto wnioskiem o rejestrację znaku towarowego. Nie było mowy o sporze sądowym. Mała firma, brak prawników, brak środków. Produkt zniknął ze sprzedaży.

— choćby nie wiem, czy mogę je rozdać za darmo — mówi Popplow. — Leżą w pudełku i zastanawiam się, co dalej.

Kto „wymyślił” – to zdanie?

O rejestrację sloganu zabiega Nadyne Kasta, artystka i przedsiębiorczyni, właścicielka marki „The Girl From Away”. Jej zdaniem to właśnie ona nadała temu wyrażeniu rozpoznawalność.

— To zdanie nie istniało publicznie, zanim nie umieściłam go na swoich koszulkach — przekonuje. — jeżeli dziś jest popularne, to dzięki mojej pracy i klientom.

Od 2015 roku slogan stał się fundamentem jej biznesu: trafił na koszulki, torby, magnesy i naklejki. Dla Kasty to nie mem kulturowy, ale efekt lat inwestycji, promocji i ryzyka. A znak towarowy — jak podkreśla — trzeba egzekwować, inaczej się go traci.

Prawo kontra język

Jak wyjaśnia Reagan Seidler, prawnik specjalizujący się w prawie znaków towarowych, właściciele marek nie mają wyboru.

— jeżeli nie reagują, mogą utracić wyłączne prawa — tłumaczy.

Problem w tym, iż język nie działa jak logo. Przykładów jest wiele. W 2012 roku kanadyjski Sąd Federalny unieważnił znak towarowy „french press”, uznając, iż termin stał się zbyt powszechny, by należał do jednej firmy.

Nadyne Kasta sprzedaje koszule i inne artykuły za pośrednictwem swojej firmy The Girl From Away.

Dokładnie o to dziś toczy się spór. Czy „sex, drugs and lobster” to oryginalna marka, czy oczywista gra słów — regionalna wariacja na temat „seks, drugs and rock and roll”?

Gdzie przebiega granica?

Sceptyczny jest m.in. Matt Snow, sprzedający koszulki z tym samym hasłem w USA.
— To naturalny żart językowy. Homary w regionie nadmorskim są tym, czym rock and roll w kulturze masowej — mówi. — Nie da się zastrzec oczywistości.

Formalnie sprawa nie pozostało przesądzona. Kanadyjski Urząd Własności Intelektualnej wydał zgodę wstępną, ale przed rejestracją obowiązuje okres na zgłoszenie sprzeciwów. Ostateczne słowo może należeć do Rady ds. Sprzeciwów wobec Znaków Towarowych.

Dla Popplow to jednak niewielka pociecha.
— jeżeli można zastrzec takie hasło, to gdzie jest granica? — pyta. — Czy ktoś zastrzeże słowo „Maritimers”?

Jillian Popplow, współwłaścicielka The Lumberjack’s Daughter w Yarmouth w Nowej Szkocji, powiedziała, iż zostały jej 63 koszulki.

Jej niesprzedane koszulki wciąż leżą w pudełku. A spór o trzy słowa stał się symbolem większego problemu: czy prawo do marki może zawłaszczyć wspólny język i lokalną tożsamość — i kto płaci za to cenę.

Idź do oryginalnego materiału