Setny dom bez kredytu — jak Roman Wieczorek spłacił dług, którego nikt nie widział
Nazywam się Wiktor Zalewski, mam pięćdziesiąt dwa lata i przez osiemnaście lat prowadziłem warsztat samochodowy przy ulicy Fabrycznej w Bydgoszczy. To ja jestem tym drugim w tej historii — tym, który patrzył z boku, jak jego szwagierka dźwiga na plecach coś, czego nikt jej nie kazał dźwigać.
Moja żona, Ania, ma siostrę, Martę. Marta w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku, mając siedemnaście lat, rzuciła technikum gastronomiczne i razem z chłopakiem z sąsiedztwa założyła mały teatr amatorski w sali parafialnej na Szwederowie. Nie mieli pieniędzy, mieli tylko kolejną sobotnią premierę i wiarę, iż ktoś przyjdzie. Ten chłopak z sąsiedztwa nazywał się Roman Wieczorek. Dziś, po czterdziestu latach, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów w kraju — grał w serialach, w teatrze, w filmach wojennych. Ludzie na ulicy do dziś krzyczą za nim imię postaci, którą zagrał w latach dziewięćdziesiątych — kombatanta po amputacji, którego los złamał, ale nie do końca.
Widziałem, jak to na niego działa. Nie chodziło o autografy. Ludzie po amputacjach podchodzili do niego w kolejce w Biedronce, na dworcu, na cmentarzu, i mówili: „To byłem ja". Roman zaczął jeździć do szpitali wojskowych, potem do jednostek za granicą. W dwa tysiące trzecim roku założył zespół muzyczny, który grał za darmo dla żołnierzy i ich rodzin — koncerty na lotniskowcach, w strefach przygranicznych, w miejscach, do których żaden aktor by się nie pchał. Przez lata uzbierało się ponad sześćset takich występów. W dwa tysiące jedenastym roku powstała fundacja jego imienia — buduje domy dostosowane dla ciężko rannych weteranów, bez hipoteki, bez odsetek, gotowe pod klucz.
Ja to wszystko widziałem z boku, bo moja żona i Marta co dwa tygodnie jeździły do niego z pierogami — mimo sławy, mimo wszystkiego, u nas w rodzinie przez cały czas nazywał się po prostu Romek.
W dwa tysiące osiemnastym roku coś się odwróciło. Jego żona, Halina, usłyszała diagnozę: rak piersi, trzeci stopień. Dwa miesiące później ich syn, Kuba, dowiedział się, iż ma struniaka — rzadki nowotwór kości. Pamiętam tę niedzielę, kiedy Marta zadzwoniła do Ani i powiedziała tylko: „Romek nie przyjedzie na imieniny. Kuba jest w szpitalu w Warszawie". Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, jak długo to potrwa.
Odsunął się od kamer, od scenariuszy, od wszystkiego. Nie zniknął z dnia na dzień. Najpierw odwołał jeden wyjazd na plan, potłumaczył się producentowi, iż to tylko tydzień. Potem odwołał drugi. Na imieninach Marty w listopadzie nie było go już drugi rok z rzędu, a na zdjęciu, które wtedy wysłała nam z telefonu, miał workowatą, szarą twarz człowieka, który od tygodni nie spał w swoim łóżku. Odmawiał propozycjom jedną po drugiej, aż w końcu nie było już czego odmawiać. Marta powiedziała mi kiedyś, siedząc na naszej kuchni przy Fabrycznej, z filiżanką wystygłej herbaty w dłoni: „On mówi, iż opieka pielęgniarska i te wszystkie dodatkowe rzeczy nie zawsze wchodzą w ubezpieczenie. Że dzięki karierze mógł dać Kubie to, czego potrzebował". Zapamiętałem to zdanie, bo w moim warsztacie klienci też płacą za części, których NFZ im nie zwróci — tylko iż u mnie chodzi o wymianę sprzęgła, a nie o życie syna.
Halina wyzdrowiała, weszła w remisję. Kuba walczył ponad pięć lat. Nie przestał komponować muzyki choćby wtedy, gdy choroba postępowała — Marta pokazywała nam nagrania na telefonie, siedząc w naszym ogródku, gdzie akurat kwitły bzy, a sąsiedzki jamnik szczekał na każdego przechodnia za płotem.
Telefon od Marty przyszedł piątego stycznia dwa tysiące dwudziestego czwartego roku, wcześnie rano, jeszcze przed siódmą. Ania siedziała przy stole z kubkiem kawy, którego choćby nie zdążyła nalać do końca. Odebrała, powiedziała tylko „tak, tak, jesteśmy", odłożyła telefon na blat i przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, tylko wodziła palcem po uchu filiżanki. Kuba miał trzydzieści trzy lata. W naszej kuchni na Fabrycznej nikt nie włączył radia tego ranka.
Roman nie wrócił do pracy na pełen etat. Czasem czyta lektora, czasem pojawia się na jakimś wydarzeniu, ale całe swoje życie ułożył wokół rodziny, nie odwrotnie. Większość energii wkłada teraz w fundację — obozy dla rodzin, sprzęt do poruszania się, samochody przystosowane dla niepełnosprawnych, domy budowane jeden po drugim w różnych miastach kraju. W listopadzie tego roku, dwa tysiące dwudziestego piątego, fundacja przekazała setny taki dom — rodzinie z Podkarpacia, ojcu trójki dzieci, który wrócił z misji bez nogi. Roman osobiście przywiózł im klucze, tak jak robił to przy pierwszym domu, w dwa tysiące jedenastym.
Ma już pięcioro wnucząt. Teatr, który założył z Martą w tamtej salce parafialnej, wciąż działa. Fundacja też.
A ja pamiętam jeden wieczór, może z dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, kiedy przyjechał do nas nieoczekiwanie, bez ochrony, bez asystenta, sam, w starej kurtce, i usiadł w moim warsztacie na taborecie obok podnośnika, bo akurat kończyłem robotę przy czyimś polonezie. Nie mówił o Kubie. Pytał mnie o silnik, o ceny części, śmiał się z czegoś głupiego w telewizji. Po godzinie wstał, podał mi kawę z termosu, bo maszynka akurat się zepsuła — nie, to ja mu podałem — uścisnął mi rękę tak mocno, iż bolała jeszcze następnego dnia, i powiedział: „Wiktor, dobrze, iż jest u was zwyczajnie".
Zamknąłem bramę warsztatu na klucz, żeby nikt go nie zaczepiał, gdy wychodził. Wsiadł do swojego auta i odjechał w stronę obwodnicy, do Warszawy, do szpitala, gdzie Kuba czekał na kolejne badanie.














