Poznałyśmy się z Jolą na przystanku tramwajowym przy alei Solidarności. Padał deszcz ze śniegiem, taki warszawski, marcowy, co to mokry jest i zimny naraz. Jola stała bez parasola, z torbą warzyw, i patrzyła na tablicę, jakby tam miało być napisane coś o jej losie, a nie tylko rozkład jazdy. Papryka wystawała jej z siatki, czerwona, jedyna jasna rzecz na tym całym szarym przystanku.
Zagadałam pierwsza, bo tramwaj znowu się spóźniał, a ja nie znoszę stać w milczeniu obok kogoś, kto wyraźnie walczy ze łzami. Tak to się zaczęło — od pietruszki i awarii na torach. Jola okazała się sąsiadką, mieszkała dwa bloki ode mnie, na piątym piętrze w tej nowej plombie obok piekarni. Wymieniłyśmy się numerami, bo stwierdziła, iż skoro obie gotujemy w samotności, to może czasem razem.
Dwa miesiące później siedziałam u niej w kuchni. Wąska, długa jak wagon kolejowy, z oknem na podwórko-studnię. Sąsiad z naprzeciwka miał klatkę z papugą, i ten ptak darł się za każdym razem, gdy ktoś odkręcał wodę. Jola mieszała cukier w szklance z herbatą i wreszcie powiedziała to, co cisnęło jej się na usta od tygodnia.
— Poznałam kogoś.
Odłożyła łyżeczkę na spodek, równo, jakby od tego zależało, czy zdanie przejdzie dalej.
— I wiesz co jest najgłupsze? Boję się, iż ci się nie spodoba.
— Mnie? A co ja mam do twojego faceta?
Jola westchnęła, podniosła telefon i pokazała mi zdjęcie. Na zdjęciu stali we dwoje na tle jakiegoś koncertu, chyba w Stodole, bo za nimi majaczyły światła sceny. Ona — metr siedemdziesiąt osiem, rozpromieniona, w zamszowych botkach na obcasie. On — no, najwyżej metr sześćdziesiąt pięć. W dodatku szczupły taki, iż kurtka wisiała na nim jak na wieszaku.
— Tomek — powiedziała. — Pracuje w serwisie rowerowym na Pradze. Śmieszny taki, iż potrafi gadać o przerzutkach pół godziny i choćby ci się to zaczyna podobać.
— No i?
— No i… — Jola podparła brodę dłonią. — Tata mi powiedział, iż taki związek to pośmiewisko. Że jak wejdę z nim do pokoju, to wszyscy będą patrzeć na nas jak na cyrk. A jak urodzę dzieci, to synowie będą niżsi od kolegów i będą mieli przechlapane w szkole.
Zamarłam z kubkiem w pół drogi do ust.
— Tak ci powiedział?
— Dosłownie. Dodał jeszcze, iż Tomek na pewno ma kompleks i iż go ten kompleks zje, i iż w końcu zacznie się na mnie wyżywać. Bo niscy faceci tak mają.
Papuga za oknem wrzasnęła, jakby chciała podtrzymać ojca Joli.
I wtedy mnie zatkało drugi raz. Bo Jola dodała cicho, patrząc w parującą herbatę:
— No i Tomek… on sam się z tym nie czuje dobrze. Któregoś dnia zobaczył nasze odbicie w witrynie banku i powiedział, iż wyglądam z nim jak starsza siostra, która pilnuje brata na imprezie.
— Serio?
— Serio. I wiesz, co zrobił następnego dnia? Kupił sobie wkładki. Takie, co niby dodają pięć centymetrów. Nie mówiąc mi nic. Zobaczyłam je w łazience, leżały na pralce. I tak mi się serce ścisnęło, wiesz? Nie dlatego, iż je kupił. Tylko iż uznał, iż musi się zmieniać, żeby być dla mnie dość.
Teraz to i ja odłożyłam herbatę. Bo to już nie była opowieść o wzroście. To była opowieść o tym, jak ktoś w nią wmówił — ojciec, koledzy, lustra w witrynach — iż miłość ma metrykę. Jakby uczucie dało się zmierzyć stolarskim metrem, takim żółtym, co to go się wyciąga i puszcza z trzaskiem.
— A ty co mu na to? — zapytałam.
— Nic. Udaję, iż nie widziałam tych wkładek. Bo nie wiem, która wersja byłaby gorsza: iż to dla mnie, czy iż to dla niego.
Siedzimy w ciszy. I ja wiem, iż za chwilę powiem coś, co zabrzmi jak truizm, jak wyświechtany cytat z tapety. Ale patrzę na Jolę, na tę dziewczynę, która kupuje paprykę na wagę i podpiera brodę dłonią jak zmęczone dziecko, i mówię:
— Słuchaj. Wzrost to jest coś, co widać na pierwszym spotkaniu pięć sekund. A potem jak się kogoś kocha, to w ogóle nie patrzysz na to, czy jest wyższy, niższy, łysy czy z krzywym nosem. Patrzysz, jak otwiera drzwi. Jak trzyma twoją rękę, gdy jest ślisko. Co mówi, kiedy ty nie masz siły mówić nic.
I Jola uniosła na mnie wzrok po raz pierwszy od kwadransa. Ale nic nie powiedziała, tylko zaczęła kruszyć herbatnika na spodek, tak drobno, jakby karmiła ptaki na parapecie.
Wtedy z kieszeni kurtki wyciągnęła telefon i pokazała mi wiadomość od Tomka. Krótką, bez znaków interpunkcyjnych, bo pisał w tramwaju.
„Wymieniłem ci linkę w hamulcu. I wiesz co? Pachniesz mi lepiej niż nowa karbonowa rama”
— A wiesz, ile to znaczy? — zapytała. — On kocha rowery bardziej niż cokolwiek. Od piętnastu lat składa ludziom maszyny. I napisał, iż pachnę lepiej niż karbon.
Parsknęłam śmiechem. Bo to było piękne. I wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że patrzę na Jolę i nagle widzę: ona wcale nie chce ode mnie usłyszeć, iż wzrost nie ma znaczenia. Ona chce, żeby ktoś jej powiedział, iż to, co czuje do tego faceta, jest ważniejsze niż to, co zobaczy jej ojciec, gdy wejdą razem do wigilijnego pokoju.
Więc jej to mówię. I dodaję coś, czego nie planowałam:
— Twój tata ma metr osiemdziesiąt? No to z nim się nie kochasz, tylko z Tomkiem. I sorry, ale jeżeli wybierzesz faceta według tego, co ojciec widzi w twoim łóżku, to nie zbudujesz nic.
Potem Jola zadzwoniła do mnie w nocy. Pierwsza w nocy, telefon brzęknął o szafkę jak osa. I powiedziała tylko: „Zadzwonię do Tomka i powiem mu o tych wkładkach. Nie chcę, żeby chodził w nich do końca życia, jak w kajdanach”.
I tyle. A ty pytasz, czy wzrost ma znaczenie?
Mój mąż jest ode mnie niższy o trzynaście centymetrów.
Ożeniłam się z nim jedenaście lat temu, w ratuszu na Woli. Wzięłam go w ten deszczowy marzec, gdy papuga za oknem drze się jak opętana, a twój ojciec stoi w drzwiach i nie potrafi zdjąć z twarzy tego grymasu, co to choćby nie wiadomo, czy to duma, czy zgaga.
I wiesz, co zrobił Tomek w dniu naszego ślubu?
Wszedł do sali, gdzie czekali goście, a potem podszedł do mojego ojca, wyciągnął mu dłoń i powiedział głośno, żeby wszyscy słyszeli:
— Proszę, niech pan mi poda rękę, bo będę dziś pana córką opiekował się tak, iż po roku sam pan zapyta, gdzie ja się uchowałem przed pana wzrokiem.
A potem zdjął te wkładki, schował do kieszeni marynarki i przetańczył ze mną cały pierwszy taniec na bosaka. Bo nasze stopy nie muszą się nikomu tłumaczyć.
A papuga? Papuga zamilkła tej nocy po raz pierwszy od wiosny. I to chyba był jedyny cud, na jaki wtedy było nas stać.













