Natalia wzięła kartkę. „Czemu mi to dajesz? Przecież… przecież ja was tyle miesięcy z Krystyną męczyłam.”
Magda wzruszyła ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
– Ty mnie nie męczyłaś. Twoja matka próbowała mnie wygryźć z własnego mieszkania. Ty tylko stałaś obok i się bałaś, iż jak się nie zgodzisz, to zostaniesz bez niczego. Znam to. – Zamilkła na chwilę, patrząc na Antka, który kucnął przy krawężniku i układał w rządku kasztany. – Nie mam z tobą na pieńku. Mam z twoją matką. A to różnica.
Natalia złożyła kartkę na pół, potem jeszcze raz, jakby chciała ją schować głęboko, żeby nie zniknęła. Ręce jej się trzęsły, ale nie od zimna.
– Zadzwonię jutro rano – powiedziała cicho. – Naprawdę zadzwonię.
– Zadzwoń dziś. Kadrowa siedzi do szesnastej.
Antek podniósł głowę znad kasztanów.
– Mamo, to będziesz pracować blisko babci Krystyny?
– Nie, synku. Będę pracować blisko pani Magdy.
Powiedziała to bez cienia ironii, po prostu jak fakt. I w tym momencie coś między nimi się domknęło – nie przyjaźń, nie rodzina, ale coś, co starczy, żeby dalej żyć obok siebie w tej samej klatce schodowej.
Magda już miała wejść do bramy, kiedy Natalia złapała ją za rękaw.
– Ona się nie zmieni. Moja matka. Chcę, żebyś wiedziała, iż ja to widzę. I iż mi wstyd.
– Wiem – odpowiedziała Magda. – Dlatego to robię teraz, a nie czekam, aż się zmieni.
Wieczorem zapukała do mnie, tak jak czasem robiła, kiedy zostawało jej za dużo jedzenia. Przyniosła słoik rosołu i kawałek szarlotki w folii.
– Pani Zosiu, żeby się nie zmarnowało.
Postawiłam wodę na herbatę, a ona usiadła na taborecie, tym samym, na którym ja siadam, kiedy robię na drutach.
– Krystyna dzwoniła? – spytałam, bo wiedziałam, iż dzwoniła, choć nie wiedziałam co powiedziała.
– Dzwoniła. Powiedziała, iż jestem bez serca, iż wykorzystuję jej wnuka, żeby się popisać przed sąsiadami.
– A ty co na to?
– Nic. Odłożyłam telefon i ugotowałam rosół.
Roześmiałam się, bo to było do niej podobne – cała ta dziewczyna w jednym zdaniu.
Tomasz nie wrócił już do tematu matki, przynajmniej nie przy otwartym oknie, bo więcej nie słyszałam żadnych kłótni z tamtej strony klatki. Czasem tylko widywałam, jak wieczorami siedzi z Magdą na balkonie, oboje cicho, z kubkami herbaty, i patrzą na podwórko, gdzie latem suszy się pranie sąsiadów, a jesienią leżą kasztany, które ktoś zawsze zapomni sprzątnąć.
Natalia zaczęła pracę w banku w połowie września. Raz w tygodniu, we wtorki, zostawiała Antka u mnie na godzinę, zanim zdążyła odebrać go z zerówki jej sąsiadka z bloku. Chłopak siadał przy moim stole i układał kasztany w szeregi, a ja robiłam na drutach kolejny rząd swetra, który miał być na zimę dla wnuka.
Krystyna, jak słyszałam od Natalii, zamieszkała sama, w swoim mieszkaniu na Bieżanowie, i dalej dzwoniła – już nie z pretensjami o mieszkanie, ale coraz częściej po prostu, żeby ktoś odebrał telefon. Natalia odbierała. Nie z obowiązku już, tylko dlatego, iż to wciąż była jej matka, a złość, jak się okazuje, też się zużywa, jeżeli nikt jej nie dokłada nowego paliwa.
Ja siedzę tu, na trzecim piętrze, po prawej stronie od schodów, i patrzę przez okno, jak Magda wraca z pracy, a naprzeciwko, pod czternastką, świeci się światło, którego przez dwa lata nie było. Sweter mam już prawie skończony. Zostały tylko rękawy.














