Zabrałam ojca do Millennium na Nowogrodzkiej, bo trzeba było zrobić przelew na remont dachu na działce w Sulejówku. Kolejka ciągnęła się aż do automatu z numerkami, więc usiadłam obok niego na tych plastikowych krzesełkach i patrzyłam, jak ochroniarz co chwilę zerka na zegarek nad wejściem do skarbca.
Czterdzieści minut czekania to dużo czasu w rozmowę.
— Tato, a może założymy ci bankowość internetową? — zapytałam, bo miałam już dość patrzenia, jak marnuje na to popołudnia. — Przelew zrobisz w telefonie, w piżamie, bez wychodzenia z domu.
Spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponowała mu przeprowadzkę na Księżyc.
— A po co mi to?
— Zakupy też zrobisz online. Frisco przywiezie, co chcesz, pod same drzwi. Nie musisz nigdzie chodzić, wszystko masz na ekranie.
Zaczęłam mu tłumaczyć, jak działa aplikacja, iż choćby lekarstwa z apteki na Puławskiej można zamówić z dostawą, iż kurier zostawi paczkę u sąsiadki, jeżeli go nie zastanie. Mówiłam to wszystko z takim zapałem, jakbym wprowadzała go do jakiegoś lepszego świata.
On tylko obracał w palcach książeczkę czekową, tę starą, w brązowej okładce, której adekwatnie już nikt nie używa.
— To znaczy, iż mógłbym w ogóle nie wychodzić z domu?
— No właśnie, tato. O to chodzi.
Milczał chwilę. Za oknem akurat tramwaj numer 4 zgrzytał na zakręcie, a jakaś kobieta z wózkiem próbowała się przecisnąć przez drzwi obrotowe.
— Wiesz — zaczął — od kiedy tu weszliśmy, spotkałem trzech znajomych. Z panią Basią z okienka gadam już piętnaście lat, wie, iż wnuki mam w Krakowie i iż w zeszłym roku miałem operację kolana. Ja jestem sam, córciu, od kiedy mama umarła. To dla mnie nie jest kolejka do przelewu. To jest towarzystwo.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do głosu.
— Ogolić się rano, ubrać porządną koszulę, wyjść, wsiąść w tramwaj — to jest mój dzień, rozumiesz? Mam czasu w bród, tylko nie mam z kim go spędzić. A tu przynajmniej ktoś zapyta, jak się czuję.
Zamilkł na moment, patrząc gdzieś w stronę okienek.
— Pamiętasz, jak dwa lata temu leżałem z zapaleniem płuc w Bródnie? Pan Krzysiek, warzywniak spod bloku, ten od pietruszki i jabłek łobuskich, przyszedł mnie odwiedzić. Usiadł przy łóżku, przyniósł rosół od żony. A jak mama się przewróciła na spacerze w parku Skaryszewskim, to właśnie on ją zobaczył z okna, wsadził do swojego starego passata i przywiózł prosto pod dom, bo wiedział, na którym piętrze mieszkamy.
— Wiem, tato…
— To skąd wiedziałby, gdzie mieszkam, gdybym zamawiał wszystko przez internet i nigdy nie wychodził na ulicę? Skąd znałby moje imię, skoro na paczce byłoby tylko "klient"? Ja nie chcę, żeby mi coś tam jakiś magazyn w Błoniach pakował do kartonu. Ja chcę wiedzieć, komu daję pieniądze i kto mi sprzedaje jabłka.
Wstał, bo akurat zapaliła się jego cyferka na wyświetlaczu, i ruszył w stronę okienka, poprawiając kołnierzyk płaszcza.
Nie wróciliśmy już do tematu bankowości internetowej. Zresztą po drodze do domu zatrzymał się jeszcze przy warzywniaku, żeby kupić pietruszkę i porozmawiać pięć minut z panem Krzyśkiem o pogodzie i o meczu Legii.
A ja przez całą drogę powrotną myślałam tylko o jednym: iż w moim telefonie mam osiemset kontaktów i ani jednego sąsiada, którego imię bym znała.












