Kiedy Ała podjeżdża pod mój blok w Toruniu, ja siedzę w fotelu na czwartym piętrze i od godziny nie mogę zmusić się do zapalenia górnego światła. Za oknem, przy ulicy Kościuszki, tramwaj numer dwa skręca w stronę Dworca Głównego, a chłodne powietrze pachnie deszczem i kotletem z baru na parterze. Jest połowa listopada, sezon na kryzysy rodzinne i długie telefony z Warszawy.
Ała to moja córka. Ma czterdzieści dwa lata, dyrektorskie stanowisko, męża Jacka, dwójkę dzieci i zwyczaj wpadania do mnie bez zapowiedzi w niedzielę po południu. Dokładnie wtedy, kiedy ja próbuję poskładać myśli po całym tygodniu pracy w bibliotece wojewódzkiej. Nie chodzi o to, iż jej nie kocham. Kocham. Tylko iż jej obecność w moim mieszkaniu zawsze oznacza jedno: przestawianie moich kubków.
Słyszę, jak otwiera drzwi kluczem. Owszem, ma swój egzemplarz. Dałam go jej dziesięć lat temu, po rozwodzie jej najlepszej przyjaciółki, kiedy Ała potrzebowała miejsca, gdzie mogłaby się wypłakać. Klucz został jej na stałe, bo tak było wygodnie. Teraz wchodzi, nie pukając, i od progu robi minę, którą znam z dzieciństwa: rozczarowaną, ale uśmiechniętą.
— Mamo, znowu siedzisz po ciemku? Ile razy mam ci mówić, iż tak się niszczy wzrok?
Nie mówię, iż górne światło jest zepsute od wtorku i iż elektryk wycenił naprawę na sto osiemdziesiąt złotych. Nie mówię też, iż siedzenie po ciemku mi nie przeszkadza. Ała już wiesza płaszcz na oparciu krzesła, chociaż obok stoi wieszak. Od dziesięciu lat. Wieszak. Na płaszcze.
— Przywiozłam ci zupę. Ogórkową. — Stawia na stole plastikowy pojemnik. — I chciałam porozmawiać.
Patrzę na pojemnik. Podobny mam pod zlewem. Sześć sztuk. Czekają, aż odłożę do nich mrożoną fasolkę po bretońsku, którą ugotowałam w sobotę i której nie zdążyłam zamknąć, bo zadzwoniła koleżanka z biblioteki. Nie znoszę, kiedy ktoś przynosi mi jedzenie w pojemnikach. Zwłaszcza w niedzielę.
— Mamo, usiądź — mówi Ała.
Siedzę.
— Musimy pogadać o świętach.
Oczywiście. Święta. W Toruniu święta pachną piernikami już od połowy listopada, a dla mojej córki oznacza to jedno: u Matki Boskiej Częstochowskiej o szesnastej, potem dwanaście osób w moim mieszkaniu, barszcz z uszkami, karp, trzy gatunki ryb, dwie sałatki, ciasto drożdżowe i rozmowy o polityce przy kawie zbożowej, której i tak nikt nie pije.
— W tym roku przyjedziemy wszyscy. Jak co roku. — Ała przegląda telefon, jakby tam była lista obecności. — Będzie może czternaście osób. Dziadek Bronek też.
Dziadek Bronek. To akurat teść mojego zięcia. Człowiek, który zawsze siada na moim ulubionym miejscu przy oknie i opowiada o tym, jak to kiedyś w wojsku gotowano zupę z pokrzyw. Znałam go dwanaście lat i przez dwanaście lat nie nauczył się, iż u mnie na parapecie stoi kaktus, którego nie wolno dotykać.
— Ała — mówię. — W tym roku nie robię świąt u siebie.
Słyszę, jak w kuchni kapie kran. Kropla. Druga. Trzecia. Ten kran wymieniliśmy z Markiem, twoim ojcem, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym. Od tamtej pory kapie zawsze w listopadzie, jakby dom pamiętał wszystkie niedopowiedziane rozmowy.
Ała podnosi głowę znad telefonu. Ten ruch. Znam go od jej trzeciego roku życia. Najpierw przechyla głowę w lewo, potem mruży oczy, potem uśmiecha się tak, jakby świat właśnie powiedział coś niestosownego.
— Słucham?
— Nie robię świąt u siebie. Mam dość. Jestem zmęczona. Od jedenastu lat przyjeżdżacie do mnie, jecie, zostawiacie po sobie osiemnaście brudnych talerzy, a ja potem przez trzy dni nie mam siły wyjść po bułki. Nie chcę tak więcej.
Ała chowa telefon do torebki. Powoli. Torebka ma złote kółka, które dzwonią, jakby każde z nich miało osobne zdanie.
— Mamo, przecież to tradycja. Dzieci czekają na ten wyjazd cały rok. Nie możesz im tego zrobić.
— Mogę — mówię. — Właśnie to robię.
I wtedy zaczyna się znajoma litania. „Jesteś sama, potrzebujesz ludzi”, „jak ty możesz tak żyć bez rodziny”, „przecież to nienormalne nie chcieć nikogo widzieć”, „będziesz żałować”. Wszystko to słyszałam już wielokrotnie. Od córki, od siostry z Bydgoszczy, od sąsiadki spod siódemki, która zawsze komentuje, iż za rzadko święcę, mimo iż do kościoła chodzę częściej niż ona.
Ała chodzi po pokoju. Otwiera lodówkę, zamyka, przestawia mój kubek z parapetu na stół, choć w tym kubku jest zimna herbata, którą zostawiłam celowo, bo chciałam dokończyć ją po wieczornym dzwonku z biblioteki. Patrzę, jak jej dłoń dotyka mojego kaktusa. Kaktusa nie wolno dotykać. Ma kolce, które pani z kwiaciarni na Szerokiej sprzedała mi rok temu razem z doniczką i powiedziała: „Proszę uważać, był taki jeden, co chciał przesadzić i skończył na pogotowiu”. Od tamtej pory traktuję go jak test na cierpliwość.
— Mamo, nie bądź dzieckiem — mówi Ała. — Pomyśl o wnukach. One chcą do babci na święta.
Wnuki. Jasne. Mateusz, lat dziesięć, i Zosia, lat siedem. Kochane dzieciaki. Rok temu schowali mi pilota do szuflady z ręcznikami i znaleźli go po trzech dniach, jak już zdążyłam zamówić nowy. Mają talent do wywracania mojego mieszkania do góry nogami. Po każdej ich wizycie znajduję resztki ciastek w wannie, skarpetki w kuchni i zdjęcia w nieładzie, jakby ktoś zrobił rewizję.
— Nie przyjeżdżajcie w tym roku — mówię spokojnie, bo czuję, iż serce mi przyspiesza, ale to nie jest strach. To coś innego. Coś, na co czekałam od dawna. — Zarezerwujcie sobie hotel w Toruniu. Są ładne pokoje, niedrogie, w okresie przedświątecznym ceny spadają. Albo jedźcie do teścia. Ja w tym roku święta spędzę sama.
— Sama?! — Ała podnosi głos. — Chrzestna mi mówiła, iż ty od jakiegoś czasu dziwnie się zachowujesz. Naprawdę, mamo. Zamykasz się, nie zapraszasz nikogo. choćby pani Helena z naprzeciwka mówiła, iż nie otwierasz jak puka.
Pani Helena. Sąsiadka z naprzeciwka. Kobieta, która od trzech lat próbuje mnie wciągnąć do klubu osiedlowego, gdzie emeryci grają w brydża i dyskutują o tym, ile kosztuje masło w Biedronce. Puka do moich drzwi zawsze wtedy, gdy jestem w trakcie rozkładania włóczki na kanapie. Raz na dwa tygodnie, z dokładnością szwajcarskiego zegarka.
— Nie muszę otwierać — odpowiadam. — Mam prawo.
— Do czego?!
— Do spokoju.
Ała siada na kanapie. Ta kanapa ma dwadzieścia trzy lata, miejscami przetarta, ale moja. Sama ją wybierałam z katalogu w czasach, gdy w Toruniu meble zamawiało się przez znajomości. Ała rzuca na nią swój szalik. Kaszmirowy. Prezent ode mnie. Na czterdziestkę.
— Dobrze — mówi, a ja wiem, iż to wcale nie jest dobrze. — To może powiedz mi, co się naprawdę dzieje. Bo nie uwierzę, iż po prostu nie chcesz rodziny na święta.
Wstaję. Podchodzę do półki. Między tomikami poezji Szymborskiej a katalogiem wystawy w Muzeum Okręgowym leży koperta. Wyjmuję ją. W środku jest dokument, który podpisałam trzy dni temu w kancelarii notarialnej przy Rynku Staromiejskim.
— Co to? — pyta Ała, nie patrząc na kopertę, tylko na mnie.
— Umowa darowizny — mówię. — Dla biblioteki wojewódzkiej. Przekazuję im swój księgozbiór. Ten z najcenniejszymi egzemplarzami. Wartość wyceniono na czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych.
W pokoju zapada cisza. Ale nie taka, jaką znam ze swojego samotnego wieczoru. To cisza, która ma ciężar. Ała powoli otwiera kopertę, przebiega wzrokiem po dokumencie, jakby szukała błędu.
— Oszalałaś — mówi w końcu. — Te książki to pamiątki po ojcu. Po twoim mężu. Po moim dziadku. Nie możesz ich tak oddać.
— Mogę. To moje książki.
— Ale… — Ała wstaje, dokument w jej ręce trzepocze jak oszalały ptak. — To jest twoje zabezpieczenie. Emerytura, leczenie, pogrzeb…
— Mam dokładnie odłożone czterdzieści osiem tysięcy na czarną godzinę i jedno mieszkanie, którego wartość też da się policzyć. Wystarczy na spokojny pogrzeb w rodzinnym grobowcu na cmentarzu przy ulicy Gałczyńskiego. Nie potrzebuję twojego zarządzania moim życiem.
Tego Ała się nie spodziewała. Widzę, jak szuka w głowie kolejnej litanii, kolejnego „przecież trzeba myśleć o przyszłości”. Ale ja już myślę. O przyszłości. Tyle iż po swojemu.
Odwracam się do okna. Na przystanku naprzeciwko stoi kobieta z parasolem, choć deszcz dawno przestał padać. Czeka na tramwaj numer pięć. W tle przejeżdża rowerzysta z siatką z warzywami. Toruń o tej porze pachnie dymem z kominów i mokrymi liśćmi.
— Więc co, mamy nie przyjeżdżać? — Ała mówi to cicho, jakby testowała, czy uwierzę.
— Nie przyjeżdżajcie — odpowiadam. — Zadzwoń w Wigilię. Porozmawiamy. Przyślij zdjęcia dzieci. Ale do domu was nie zapraszam. Ani w święta, ani w żadną inną niedzielę.
— A jak zachorujesz? Kto ci poda herbatę?
— Zamówię sobie taksówkę, pojadę do przychodni albo wezwę karetkę. Nie umieram od razu, Ała. A jak umrę, to znaczy, iż nadszedł czas. Ty się zajmiesz formalnościami. Albo nie. Zostawiłam ci numer do prawnika. W kopercie w szufladzie z bielizną. Tam, gdzie trzymam stare zdjęcia.
Ała patrzy na mnie, a ja widzę w jej twarzy coś, czego dawno nie widziałam. Nie złość. Nie żal. Zdumienie. Tak patrzy ktoś, kto nagle zauważył, iż stół, przy którym siadał od lat, należy do kogoś innego.
— Naprawdę to robisz — mówi.
— Już zrobiłam — odpowiadam. — Dokument jest podpisany u notariusza. Książki przeniosą do biblioteki w przyszłym tygodniu. W czwartek. O jedenastej.
Ała bierze torebkę. Złote kółka dzwonią głośniej. Jest zła. Widzę to po sposobie, w jaki zarzuca szalik na szyję. Nie mówi do widzenia. Nie całuje mnie w policzek. Wychodzi, zostawiając po sobie zapach perfum, pojemnik z zupą ogórkową na stole i niedomknięte drzwi na klatkę schodową.
Zamykam je na klucz. Przekręcam zamek górny i dolny. Sprawdzam, czy balkonowe w oknie od kuchni domknięte. Siadam na kanapie. Na oparciu wciąż leży jej kaszmirowy szalik. Zabieram go, składam w kostkę i kładę na szafce przy wejściu. jeżeli wróci po niego, niech zapuka.
Wieczorem dzwoni telefon. Numer Ał. Nie odbieram. Dzwoni drugi raz. Trzeci. Czwarty. O piątym razie włączam wyciszenie. Potem wyłączam górne światło, choć elektryk jeszcze go nie naprawił, i zapalam małą lampkę w rogu. Ma ciepłe światło. Żółte jak piernik.
Z lodówki wyjmuję swój pojemnik z fasolką po bretońsku. Dokładnie taki sam jak ten, który przywiozła Ała z zupą. Mój ma pęknięte wieczko, bo kupowałam go na targowisku cztery lata temu. Nikt mi go nie przyniósł. Sam go napełniłam.
I wtedy, pierwszy raz od długiego czasu, robię coś, na co mam ochotę. Siadam na podłodze. Tak po prostu. Na dywanie, który utkała moja matka, zanim umarła. Jem fasolkę prosto z pojemnika, palcami. Zimną. I nie muszę nikomu tłumaczyć, iż nie lubię łyżek.
Ała wraca w sobotę. Widzę ją z okna. Parkuje przed blokiem, wysiada z auta, patrzy w górę, na moje okna. Światło u mnie zgaszone, bo siedzę przy świeczce zapachowej, wanilia z karmelem, kupiona w Rossmannie za dwanaście złotych. Ała stoi tak z minutę. Potem wraca do auta. Odjeżdża.
Nie puka.
I dobrze. Bo ja nie otwieram.












