Rzeka Kacper wraca do życia

newsempire24.com 1 dzień temu

Smród uderzył mnie, zanim jeszcze zszedłem z mostku. Wianki z cmentarza, jeden na drugim, leżały w trzcinie tam, gdzie ktoś je po prostu zrzucił, żeby nie nosić do kontenera. Plastikowe butelki kołysały się przy brzegu razem z folią, a woda cuchnęła stęchlizną i benzyną. Usiadłem na starym betonowym nabrzeżu, tam gdzie kiedyś moja babcia płukała dywany, i pomyślałem — nikt tego nie ruszy, jeżeli ja nie zacznę.

Wróciłem do Sandomierza w marcu, po dwóch latach pracy sezonowej w Niemczech. Mam dwadzieścia dwa lata, mieszkam w bloku z widokiem na komin dawnej cukrowni, tuż nad Wisłą. Kacanka, mały dopływ Wisły, była miejscem, nad którym bawiłem się jako dziecko — teraz wyglądała jak dzikie wysypisko.

Zacząłem sam, w kwietniu. Kupiłem gumowe wodery za sto osiemdziesiąt złotych w sklepie wędkarskim, worki na śmieci brałem z marketu budowlanego hurtowo, po pięćdziesiąt sztuk. Codziennie po pracy w warsztacie samochodowym, gdzie zarabiam jako mechanik, szedłem nad Kacankę na dwie, czasem trzy godziny. Wyciągałem opony, kawałki styropianu, raz cały fotel samochodowy, który ktoś wrzucił zamiast oddać na złomowisko.

Sąsiad z bloku, pan Henryk, emerytowany kolejarz, obserwował mnie z okna i kiedyś krzyknął tylko: — I po co ci to, chłopie? Nie odpowiedziałem. Nie miałem jeszcze słów.

Znicze i kwiaty z kapliczki to był osobny problem — ludzie zostawiali je z pobożności, a ja nie chciałem nikogo urazić. Wymyśliłem więc kompostownik z drewnianych palet, postawiony trzydzieści metrów od kapliczki, z tabliczką „Tu składamy zeschnięte kwiaty — Bóg zapłać". Część mieszkańców zaczęła tam faktycznie nosić więdnące bukiety zamiast wrzucać je do wody razem z plastikowymi osłonkami.

Do lipca rzeczka wyglądała inaczej. Woda była przejrzysta, dało się zobaczyć kamienie na dnie, wróciły kaczki. Zrobiłem zdjęcie i wysłałem mamie, która mieszka w Tarnobrzegu — odpisała jednym słowem: „Nareszcie". To jedyne, czego wtedy potrzebowałem.

A potem, gdzieś w połowie sierpnia, na brzegu znowu pojawiły się puste puszki po piwie, foliówki z marketu, kiedyś choćby stary telewizor. Postawiłem duży kontener na śmieci przy moście, załatwiony przez znajomego z urzędu gminy za friko, bo miał się i tak przydać przy remoncie drogi. Trzy tygodnie później ktoś go przewrócił i podpalił od środka. Kontener stał tam czarny i wgnieciony jeszcze przez tydzień, zanim gmina go zabrała.

Pamiętam ten wieczór dokładnie — była sobota, dwudziesty trzeci sierpnia, wracałem z warsztatu koło osiemnastej, w telewizji akurat leciał mecz Wisły Sandomierz, słychać było komentarz przez otwarte okna bloków. Stanąłem nad spalonym kontenerem i usiadłem na krawężniku. Patrzyłem tylko, jak dym jeszcze się snuje znad zwęglonej blachy. Obok przebiegł pies sąsiadów, owczarek o imieniu Budyń, obwąchał kontener i pobiegł dalej, jakby nic się nie stało.

Wtedy dotarło do mnie, iż siłą rzeczy tego nie da się utrzymać. Że mogę wyciągać śmieci rękami codziennie do końca życia, a nawyk, który je tam wrzuca, jest silniejszy niż moje dwie ręce.

Następnego dnia, w niedzielę, poszedłem do proboszcza, księdza Zenona, bo to on odprawiał nabożeństwo przy kapliczce co miesiąc. Powiedziałem mu wprost: albo pomożecie mi to ogłosić z ambony, albo za pół roku rzeka znowu będzie martwa. Ksiądz milczał chwilę, potem sięgnął po kartkę i zaczął pisać ogłoszenie na najbliższą mszę.

We wrześniu razem z kołem gospodyń wiejskich i miejscowym liceum zorganizowaliśmy pierwsze wspólne sprzątanie — przyszło czterdzieści dwie osoby, w tym cała klasa druga B z wychowawczynią. Rozdałem rękawice robocze, które kupiłem za własne pieniądze w hurtowni BHP, sto dwadzieścia par po dwanaście złotych. Gmina w końcu zgodziła się postawić nowy kontener, tym razem przykuty łańcuchem do słupa, i zamontować kamerę przy moście — koszt tysiąc sto złotych, sfinansowany z budżetu obywatelskiego, o który zawnioskowałem osobiście w urzędzie.

Miesiąc później kamera nagrała mężczyznę wyrzucającego worki z gruzem budowlanym. Okazało się, iż to sąsiad zza rzeki, prowadzący remont łazienki, który uznał, iż taniej będzie wywieźć gruz nocą niż zapłacić za kontener budowlany. Straż miejska wystawiła mu mandat na pięćset złotych i nakaz uprzątnięcia brzegu w ciągu siedmiu dni.

Stałem przy moście, kiedy przyjechał z taczką i workami, żeby zabrać to, co wcześniej wyrzucił. Podałem mu jedną parę rękawic z tych, które mi zostały, bo swoich nie miał. Pracował ponad dwie godziny, klnąc pod nosem za każdym razem, kiedy worek się rozrywał.

Kiedy skończył, otrzepał dłonie o spodnie i mruknął coś w stylu, iż cholerny gruz waży więcej, niż myślał, i iż plecy go teraz zabiją na tydzień. Odjechał z taczką w stronę swojego podwórka, a ja poszedłem sprawdzić kompostownik przy kapliczce — ktoś znowu wysypał tam pół worka więdnących chryzantem, razem z plastikową osłonką, której nikt się nie pofatygował zdjąć.

Idź do oryginalnego materiału