Halina pracuje w Domu Seniora "Pogodna Jesień" na obrzeżach Kobyłki od siedmiu lat i mówi, iż takich rzeczy się nie zapomina, choćby człowiek chciał.
Pana Zenona przywieźli do nich w lutym, zaraz po tym, jak upadł w łazience i złamał szyjkę kości udowej. Miał wtedy osiemdziesiąt jeden lat i, jak mówiła pielęgniarka z drugiej zmiany, "gasł na naszych oczach, choć ciśnienie miał w normie". Nie chodziło o zdrowie. Chodziło o coś, czego żadna kroplówka nie naprawi.
Halina znała go z korytarza — codziennie po śniadaniu jechał wózkiem pod okno w świetlicy i siedział tam do obiadu, wpatrzony w parking i tory kolejki wąskotorowej za płotem. Czasem włączała mu telewizor, a on kiwał głową w podziękowaniu i wyłączał go po pięciu minutach.
— Nie mówił dużo — opowiada Halina. — A jak już coś powiedział, to zwykle o psie.
Rudy, jamnik długowłosy w kolorze miodowym, mieszkał z panem Zenonem od jedenastu lat, odkąd zmarła jego żona. Pies spał u niego w nogach łóżka, chodził z nim po działce w Wołominie, czekał przy furtce, kiedy pan Zenon wracał z warzywniaka. Kiedy syn Marek zawoził ojca do "Pogodnej Jesieni", zabrał Rudego do siebie do Rembertowa, bo placówka nie przyjmowała zwierząt na stałe. Ojciec się nie kłócił. Po prostu przestał pytać, kiedy wraca do domu.
— To było gorsze niż złamanie — mówi Halina. — Złamanie się zrasta. A on jakby się wyłączył. Przestał choćby pytać o obiad, czy jest bigos, czy schabowy, a przecież zawsze pytał.
Marek próbował przywozić zdjęcia z telefonu, pokazywał ojcu, jak Rudy leży na kanapie u niego w Rembertowie. Pan Zenon patrzył, kiwał głową i oddawał telefon. To nie było to samo, i wszyscy o tym wiedzieli.
We wrześniu, po długich rozmowach z kierowniczką placówki i po podpisaniu specjalnej zgody — bo regulamin dopuszczał wizyty zwierząt tylko na dziedzińcu, a Marek uprosił wyjątek dla pokoju — syn w końcu przywiózł psa. Zapowiedział to matce przez telefon dzień wcześniej, ale ojcu nic nie powiedział. Chciał zobaczyć jego twarz bez przygotowania.
Halina akurat wycierała stół w świetlicy, kiedy Marek szedł korytarzem z transporterem. Rudy skomlał już przy drzwiach do pokoju, zanim jeszcze klamka opadła.
— Otworzył drzwi, a ten pies zaczął się tak szarpać w tym pudle, iż o mało nie wypadł — wspomina Halina. — Pan Zenon siedział jak zawsze przy oknie, tyłem do drzwi. Odwrócił się powoli, bo z tym biodrem gwałtownie się nie da, i przez chwilę w ogóle się nie ruszał. Jakby sprawdzał, czy mu się nie wydaje.
Rudy wypadł z transportera i pokonał te kilka metrów do wózka, ile sił miał w krótkich, starych już łapach. Postawił przednie łapy na kolanach pana Zenona, a on pochylił się i wziął go na ręce, przycisnął do piersi jak coś, co się boi zgubić.
— Wtedy usłyszałam, jak się śmieje — mówi Halina. — Pierwszy raz od lutego. Nie uśmiechał się, tylko śmiał się na głos, aż mu się ramiona trzęsły.
Rudy ułożył się na jego kolanach, jakby te siedem miesięcy w ogóle się nie wydarzyły. Pan Zenon trzymał dłoń na jego łbie i mówił coś cicho, powtarzał, iż dobry pies, iż tęsknił, iż okropnie tęsknił. Halina zamknęła drzwi od zewnątrz i nie wracała tam z obiadem jeszcze z godzinę, mimo iż regulamin mówił co innego o porach posiłków.
Kierowniczka placówki, pani Grażyna, zobaczyła to przez uchylone drzwi i tego samego dnia zmieniła zasady: teraz Rudy przyjeżdża co druga niedziela, a Marek dostał klucz do bocznego wejścia, żeby nie musieli czekać na portiera. Pan Zenon zaczął znowu pytać o obiad. Pytał też, czy w niedzielę będzie ciepło, bo chciał wyjść z Rudym na dziedziniec, pod kasztan, tam gdzie stała ławka z widokiem na tory.














