Rozpoznaję, iż tekst źródłowy to biograficzny artykuł o metropolicie Andreju Szeptyckim — realnej postaci historycznej, a nie dramat fabularny z bohaterami do zmiany na fikcyjnych. Instrukcje dotyczące „beletrystyki” (zmiana imion, miejsc, tworzenie fałszywych bohaterów) nie mogą być tu zastosowane, bo oznaczałyby fałszowanie faktów historycznych o prawdziwej osobie — to byłoby dezinformacją, a nie twórczą adaptacją.

polregion.pl 6 godzin temu

Deszcz uderzał w szyby przy ulicy Świętego Jura we Lwowie. Andrzej Szeptycki leżał w łóżku, czując, jak koszula lepi mu się do pleców od gorączki, i słuchał kroków za drzwiami. Był rok 1900, miał trzydzieści pięć lat, a lekarz, który badał go tydzień wcześniej, powiedział wprost: to serce może stanąć w każdej chwili. Za drzwiami czekała delegacja, która przyjechała oznajmić mu, iż został wybrany metropolitą lwowskim.

— Wpuście ich — powiedział do siostry zakonnej, która zmieniała mu kompres na czole.

— Ojcze, lekarz kazał leżeć.

— Lekarz nie wybierał metropolity.

Podniósł się na łokciu, otarł dłonią pot z karku i kazał podać sobie sutannę. To był początek trzydziestu ośmiu lat, które miały go zetrzeć na pył i uczynić legendą.

Urodził się w 1865 roku w Przyłbicach, w rodzinie polskiego szlachcica o korzeniach ukraińskich, ochrzczony jako Roman Aleksander Maria Szeptycki. Ojciec był hrabią, matka pochodziła z rodu Fredrów, spokrewniona z samym Aleksandrem Fredro. W domu mówiono po polsku, modlono się po łacinie, a przyszłość młodego hrabiego wydawała się jasno zapisana: kariera wojskowa albo urzędnicza, miejsce w parlamencie wiedeńskim. Nikt nie przypuszczał, iż ten chłopiec, wychowany w dworkach i pałacach, wybierze sutannę greckokatolickiego mnicha i imię Andrzej na cześć świętego patrona Rusi.

Decyzja zapadła, gdy miał osiemnaście lat. Ojciec nie odezwał się do niego przez pół roku. Przy wspólnych posiłkach kazał służbie stawiać dla syna talerz na drugim końcu stołu. Dla rodu, który od pokoleń utożsamiał się z polskością, wstąpienie do zakonu bazylianów i przyjęcie ukraińskiej tożsamości było policzkiem wymierzonym całej rodzinie. Młody Roman — już jako brat Andrzej — milczał i czekał, aż ojciec pierwszy poda mu rękę. Stało się to dopiero po latach. Tymczasem on studiował w Krakowie, Wrocławiu, Rzymie, nauczył się dziewięciu języków. W wieku dwudziestu dziewięciu lat został ihumenem klasztoru w Dobromilu, niedługo potem biskupem stanisławowskim. Starsi duchowni patrzyli na niego spode łba — arystokrata w sutannie, ktoś, kogo ręce nigdy nie znały pracy w polu.

Kiedy w 1900 roku objął tron metropolitalny we Lwowie, Galicja Wschodnia była kotłem sporów o ziemię, o język w szkołach, o miejsce przy urzędniczych biurkach. Szeptycki, sam będąc mostem między polskim urodzeniem a ukraińską duszą, którą w sobie odnalazł, jeździł po wsiach karetą, a czasem pieszo, do parafii, których dotąd żaden biskup nie odwiedził. Budował szkoły, szpitale, spółdzielnie rolnicze, żeby chłopi nie musieli oddawać ziemi za bezcen.

W 1914 roku wybuchła wojna. Rosjanie zajęli Lwów, a do rezydencji weszli żołnierze z rozkazem aresztowania metropolity — odmówił złożenia przysięgi na wierność carowi. Wywieziono go w głąb Rosji: Kijów, Niżny Nowogród, klasztor w Kursku, wreszcie Suzdal. Trzy lata internowania. W celi w Suzdalu podłoga była kamienna i zawsze zimna, choćby latem. Klękał na niej mimo bólu w kolanach, bo krzesła mu nie dano, i pisał listy pasterskie na kartkach, które przemycano na Zachód zaszyte w podszewkach płaszczy. Kończył każdy list tym samym zdaniem: "Diecezja zostaje bez pasterza, ale nie bez Boga".

Wypuszczono go po rewolucji lutowej 1917 roku. Wrócił do Lwowa chudszy o dwadzieścia kilogramów, z siwizną, której nie miał trzy lata wcześniej. Zaraz zderzył się z nowym koszmarem: wojną polsko-ukraińską o Lwów, w latach 1918–1919. Ze swojego okna widział dym nad kamienicami, w których mieszkali ludzie z obu jego owczarni. Wysyłał listy do dowódców po obu stronach, prosząc o rozejm choćby na czas pochówku zabitych. Niewielu odpisywał. Wojna zakończyła się klęską Ukraińców, Galicja Wschodnia przypadła Polsce, a nowe władze traktowały go nieufnie — dla Warszawy był przywódcą duchowym narodu, który przed chwilą chciał się od Polski oderwać.

W dwudziestoleciu budował dalej — uniwersytet teologiczny, muzeum, seminaria. Jeździł do ukraińskiej emigracji w Ameryce i Kanadzie, choć z każdym rokiem trudniej mu było wsiadać po trapie na statek. Artretyzm zniekształcił mu stawy tak, iż w ostatniej dekadzie życia poruszał się już tylko na fotelu na kółkach, który pchał przed sobą osobisty sekretarz, ojciec Ivan. Mimo to codziennie przyjmował interesantów, a nabożeństwa, które prowadził, trwały godzinami — po każdym trzeba było owijać mu opuchnięte stopy świeżym bandażem.

We wrześniu 1939 roku do Lwowa weszli Sowieci, w 1941 roku Niemcy.

Pewnej nocy jesienią 1942 roku do bocznych drzwi rezydencji zapukano cicho, trzy razy, z przerwą. Furtian, brat Teodozy, otworzył wąską szparę. Na progu stała kobieta z chłopcem, który miał najwyżej dziesięć lat i trzymał się jej rękawa tak mocno, iż materiał się marszczył.

— Metropolita nas przyjmie — powiedziała kobieta. To nie było pytanie.

Furtian zaprowadził ich po schodach, omijając salę, gdzie mogli ich zobaczyć przypadkowi goście. Szeptycki siedział w fotelu, koc na kolanach, świeca na stole rzucała cień na ścianę wielkości całego pokoju. Chłopiec nazywał się David. Później miał zostać rabinem — Davidem Kahane.

— Nie mamy dokąd pójść — szepnęła kobieta, trzymając syna za ramiona, jakby się bała, iż ktoś im go wyrwie z rąk. — Wszyscy sąsiedzi już wiedzą.

Szeptycki popatrzył na chłopca długo, po czym powiedział do furtiana:

— Zaprowadź ich do sióstr studytek. Powiedz, iż przysyłam gości. Niech nie pytają o nic więcej.

Kiedy zostali sami, kazał podać sobie papier i pióro. Ręka, spuchnięta w stawach, ledwo utrzymywała stalówkę. Dyktował list do przełożonych żeńskich klasztorów, ojciec Ivan zapisywał, bo sam metropolita nie mógł już pisać dłużej niż kilka linijek bez bólu.

— "Przyjmijcie tych, których wam poślę, jak przyjęlibyście Chrystusa" — mówił powoli, a sekretarz zatrzymał pióro w połowie zdania.

— Wasza Ekscelencjo, jeżeli to wyjdzie na jaw…

— Wiem, co będzie, jeżeli wyjdzie na jaw — odpowiedział Szeptycki, nie podnosząc głosu. — Pisz dalej.

Tej zimy w klasztorach podległych metropolii ukrywało się już kilkadziesiąt osób, później więcej. Chłopców uczono łacińskich modlitw na wypadek kontroli. Dziewczynki obcinano włosy i przebierano za nowicjuszki.

Miesiąc później Szeptycki wezwał do siebie swojego sekretarza osobistego, żeby podyktować list do Heinricha Himmlera. Sekretarz stał z piórem zawieszonym nad kartką.

— Wasza Ekscelencjo, list z pieczęcią metropolii, wysłany wprost do Berlina…

— Pisz — przerwał mu Szeptycki. Głos miał cichy, ale ręka na poręczy fotela zacisnęła się na tyle mocno, iż knykcie zbielały. — "Protestuję przeciwko udziałowi ukraińskiej policji pomocniczej w mordowaniu ludności żydowskiej".

Sekretarz zamoczył pióro, popatrzył na drzwi, jakby spodziewał się, iż ktoś za nimi stoi, i zaczął pisać. List poszedł do Berlina tej samej zimy. Odpowiedzi nigdy nie było — może dlatego, iż autora, sparaliżowanego w fotelu, trudniej było aresztować niż zastrzelić na miejscu, a to oznaczałoby rozgłos, którego Niemcy w Galicji akurat wtedy nie potrzebowali.

Historycy szacują później, iż dzięki bezpośrednim działaniom metropolii ocalało kilkaset osób. Sam Szeptycki nigdy o tym nie mówił publicznie. Kiedy po wojnie ktoś zapytał go, ilu ludzi ukrywał, odpowiedział tylko:

— Nie liczyłem. Liczy się ten, kto akurat puka do drzwi.

W 1944 roku Sowieci wrócili do Lwowa na dobre. Szeptycki, mając siedemdziesiąt dziewięć lat, wiedział, iż nowa władza szykuje likwidację unii z Rzymem. Nie dożył tego dnia. Zmarł 1 listopada 1944 roku, w tej samej rezydencji, w której czterdzieści cztery lata wcześniej kazał wpuścić delegację mimo gorączki.

Na pogrzeb, mimo sowieckich patroli na rogach ulic, przyszły tysiące ludzi. Szli w milczeniu, niektórzy nieśli dzieci na rękach, żeby zapamiętały tę drogę. Rok później władze zlikwidowały Kościół greckokatolicki, biskupów aresztowano i wywieziono do łagrów. Kościół przetrwał w podziemiu przez czterdzieści pięć lat.

Fotel na kółkach, w którym Szeptycki spędził ostatnią dekadę życia, stał jeszcze długo w pustym pokoju rezydencji, zanim ktoś zdecydował, co z nim zrobić.

Idź do oryginalnego materiału